Agnieszka Wróblewska: Skąd  ja  znam  ten nastrój?  (3)15 min czytania

()

kartka2016-04-11.

Dziś trzeci odcinek wrażeń, jakie zapisywałam pamiętnej wiosny po wprowadzeniu stanu wojennego. Polska jest teraz zupełnie innym krajem niż 34 lata temu, ale znów znaleźliśmy się na zakręcie. I mimo zasadniczych różnic, podobnie jak wtedy jesteśmy podzieleni. Czytam zapiski z tamtego okresu i z przykrością widzę jak wiele dzieje się teraz co przypomina tamten ponury okres naszej historii. Podziały w społeczeństwie i ten znajomy nastrój czekania na jakąś sensowną puentę irracjonalnej rzeczywistości…

4 kwiecień 1982

Wczoraj Andrzej został zatwierdzony na redaktora „Przeglądu Organizacji”. Będzie przynajmniej jedna pensja w rodzinie. Znajomi pytają, czy to stanowisko nie musi być jeszcze potwierdzane gdzieś wyżej, w domyśle w Wydziale Prasy KC. Całkiem pewnym nie można być, ale  chyba nie, bo zatwierdzało prezydium Towarzystwa Naukowej Organizacji i Kierownictwa – wydawca tego miesięcznika.

Parę dni temu SDP złożyło protest do Jaruzelskiego z licznymi podpisami przeciwko rozwiązaniu naszego Stowarzyszenia. Odpisy poszły do Sejmu i do KC PZPR. Nie wierzymy, żeby to mogło coś zmienić, ale nie można też potulnie godzić się na wszystko co oni wyprawiają.

W ub. tygodniu byliśmy na dwóch przyjęciach u zagranicznych dyplomatów – u ambasadora Niemiec pożegnanie pana Koeniga i obiad u ambasadora amerykańskiego z okazji nagrody dziennikarskiej dla Johna Darntona. Dostał ją za korespondencje z Warszawy po stanie wojennym. U Niemców tłum ludzi, obok takich jak my, wyrzuconych, dziennikarze pracujący dalej w oficjalnych mediach, obok partyjnych bonzów parę osób z „Solidarności”, które wyszły z internowania. To chyba już jedno z ostatnich takich spotkań dwóch światów na jednym gruncie.

Na obiedzie u Daviesów KTT (Krzysztof Teodor Toeplitz) przypomniał naszą rozmowę z okresu „Solidarności” – on mówił wtedy, że „nasz naród musi zginąć”, a ja mu podobno wymyślałam od zgorzkniałych starców. Teraz on uważa, że znów mieliśmy złoty róg, a został jeno sznur. Ja na to, że złotego rogu nie mieliśmy ani teraz, ani w 56roku, ani w Budapeszcie ani w Pradze. Bo tej barykady nie da się pokonać normalną pokojową drogą.

7 kwiecień 1982

Zadzwonili po Andrzeja, żeby pojechał do Biura Prasowego Rządu – robią spotkanie w związku z naszym sprzeciwem na rozwiązanie SDP. Zaprosili kilka osób z tych co się podpisali, ale głównie dziennikarzy z „Polityki”, bo pewnie zapraszał Urban i wybrał takich, których zna i uważa że są „umiarkowani”.

Wczoraj, nie wiadomo dlaczego, Andrzej dostał też zaproszenie na posiedzenie „społecznej rady zdrowia”! Nigdy się nie zajmował tą tematyką, zebranie też bez sensu – gadanie o wszystkim i niczym. Pozory normalności – pomysł powołania takiej rady wyszedł od „Solidarności” ale to było przed stanem wojennym. Zatwierdził go minister zdrowia 12. grudnia! I teraz, jakby nigdy nic, zwołują ludzi, przychodzi Jaruzelski, plotą slogany. Kabaret.

Zadzwoniła do mnie Karina (żona Urbana) i między wierszami powiedziała – „ta twoja szefowa nie jest szczera względem ciebie”. Nie mówiła wprost, ale dała mi do zrozumienia, że Sidorczukowa wcale mnie nie broniła. Karina bardzo akcentowała swoją życzliwość do nas i dystans do tego co się dzieje. Nie jest łatwo grać rolę żony znienawidzonego powszechnie męża, przyjaciele ich opuścili, podobno ona boi się chodzić po ulicach, w grudniu rzucali kamieniami w ich okna.

