Bywają różne rodzaje trucizn.
Także takie, którymi z niewiadomych powodów nie zajmują się specjaliści z dziedziny toksykologii, choć występują one wszędzie i stosowane są na ogół wobec wyjątkowo dużej liczby ludności. Ich skutki odczuwa się przez dziesiątki lat, a należą do nich oprócz ubytków umysłowych również krzywdy wprost fizyczne.
Do tej kategorii trucizn należy niewątpliwie polityka historyczna, po raz któryś zapowiedziana Polakom przez politycznych oprychów, co do celów których nie można mieć wątpliwości.
To zjawisko znane jest nie tylko w Polsce. Cecha charakterystyczna – im większy kurs w kierunku autorytaryzmu wykazuje władza państwowa, tym silniejszy nacisk kładzie na politykę historyczną zatruwającą umysły i pod pretekstem „budowania tożsamości”, czy leczenia narodowych kompleksów (w które najpierw sama ten naród wpędza) usiłuje zdobyć w podły sposób trwały wpływ na obywateli w celu odniesienia korzyści całkiem wymiernych zwiększając ich podatność na manipulację.
Przyszło mi to do głowy kiedy przeczytałem podsunięty mi wywiad z min. Zalewską, w którym posunęła się ona do gróźb (inaczej trudno to odebrać) stworzenia całkowicie innego modelu edukacji pod dyktando swego guru, co powinno zaalarmować wszystkich tych, którzy zachowali jeszcze choć źdźbło zdrowego rozsądku.
Niestety, szanse na jakiś silniejszy odruch protestu są nikłe, ponieważ rodacy już od dawna traktują szkołę wyłącznie jako dostarczycielkę papierów koniecznych przy poszukiwaniu zatrudnienia i nie interesują się specjalnie ani treścią, ani poziomem nauczania. Jawna pogarda jaką często i to publicznie okazują problemowi edukacji nie pozwala mieć nadziei, że coś się zmieni w najbliższym czasie. Wystarczy zrobić przegląd „dokonań” ministrów edukacji z ostatnich 27 lat, by stracić jej resztki.
Niezapomniana pani Środa zapewne do dziś twierdzi, że mamy „coraz lepiej wykształconą młodzież” choć opinia wykładowców pracujących ze studentami I roku jest skrajnie odmienna. No, ale ich nie widuje się na ogół w mediach i ich zdanie nie przebija się do ogółu.
Pani minister Zalewska nie odbiega poziomem rozumowania od innych posłów PiS, co jej gwarantuje długie trwanie na stanowisku, a nam horror w bliższej i – niestety – także dalszej przyszłości.
Myślę, że nawet może zrobić większą karierę niż przeciętny członek rządu Mrs Brochy ponieważ nie każdy wpadłby na to, by tworzyć nową wizję historii posługując się hitlerowskim hasłem „Ein Volk, ein Reich, ein Fűhrer”, a tych słów użyła niemal dosłownie w swoim wywiadzie – „… jeden król, jedna religia, jedna moneta…” nie precyzując wprawdzie kto ma być owym królem, ale przecież to akurat nie ulega wątpliwości. Opisała w ten sposób czynniki, które według jej wersji stworzyły nas – naród polski, a które należy wwdług niej uwypuklać w trakcie modelowania umysłów dziatwy szkolnej.
Oczywiście można by się zastanawiać – czy to wyrachowanie, czy autentyczne nieuctwo eks-dyrektorki szkoły, ale szkoda czasu.
Sęk w tym, że nabijanie umysłów dziecięcych takimi bzdurami skutkować będzie na lata postawą wobec problemów otaczającego nas świata, wyborami nie tylko przy urnie, stosunkiem do drugiego człowieka, szczególnie takiego, których choć trochę będzie odbiegał od wciśniętego w zwoje mózgowe obrazka.
A to bywa czasem niebezpieczne.
Politykę historyczną prowadzi wiele krajów i nie da się ukryć, że kiedy spojrzy się na to z dystansu, to właśnie ona bywa odpowiedzialna za wiele nieporozumień, konfliktów, a czasem i zbrodni ponieważ jej wpływ na umysły ludzkie choć na pierwszy rzut oka niedostrzegalny, wyłazi jak robak z jelit w sytuacjach podejmowania decyzji skutkujących działaniami wobec bliźnich.
