Stanisław Obirek: Radość miłości – Amoris laetitia – wreszcie katolicyzm mówi o ważnych sprawach7 min czytania

()

VATICAN CITY POPE PALM SUNDAY2016-04-09.

O Synodzie poświęconemu rodzinie dyskutowano u nas przede wszystkim zastanawiając się czy papież Franciszek dopuści do komunii rozwodników. Opublikowany po kilku miesiącach dokument papieski został poświęcony przede wszystkim radości płynącej z miłości, również tej erotycznej.

To długi, może nawet przydługi tekst, ponad dwieście stron. Podejrzewam, że i tym razem komentatorzy będą rozważać problem czy Franciszek pozwala czy nie pozwala przystępować do komunii katolikom rozwiedzionym.

Osobiście ten problem mnie nie interesuje, więc nie będę się tym pytaniem zajmował, a zainteresowanych odsyłam do jezuickiego portalu deon.pl. który zaspokoi ich ciekawość informując, że „Kwestie te zostały poruszone w punktach 298-300. Konkretne przykłady ‘okoliczności łagodzących’ – omówione zostały również w punktach 301-303”.

Ja jak zwykle zaglądam na stronę vatican.va gdzie mam „Amoris laetitia” w całości w wielu językach w tym i po polsku. Punktów jest 325, przypisów 391 więc roboty dla chętnych sporo. Mnie zaintrygował przypis nr 5 i 107. Ten pierwszy wskazuje na odwołanie do Jorge Luis Borges, “Calle desconocida”, w: Fervor de Buenos Aires, Buenos Aires 2011, 23,  a ten drugi do Octavio Paz, Podwójny płomień, przeł. Piotr Fornelski, Kraków 1996, s. 37.

Paz jest tłumaczony, ale go nie czytałem, więc zachęcony przez papieża sobie przeczytam, bo kontekst w jakim jest przywołany wskazuje na to, że warto. To nr 99:

„Miłowanie oznacza także chęć bycia miłowanym przez innych i tutaj znajduje swój sens wyrażenie asjemonei. Pragnie ono wskazać, że miłość nie działa brutalnie, nie działa w sposób niegrzeczny, nie traktuje szorstko. Jej sposób bycia, jej słowa, jej gesty są sympatyczne, a nie grubiańskie lub sztywne. Nie lubi ranić innych. Uprzejmość „jest szkołą wrażliwości i bezinteresowności”, wymagającą od jej adepta „kształtowania swego umysłu i zmysłów i nauczenia się czuć,  mówić a niekiedy – milczeć”[107]. Bycie miłym nie jest stylem, który chrześcijanin może wybrać lub odrzucić”.

Specjaliści od Borgesa pewnie niebawem wskażą czy cytowany wiersz jest już przełożony. A jeśli nie, to na pewno będzie. Na razie wystarcza mi komentarz papieża, czyli nr 8:

„Biblia pełna jest rodzin, pokoleń, historii miłości i kryzysów rodzinnych, począwszy od pierwszej strony, gdzie wkracza na scenę rodzina Adama i Ewy z jej brzemieniem przemocy, ale także z siłą życia, które trwa nadal (por. Rdz 4), aż do ostatniej strony, gdzie pojawiają się zaślubiny Oblubienicy i Baranka (por. Ap 21, 2.9). Dwa domy, opisane przez Jezusa, zbudowany na skale i na piasku (por. Mt 7, 24-27), ukazują wiele sytuacji rodzinnych stworzonych w wolności ich mieszkańców, ponieważ, jak napisał poeta, ‘każdy dom jest kandelabrem’”[5].

Wiem dlaczego te dwa przypisy z – było nie było, oficjalnego – dokumentu papieskiego, jakim jest „Amoris laetitia”, mnie zaciekawiły. Gdy czytałem pierwszy obszerny wywiad jakiego udzielił Franciszek włoskiemu jezuicie Antonio Spadaro, to najbardziej zaciekawiły mnie nawiązania do literatury, sztuki, a nawet filmu. Owszem, pojawiały się też odniesienia do teologów, ale wcale nie tych najbardziej ortodoksyjnych. Wprost przeciwnie to raczej wędrowcy po obrzeżach jak Michel de Certeau, francuski jezuita, który zrewolucjonizował nasze spojrzenie na historię chrześcijaństwo inspirowali Jorgego Bergoglio’a.

Przywołam więc z tamtego wywiadu dwa, jak się wydaje ciekawe z tego punktu widzenia fragmenty. Pierwszy:

„Lubię bardzo Dostojewskiego i Hölderlina. Jeśli chodzi o Hölderlina, chciałbym przypomnieć jego liryki na urodziny jego babci, które są bardzo piękne i które dały mi wiele duchowego dobra. A także strofę, która mówi: ‘Niech człowiek dotrzyma to, co dziecko przyrzekło’. Dotknęło mnie to również dlatego, że bardzo kochałem moją babcie Różę, a Hölderlin postawił swoją babcię przy Marii, która porodziła Jezusa, będącego dla niego przyjacielem ziemi, i która nikogo nie uważała za cudzoziemca. Czytałem trzy razy książkę Narzeczeni i mam ją teraz na stole, aby ją jeszcze raz przeczytać. Manzoni (autor tej książki) wiele mi dał. Moja babcia, kiedy byłem dzieckiem, nauczyła mnie na pamięć początku tej książki: «Jedno z ramion jeziora Como, to, które – całe w zakolach I zatokach – wybiega w kierunku południowym pomiędzy dwa nieprzerwane pasma górskie…». Również Gerard Manley Hopkins bardzo mi się podobał”.