13 kwiecień 1982

Już po Wielkanocy. Zostałam sama w Nataci* z naszym kotem. Spędziliśmy te święta rodzinnie, przy kominku. Dzieci były już tu parę dni wcześniej ze swoim towarzystwem. Kiedy przyjechaliśmy w przedświąteczny piątek, w całej chałupie kłębiła się młodzież, góra brudnych talerzy, bałagan. Zjechali ich kumple z Warszawy, była też Monika Jaruzelska ze swoim chłopakiem Pawłem i wielkim psem. Musiałam mieć minę niezbyt zachwyconą, bo oni się szybko zmyli.

Monika jest córką generała. Jaruzelski ma w tej samej wsi dom po Lochach. Nie wiem czy kupił, czy po prostu przejął. Loch to był Niemiec, przez wiele lat ich rodzina starała się o wyjazd do RFN, ale ciągle dostawali odmowę. Przegapili czas, kiedy zezwolenia można było łatwo dostać, w latach 70., wtedy Gierek przehandlował Mazurów w zamian za  pokaźną pożyczkę. Szczęście  uśmiechnęło się do tych Lochów dopiero kiedy ich dom spodobał się państwu Jaruzelskim. Stoi przy drodze, którą jechali kiedyś na weekend do ośrodka generalskiego po drugiej stronie naszego jeziora Omulew, porządny, murowany, w mazurskim stylu. Było to jeszcze zanim generał stał się pierwszą figurą w PRL, ale był na tyle ważny, że rodzina Lochów dostała nagle zgodę na wyjazd, chociaż już o nią nie występowała.

Remont domu i ogrodu elegancko przeprowadziło wojsko. Ale że wkrótce potem nastała „Solidarność” i stan wojenny, generał musiał mieć specjalną ochronę. Dom stojący blisko drogi nie spełniał warunków wymaganych przez ochronę, więc dostała go w użytkowanie córka Monika. Ona jest teraz w klasie maturalnej a Paweł studiuje na Politechnice.  Kiedyś zobaczyliśmy po przyjeździe do Nataci, że na stole leży nielegalna bibuła, pytamy skąd się wzięła, a nasze dzieci mówią – to Monika przyniosła. Okazało się, że ten jej Paweł zajmuje się drukowaniem gazetek „Solidarności”!

Ale jeszcze zabawniejsza rzecz zdarzyła się teraz przed świętami, kiedy nasza młodzież tu sama urzędowała. Pojechali któregoś dnia do Nidzicy z Moniką i Pawłem i Tomek zobaczył w sklepie farbę używaną do powielaczy, której w Warszawie w ogóle się teraz nie sprzedaje. Wziął dwie puszki, ale że nie miał tyle pieniędzy, pożyczył od Moniki. Tak więc za pieniądze generała została zakupiona „amunicja” dla wroga! To się nazywa wojna po polsku.

Telewizja jest teraz beznadziejna – same powtórzenia, wyraźnie gonią w piętkę. Ciekawe co będzie dalej, bo aktorzy się trzymają, mało kto dotychczas się wyłamał z bojkotu oficjalnych mediów.

Nasz sąsiad tu w Nataci, Andrzej Oziębło jest dyrektorem dużej fabryki opon w Olsztynie. Rozmawiałam z nim wczoraj przez płot, mówił, że Solidarność wytrzymał, ale „Wrony”** to już chyba nie wytrzyma. Siedzi mu bez przerwy na karku grupa wojskowych, patrzy na ręce i codziennie piszą raporty. Pierwsze punkty w raporcie dotyczą oceny dyrektora. Mówią mu co napisali, bo morze wódki wypili już razem, jak to w Polsce. W ocenie politycznej piszą na przykład, że dyrektor postępuje prawidłowo, ale to postępowanie nie znajduje akceptacji załogi. – To ja im mówię – opowiada mi Oziębło – spytajcie społeczeństwo czy postępowanie władzy znajduje jego akceptację i zobaczymy kto będzie miał lepszy wynik. Tłumaczyłem robotnikom konieczność podwyżki cen i rekompensaty, a oni spokojnie na to: a czy pan dyrektor wie, że wojskowi dostają 3 tysiące miesięcznie dodatkowo, t.zw. kasynowego? Nie wierzyłem, spytałem wojskowych i rzeczywiście – okazuje się, że było takie prawo z 1968 roku, że wojskowy będący poza jednostką może dostawać 102 złote dziennie dodatkowo. Dotąd nie było stosowane, a teraz Jaruzelski je ożywił.