Zastanawiam się: czy politycy biorą w ogóle pod uwagę, że polityka historyczna nie pozwala im na przyjazne kształtowanie stosunków z państwami sąsiadującymi jeśli nie jest sensownie sprzężona z ichnią polityką. Może zresztą na tym im nie zależy, a może tego po prostu nie da się zrobić.
Melchior Wańkowicz opisywał kiedyś, jak bawiąc w latach 30. na Litwie wysłuchał na jakiejś wystawie malarstwa opowieści przewodnika, jak to książę Witold zwyciężył pod Grunwaldem wojska krzyżackie i uratował tym samym tchórzliwego Jagiełłę, który nawet nie wziął udziału w bitwie chowając się za plecami innych.
Mistrz Wańkowicz bawił się setnie słuchając tych bzdur, ale pewnie nie przewidział, że ten trend utrzyma się tam tak długo. Dziś także dowiemy się na Litwie o „zdrajcy Jagielle” i „bohaterze Witoldzie”, bo jakoś nikogo się tam nie uczy, że łącząc oba kraje Jogaiła uratował Litwę tworząc potęgę, która była w stanie oprzeć się krzyżackiej ekspansji. Bez tego Litwy mogłoby dziś nie być, ponieważ leżała w sferze bardzo żywotnych interesów Zakonu, a ten doskonale sobie radził z takimi problemami, o czym świadczy historia Litwy przed rokiem 1400.
W roku 1652 podczas powstania Chmielnickiego miała miejsce bitwa pod Batohem, sławna głównie z tego, że po bitwie Chmiel rozkazał wymordować polskich jeńców w liczbie ok. 3500, która to egzekucja sądząc z opisu jako żywo przypominała podobną w Katyniu, co bywa czasem zauważane przez czytających kroniki.
Sęk w tym, że współczesna Ukraina wypuściła nie tak dawno pamiątkową monetę kolekcjonerską upamiętniającą właśnie tę bitwę. Można zrozumieć, że państwo, które tak naprawdę dopiero usiłuje zbudować jakieś wspólne ramy dla wcale nie jednolitego społeczeństwa „pisze historię” pod ten zamiar, ale czasem – tak jak w tym przypadku – nie potrafi/nie chce przewidzieć politycznych skutków takiego czy innego wyboru.
W Polsce pamiętane są tzw. „rzezie wołyńskie” i w związku z tym mamy pretensje do Ukraińców za traktowanie UPA jako bohaterów narodowych, ale sami wprowadzamy kompletnie „odjazdowy” kult „żołnierzy wyklętych” i wcale nie widzimy tu żadnej niekonsekwencji.
Mało tego – paramilitarne formacje, które coraz bardziej przypominają SA (Siły Antoniego) mające się stać podstawą Obrony Terytorialnej oficjalnie nawiązują do tego kultu (kultu, bo wiedzy w tym wszystkim bardzo niewiele).
Jest to o tyle ciekawe, że trudno w tym wszystkim dopatrzeć się konsekwencji i prostej logiki; bo ta podpowiada, że jeśli np. NSZ pluła jadem na AK, a my teraz gloryfikujemy NSZ, to powinniśmy potępiać AK zgodnie z argumentami używanymi przez „naszą” formację w czasie wojny.
Tego nie robimy. Dlaczego?
Podobnie Ukraińcy. Walczą z Rosją widząc w niej ucieleśnienie wszelkiego zła, a jednocześnie widzą bohatera narodowego w Chmielnickim, który tejże Rosji poddał Ukrainę zaprzepaszczając wszystko co można było osiągnąć w negocjacjach z Rzeczpospolitą. To jemu zawdzięczają rusyfikację swego kraju, sprowadzenie go do roli rosyjskiej prowincji.
Jednocześnie wysławiają Iwana Bohuna, który wystąpił przeciw Chmielnickiemu właśnie z tego powodu. Gdzie tu sens?