I drugi:

„Powinniśmy również porozmawiać o kinie. La Strada Felliniego to film, który chyba najbardziej mi się podoba. Identyfikuje się z tym filmem, w którym jest zawarte odniesienie do św. Franciszka. Wydaje mi się też, że widziałem wszystkie filmy z Anną Magnani i Aldo Fabrizim, kiedy miałem 10-12 lat. Inny film, który mi się bardzo podobał, to Rzym, miasto otwarte. Moją kulturę filmową zawdzięczam przede wszystkim rodzicom, którzy często zabierali mnie do kina. W każdym razie, lubię artystów tragicznych, najbardziej klasycznych. Jest piękna definicja, którą Cervantes wkłada w usta bakałarza Carrasco, aby wychwalać historię Don Kichota: «Dzieci mają to w swoich rękach, młodzi to czytają, dorośli rozumieją, a starzy chwalą». Dla mnie jest to najlepsza definicja klasyków”.

I jak w takim kontekście rozmawiać o technicznych problemach warunków przystępowania do sakramentów?. Wydają mi się co najmniej małostkowe, a już na pewno nie najważniejsze w nauczaniu papieża Franciszka.

Jednak chcę zakończyć jak najbardziej teologicznie wskazując na przypis 336. Jest on o tyle ciekawy, że podobny komentarza jeszcze kilka lat temu zostałby napiętnowany jako herezja sytuacjonizmu (uleganie relatywizmowi i ocenianie moralne w zależności od sytuacji). Przywołajmy więc ten przypis:

„Nawet, gdy chodzi o dyscyplinę sakramentalną, ponieważ po rozeznaniu można uznać, że w danej sytuacji nie ma poważnej winy”.

I punkt 300, w którym się pojawia:

„Biorąc pod uwagę niezliczoną różnorodność poszczególnych sytuacji, takich jak te wymienione powyżej, można zrozumieć, że nie należy oczekiwać od Synodu ani też od tej adhortacji nowych norm ogólnych typu kanonicznego, które można by stosować do wszystkich przypadków. Możliwa jest tylko nowa zachęta do odpowiedzialnego rozeznania osobistego i duszpasterskiego indywidualnych przypadków, które powinno uznać, że ponieważ „stopień odpowiedzialności nie jest równy w każdym przypadku, to konsekwencje lub skutki danej normy niekoniecznie muszą być takie same[336]. Zadaniem kapłanów jest „towarzyszenie osobom zainteresowanym na drodze rozeznania, zgodnie z nauczaniem Kościoła i wytycznymi biskupa. W tym procesie przydatne będzie dokonanie rachunku sumienia, przez chwile refleksji i skruchy”.

W komentarzach prasy zachodniej już się pojawiły pozytywne oceny, również wielu kardynałów wypowiedziało się na temat „Amoris laetitia” z entuzjazmem. W Polsce podkreśla się głównie kontynuację myśli Jana Pawła II, choć rzecznik episkopatu ks. dr Paweł Rytel-Andrianik w rozmowie z portalem onet.pl powiedział, że „Jak wiemy, osoby żyjące w ponownych związkach nie mogą przystępować do komunii świętej, bo nie żyją w stanie łaski uświęcającej. Jednak Kościół to także rozwiedzeni. Oni są częścią Kościoła”. To zdaje się granica polskiej recepcji tego dokumenty. Choć może się mylę. Może znajdą się hierarchowie, których to nowe podejście do problemu miłości naprawdę ucieszy.

I jeszcze jedno odniesienie, tym razem filmowe, w adhortacji „Radość miłości”. Chodzi o punkt 129, w którym papież wspomina znakomity film Uczta Babette duńskiego reżysera Gabriela Axela, opartego na równie świetnym opowiadaniu Karen Blixen (również zresztą duńskiej pisarki):

„Najbardziej intensywne radości życia rodzą się wówczas, kiedy można spowodować szczęście innych, w przedsmaku nieba. Przypomnijmy radosną scenę z filmu Uczta Babette, gdzie hojna kucharka otrzymuje wdzięczny uścisk i pochwałę: „Ach, jakże zachwycisz aniołów!”. Urocza i pocieszająca jest radość wypływająca ze sprawienia w innych zachwytu, gdy widzimy, że się cieszą. Taka radość będąca skutkiem braterskiej miłości, nie jest radością próżności człowieka, który troszczy się o siebie, ale radością kogoś, kto kocha i ma upodobanie w dobru osoby ukochanej, które wlewa się w życie innych i staje się owocne”.

O ile się nie mylę to w dokumencie watykańskim tej ranki jest to pierwsze odwołanie się do filmu.

Mnie naprawdę cieszy, że wreszcie Kościół katolicki wrócił do swoich korzeni i zobaczył w miłości źródło prawdziwej radości i szczęścia. A przecież cała Biblia jest o tym właśnie.

Stanisław Obirek

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.