16 kwiecień 1982

Przed wyjazdem na święta, tu na Mazury zostawiłam odwołanie, jakie napisałam do komisji odwołań, która podobno jest przy KC partii. Zdecydowałam się na to, bo dziewczyny bardzo namawiały. Napisałam krótko, że ponieważ wystąpiłam z PZPR nie mogę dłużej kierować działem społecznym, ale nie rozumiem dlaczego w ogóle nie wolno mi wykonywać zawodu w piśmie o profilu kobiecym. Zostawiłam to odwołanie Baśce Brach, żeby przekazała do KC. Ale dostałam dziś depeszę od Andrzeja ***, że Baśka zachorowała i chyba nie przekazała tego odwołania dalej.

Nie wiem czy to przypadkiem nie jest choroba dyplomatyczna – może Baśka nie chce żeby się do niej przykleiła opinia organizatorki protestów? Zespół w redakcji był na początku bardzo bojowy i zdecydowany w mojej obronie, ale kiedy przyszło potem do podpisywania listu-protestu w sprawie rozwiązania SDP, to dla wielu wydał się on za ostry w tonie, napisały nowy i wreszcie lista z podpisami zginęła gdzieś z sekretariatu. Baśka chorowała, więc nie podpisała… Ale może ją krzywdzę podejrzeniami o te uniki, bo z drugiej strony przechowywała Ernesta Skalskiego kiedy był poszukiwany w pierwszych dniach po stanie wojennym, deklarowała pomoc Tomkowi, więc pewnie przesadzam.

18 kwiecień 1982

Wczoraj wieczorem poszłam do sąsiadów z butelką wina, którą Andrzej kiedyś zamelinował. Przy okazji dowiedziałam się od nich, że parę dni temu był w „Trybunie Ludu” artykuł Krasickiego gdzie on rozprawia się z Andrzejem za wywiad jakiego udzielił francuskiemu „Le Express”. Typowe polowanie na czarownice. A wczoraj w telewizji widziałam dementi rzecznika prasowego rządu na publikację „Le Monde”. Francuzi opublikowali stenogram ze spotkania aktywu radia i telewizji z komisarzem wojskowym, który teraz rezyduje w Radiokomitecie. Ten komisarz, bodaj płk. Wiślicki, mówił dość otwarcie do tego aktywu, że sytuacja w kraju jest zła, bo ludzie się nie poddają, a nawet przeciwnie, organizują się dopiero, a zwolennicy twardego kursu chcieliby postępować bardziej zdecydowanie. I powiedział, że historia pokaże kto miał rację – twardogłowi czy Jaruzelski. „Le Monde” napisał o tym spotkaniu, a biuro rzecznika rządu zdementowało, że ten artykuł to są brednie od początku do końca.

Myślę, że autorzy tego artykułu mają rację – na przykład Jaruzelski czy Rakowski znaleźli się teraz w centrum. W obecnej sytuacji twardzi się utwardzają, a umiarkowanych spycha na bardziej opozycyjne skrzydło. Andrzej np. i jemu podobni uchodzili za umiarkowanych, a teraz któregoś dnia Tomek powiedział do ojca – zobacz jak cię zradykalizowali!

Jastrzębie stają się bardziej ekspansywni, przepychają się do przodu, ale czy mają szansę? Nie wiadomo. O kogo mogą się wesprzeć poza aparatem bezpieczeństwa? Na tym spotkaniu w Radiokomitecie podobno jastrzębie partyjne przerywały komisarzowi pytaniami: dlaczego nie karze się ludzi, którzy demonstracyjnie zapalają świeczki  i gaszą światło 13-go każdego miesiąca? Albo – dlaczego jeszcze nie złapano Bujaka?

Trudno im się dziwić – są ludzie zdeterminowani bo mają masło na głowie i w strachu o swoją skórę i o pozycję gotowi są zagrzewać do obrony stalinizmu.