Mało który Ukrainiec wie, że podczas powstania z 1648 roku tylko jeden człowiek od początku wysuwał koncepcję niepodległej Ukrainy i nie był nim Bohdan Chmielnicki.
Ten ktoś nazywał się Maksym Krzywonos i wbrew znanym karykaturom, nie miał ponoć wcale krzywego narządu węchu, a jego nazwisko było dosłownym tłumaczeniem nazwiska rodziny, z której pochodził – szkockich imigrantów o nazwisku Cameron, którą to informację polecam naszym rodzimym wielbicielom brytyjskiego premiera.
Taras Szewczenko nie miał wątpliwości co do roli jaką odegrał Chmielnicki w historii Ukrainy. Pisał o tym kilkakrotnie. A współcześni Ukraińcy nie widzą niczego dziwnego w wielbieniu i jednego i drugiego.
Piszę o tym, by pokazać, że dziwaczna w swej treści polityka historyczna nie jest li tylko naszą specjalnością. Wiem – to żadne pocieszenie, ale fakt warto odnotować.
Jej efekt to narastające niechęci, anse i pretensje miedzy ludźmi różnych narodowości narodowości, których nie da się zakończyć nigdy, ponieważ wszyscy zaczadzeni są oparami własnej nie historii, a polityki historycznej prowadzonej dość bezmyślnie, choć przecież najlepiej byłoby jej nie prowadzić w ogóle.
Pokusa panowania nad ludzkimi duszami jest jednak zbyt wielka, by ktokolwiek zrezygnował z takiego narzędzia. Skutki czasem bywają nawet zaskakujące. Sondaże prowadzone w środowiskach polskich narodowców pokazują, że najbardziej nielubianą przez nich nacją są nie Żydzi (poławiaczom antysemitów jest z tego powodu bardzo przykro), ale Ukraińcy i Cyganie. Żydzi mieszczą się gdzieś w środku stawki, na dość długiej liście, ponieważ prawdziwi narodowcy nie lubią nikogo.
Wracając do pani minister, której wróżę wielką karierę w jej środowisku politycznym, to wwdług jej koncepcji dzieci w nauczaniu historii powinny skupić się na historii Polski, ponieważ „ to kształtuje patriotyzm”. Osobiście dziękuję za taki patriotyzm, który kształtowany jest na podstawie polskiej historii wyrwanej ze światowego kontekstu, ale co robić?
O tym, że takie „kształtowanie” jest zwykłą manipulacją szkoda nawet pani minister mówić, bo ona uważa, że wręcz przeciwnie – zapobiega manipulacji.
Nauka, także historii, uczy bycia krytycznym wobec każdej informacji. Czy metodologia naukowa jest więc „niepatriotyczna”? Wychodzi na to, że owszem.
Może więc od niej rozpocząć zmiany „edukacyjne” w naszym kraju?
Poglądy pani minister, szczególnie w zakresie nauki religii w szkołach są chyba dość bliskie takiemu podejściu.
To co mi się u tej pani podoba, to zwrócenie uwagi na problem czytelnictwa.
Szkoła ma uczyć czytać i nakłaniać do czytania.
Popieram całym sercem. Słuchając powoływania się pani minister na zapisy konkordatu odnoszę wrażenie, że pierwsza powinna poddać się tej terapii.
Oczywiście, jeśli czytamy tę samą wersję konkordatu, bo ja w niej czytam zupełnie co innego niż ona.
Cóż, niczego dziś nie można być pewnym.
Pozostaje prowadzić właściwą politykę historyczną.
Jerzy Łukaszewski


„… jeden król, jedna religia, jedna moneta…”. Kiedy tak w Polsce było? Czy to u pani minister lenistwo, zła wola, czy wtórny analfabetyzm? Sądząc po pani minister należałoby nie tylko zachęcać do czytania, ale do czytania ze zrozumieniem.
Tak sobie myślę, Panie Jerzy Szanowny, że historia bywa złośliwa i teraz chichocze, bo jak inaczej należy potraktować sytuację, iz to, co się Zakonowi Krzyżackiemu nie udało w 1410, zostało niemal bezkrwawo zrealizowane przez jego pogrobowców ponad 600 lat później.