20 kwiecień 1982

Wróciłam z tych wiosennych – zimnych wakacji na wsi. Andrzej napisał w międzyczasie do „Trybuny Ludu” odpowiedź na atak Krasickiego. Kazali mu złagodzić, ale i tak pewnie nie wydrukują. Bo np. nie wydrukowali artykułu Stanisława Brodzkiego, który w imieniu zarządu SDP odpowiadał na kłamstwa Krzyżagórskiego o tym, jak partia była zmuszona rozwiązać nasze Stowarzyszenie.

Okazało się też, że trzy koleżanki z redakcji były u gen. Szaciłło w mojej sprawie. To jest we „Wronie” generał od prasy. Przedstawiły sprawę, a on mówi: – powiadacie, że przychodzicie tu indywidualnie, a może stanowisko zespołu jest inne?

– No to może zbierzemy podpisy? – pytają.

– Nie potrzeba. Redaktor naczelna prezentuje opinię zespołu i przedstawi ją na komisji odwoławczej. A skoro mówicie, że koleżanka Agnieszka ma taką pozycję w zespole itp., to może naprawiłaby swój błąd i poprosiła nas o zwrot legitymacji partyjnej, którą oddała?

Wyszły z poczuciem niesmaku, że niczego nie wskórały, ale w redakcji powiedziały, że jest dobrze, bo wszystko teraz zależy od szefowej. Na co ona skrzywiła się z niesmakiem i mówi: to jest typowe przerzucanie odpowiedzialności.

Jeżeli mnie nie przywrócą do pracy, wyjdzie na to, że to z jej winy, a tego woli uniknąć, chociaż zaangażowała się przecież w nowe porządki. Na temat artykułu Krasickiego o AKW w „Trybunie” powiedziała podobno: – z jednej strony udziela takich wywiadów za granicę, a z drugiej pcha się tutaj do władzy. Kiedy spytały o jaką władzę chodzi, powiedziała, że wpycha się na przykład do rządowej komisji zdrowia (!) I nie chciała słuchać, jak było naprawdę z tą komisją. Ale to jeszcze jeden dowód, że Andrzej nie powinien chodzić na tamto spotkanie.

Warszawiacy są teraz pod wrażeniem ośmiominutowej audycji radia „Solidarność” która odbyła się w świąteczny poniedziałek. W ogóle ruch oporu nie maleje, to jest wojna domowa po polsku.

Sekretarz KC, Stefan Olszowski tłumaczył na spotkaniu sekretarzy wojewódzkich PZPR dlaczego musieli powołać nowe stowarzyszenie dziennikarzy – nie było innego wyjścia, bo poprzednia Rada Główna to była sama bratkowszczyzna i gdyby ogłoszono nowe wybory, zostałyby te same władze, które były. Myśleli czy nie zwołać nowego zjazdu delegatów, ale poprzedni delegaci znów powybieraliby swoich. No to może wybory nowych delegatów – ale i tu była obawa, że wybraliby tych samych.

Słowem nie było innego wyjścia jak załatwić sprawę odgórnie po linii partyjnej.

2 maj 1982

Dawno nie pisałam, a było o czym.

27 kwietnia stawałam przed komisją odwoławczą, która wydała na mnie wyrok – nie mogę być zatrudniona w żadnej gazecie należącej do RSW Prasy. Czyli wyrok zaostrzony, bo poprzednio po weryfikacji miałam tylko zakaz pracy w „Kobiecie i Życiu”, teraz w całym koncernie prasowym. A RSW Prasa jest wydawcą niemal wszystkich gazet i pism w kraju.

Na komisję poszłam zupełnie spokojna, w przeciwieństwie do Sidorczukowej, która była wyraźnie zdenerwowana. Poprzedniego dnia byłam u dyrektora tej części Wydawnictwa, któremu podlega prasa kolorowa. Był bardzo miły, poczęstował mnie herbatą i zaproponował posadę publicysty w jakimś piśmie „Zdrowie i Życie”. Powiedziałam, że się zastanowię.

Na komisji odwoławczej siedziało aż osiem osób – przewodniczący Grzelak, z wydziału prasy KC, jakiś towarzysz z bezpieki, Bielecki z „Trybuny Ludu”, Andrzejewski z cenzury, Jachacz z biura prasowego rządu od Urbana, jeszcze dwóch niewiadomych aparatczyków i Sidorczukowa. Najpierw jej udzielili głosu. Wygłosiła długą listę komplementów pod moim adresem i że mam duży autorytet w zespole – to powiedziała z naciskiem. Ale że ma do mnie żal, ponieważ chciałam się przenieść do działu poradnictwa, a to było wobec niej obraźliwa prowokacja, bo nie ma zwyczaju łamać ludziom charakterów. Zresztą teoria t.zw. „drugiego rzędu” w dziennikarstwie (tłumaczyłam się, że nie chcę już pisać komentarzy politycznych) jest jej zdaniem dwuznaczna moralnie – albo się pracuje w tym zawodzie ze wszystkimi konsekwencjami, albo nie.