Od lat uważam, że podręczniki szkolne z historii powinny być pisane przez cudzoziemców. Właśnie żeby nie było hurra-patriotycznych przekłamań. Przy okazji, a także na dowód, że mam rację, polecam świetną książkę o historii Polski w latach 1918 – 1939, napisaną przez Amerykanina, Richarda Watta: „Gorzka Chwała”. Autor nawet nie jest z wykształcenia historykiem, a hobbystą, lecz książkę napisał świetną. Mógłby to być doskonały podręcznik dla klas licealnych, choć chyba nie za rządów PiS…
Minisra – Polkamać!
Polityka historyczna to po prostu rewizjonizm historyczny.
Polityka historyczna niczego PiSowi nie da, bo 80% uczniów w szkole coraz bardziej w nosie ma wszelką wiedzę. Pozostałe 20% zdobędzie wiedzę rzetelną niezależnie od pomysłów, jak pan to ładnie nazwał, „politycznych oprychów”. Czytelnictwo w wymiarze masowym upada i upadnie całkowicie. Pozostanie przy nim elita, ze zmienionym medium – z papieru na elektronikę. Pozostała część społeczeństwa coraz bardziej będzie przechodzić na język internetu – memy, tweety i inne syntetyczne formy wyrazu, często zupełnie nie rozumiejąc kontekstów, smaczków, niuansów. Obecni właściciele Polski nie będą rządzić długo z powodu….braku zasobów, począwszy od własnych szarych komórek a skończywszy na papierze toaletowym.
Mam już swoje lata, historii uczyłem się w tamtym ustroju
ale, też czytałem i słuchałem starszych od siebie ludzi i ich opowieści. Nie byłem bezkrytyczny wobec tego czego wymagali w
szkołach. Nadal z przyjemnością czytam o histohi najnowszej w
Polsce i Europie. O żołnierzach wyklętych moje zdanie prawie
się nie zmieniło od kilkudziesięciu lat. W Polsce historia najnowsza jest tworzona przez ludzi w zależności od tego kto za czym lobuje. Nie wiem czy można to nazywać historią skoro co
kilka lat kto inny za czym innym lobuje, szczególnie gdy czegoś
chcą ministrowie z PiSu i nie koniecznie jest to zgodne z prawdą. I co na to począć skoro ci, nieudani politycy czekali
na to aż tyle lat, teraz się odgryzają za lata odosobnienia.
Pozwólmy upływać czasowi.
Ps
Prezydent właśnie jarmoli o czymś czego akurat sam nie realizuje
Zgadzając się z prawie wszystkim, co napisał pan Jerzy, przypominam, kto uchwalił w Polsce państwowe (tzw. darmowe) podręczniki… Przestrzegałem wówczas, że to bardzo zła zmiana.
Wstrzymałbym się z pochwałą ministerialnego zainteresowania czytelnictwem. Dotychczasowe doświadczenia pokazują, że dobrym intencjom nie zawsze towarzyszy zrozumienie, na czym polega problem.
No i powtórzę, że bardzo brakuje w polskich szkołach filozofii (niekoniecznie historycznej), w tym etyki i logiki; niemal tak bardzo, jak edukacji seksualnej.
A tak, przy okazji… Czy panowie Jagiełłowie mówili po litewsku, czy białorusku?
@hazelhard pisali po rusku (nie było wtedy białoruskiego), tyle wiemy. Nawet dokumenty, nadania i przywileje cedowane w tamtą stronę były pisane w ruskim języku. Do Prus Królewskich szły po łacinie, z Prus do króla po niemiecku.
I jakoś to działało 🙂
Ciekawe z tą Litwą i językiem litewskim…Kiedy pojawił się on jako urzędowy?
Dopiero po I wojnie.
Historia języków urzędowych to w ogóle ciekawa rzecz.
Np. w wieku XVI i XVII car rosyjski pisząc do sułtana pisał … po polsku. Na tych terenach to polski był językiem dyplomacji.