Grzelak spytał, dlaczego nie chciałam już pisać komentarzy społecznych i politycznych. Powiedziałam, że nagromadziło się dużo rozczarowań, ale przecież w moim zawodzie jest także  miejsce do pracy poza polityką.

– A czy legitymację partyjną oddała pani w związku ze stanem wojennym?

– Tak.

Teraz wtrącił się ten z bezpieki: – zaprotestowała pani przeciwko wprowadzeniu stanu wojennego oddaniem legitymacji partyjnej, potem protest przeciwko rozwiązaniu SDP, czyli sprzeciwiła się pani poważnym decyzjom politycznym. A przecież m.in. działalność waszego SDP spowodowała konieczność wprowadzenia stanu wojennego.

– Jeśli pan uważa, że nie dawało się inaczej porozumieć…

– A co wspólnego z dziennikarstwem miały ekstremalne wypowiedzi przedstawicieli w SDP na forum dyskusyjnym? Albo łączność teleksowa z zakładami pracy w czasie plenum partii? A teraz ten list protestacyjny, w którym pani brała udział?

– O ile wiem, generał Jaruzelski zrozumiał nasz protest, bo mówił że możemy być rozgoryczeni trybem załatwiania tej sprawy.

– Nie wiem, co powiedział generał.

Po czym zamilkł. A Grzelak z KC partii spytał mnie jeszcze co sądzę o sytuacji teraz, kiedy parę miesięcy już minęło od wprowadzenia stanu wojennego. I czy linia porozumienia, o której mówił generał, jest wprowadzana w życie.

Powiedziałam, że na niektórych odcinkach życia tak, np. w dialogu z Kościołem, ale w organizacji dziennikarskiej nic się nie zmieniło.

Parę minut czekałam za drzwiami na wyrok, potem mnie poprosili i powiedzieli, że komisja nie wyraża zgody na moją dalszą pracę w RSW Prasa.

– To znaczy, że decyzja jest zaostrzona w stosunku do poprzedniej weryfikacji?

– Tak

Potem Sidorczukowa bardzo zdenerwowana pytała czy nie mam do niej żalu. Powiedziałam, że każdy mówi to co myśli.

Spotkałyśmy się z dziewczynami w „Świteziance”, były bardziej wściekłe niż ja.

Nazajutrz skleciłam razem z Andrzejem pismo do Jaruzelskiego. Pisałam, że jest wbrew dobrym obyczajom prawnym, żeby komisje odwoławcze działały na niekorzyść odwołującego się i zaostrzały sankcje. Po drugie rzecznik rządu Urban mówił, że nasz list-protest przeciwko rozwiązaniu SDP nie może być przyczyną żadnych represji, a tu właśnie posłużył jako argument za  wyrzuceniem mnie z pracy.

Zaniosłam to Urbanowi, powiedział że przekaże generałowi. Przy okazji spytałam czy będę mogła pracować w „Przeglądzie Technicznym”. Powiedział, że nie będzie sprzeciwów, bo to jest inne wydawnictwo. Zobaczymy.

Urban jest bardziej cyniczny i radykalny niż Rakowski. Wstąpił teraz demonstracyjnie do tego nowego, stowarzyszenia dziennikarzy, kpi z tych którzy są uważani za bardziej umiarkowanych w kierownictwie partii, uważa, że dla dobra „sprawy” warto poświęcić takie różne demokratyczne „głupoty” np. w kulturze, jakich broni Rakowski czy Kubiak.

Agnieszka Wróblewska

_______________________________________________________________________________________

*   Wieś Natać Mała za Nidzicą, gdzie w latach 70 zbudowaliśmy letni dom.
** Wrona – tak potocznie nazywano wojskową radę obrony narodowej w stanie wojennym
*** We wsi był tylko jeden telefon na korbkę, ale wtedy i tak nieczynny.

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

One Response

  1. A. Goryński 12.04.2016