2016-04-17.
Stanisław Obirek pisze o zaproszeniu przez Watykan amerykańskich „lewicowców” – prezydentów Boliwii Evo Moralesa, Ekwadoru Rafaela Correi, oraz kandydata do tego stanowiska w USA, Bernie Sandersa. I o związanej z tym irytacji katolickich konserwatystów. Oby miał rację twierdząc, że będą musieli się przyzwyczaić. Co przecież znaczy: wrócić do korzeni.

Ubóstwo
Bogactwo i bieda są naturalnym stanem rzeczywistości doczesnej, sądzą ludzie prości i utytułowani. Równie naturalne wydaje im się to, że biedota ma służyć możnym tego świata, zaś sprawiedliwości doczeka się po śmierci. Bernard Mandeville w Bajce o pszczołach pisze o tym bez skrępowania: „W wolnym narodzie, w którym niewolnictwo nie jest dozwolone, najpewniejszym skarbem jest liczna rzesza pracującej biedoty. […] Z pracy ubogich, a nie z niskiej czy wysokiej wartości złota lub srebra, powstawać muszą wszystkie wygody życiowe”.
Największym skarbem państwa są, zdaniem Mandeville`a, nie tylko ludzie ubodzy, ale i występni. W przedmowie do Bajki… wyjaśnia, że pisał ją mając na względzie jeden cel: „wykazanie nikczemności składników, które razem wzięte tworzą ów dobry stop, jakim jest dobrze zorganizowane społeczeństwo, oraz sławienie cudownej potęgi mądrości politycznej, dzięki której z najbardziej pogardy godnych części można wznieść tak piękna budowlę. […] nie podobna zażywać wszystkich najwykwintniejszych wygód życiowych, które dostępne są w pracowitym, bogatym i potężnym narodzie, a jednocześnie cieszyć się wszystką cnotą i niewinnością, jakich można by sobie życzyć w jakimś złotym wieku”.
Pamiętam dyskutanta z tytułem profesorskim, który dowodził w telewizji, że polskie mafie spełniają pożyteczną rolę wobec gospodarki jako całości. Stabilizują nielegalny rynek, przeciwdziałają chaosowi itp. Mówiąc to uśmiechał się, nie odniosłem jednak wrażenia, by żartował.
Ubóstwo. Ubóstwiać. Bóstwo. Słyszę etymologiczny związek między tymi wyrażeniami, pewnie jest też związek znaczeniowy. Papież Franciszek mówi o kościele, że ma być ubogi i dla ubogich. Montesquieu: to zdumiewające, że bogactwo ludzi Kościoła wzięło swój początek od zasady ubóstwa.
Dariusz Kowalczyk, jezuicki prowincjał, wypowiadał się onegdaj w „Rzeczpospolitej” (Księża nie spadają z nieba) o ubóstwie księży: „Życie w ubóstwie jest radą ewangeliczną, a nie przykazaniem. Kościół w różnej formie zawsze głosił, że bogaty może być dobrym chrześcijaninem”. Opinia Kościoła – sankcjonująca także jego własne bogactwo – jest bardziej miarodajna dla o. Kowalczyka aniżeli „ewangeliczne rady”? Kazanie na Górze to ledwie „porada” – czy raczej moralny fundament wiary?
Jorge Maria Bergoglio jest, podobnie jak o. Kowalczyk, jezuitą. Przybierając swe papieskie imię wpisał się w aksjologię franciszkańską. Biedaczyna z Asyżu uważał się za sługę Pani Biedy (Madonna Poverta). Pisał: „W tym jest dostojeństwo najwyższego ubóstwa, że ono ustanowiło was, braci moich najmilszych, dziedzicami i królami królestwa niebieskiego […]. Do niego, najmilsi bracia, całkowicie przylgnąwszy, niczego innego dla imienia Pana naszego Jezusa Chrystusa nie chciejcie nigdy na ziemi posiadać”.
Kościół ubogi i dla ubogich. Lewicowy? Czemu nie, jeśli lewicowość łączyć z jej pierwotną postacią, z posiedzeniem Stanów Generalnych w 1789 roku, podczas którego przedstawiciele arystokracji i duchowieństwa usiedli po prawej stronie od prowadzącego obrady, deputowani stanu trzeciego, ludu (biedoty) po lewej. Jezus przyszedł na świat ubogi i jest Mesjaszem ubogich; zbyt wiele jest potwierdzających to wypowiedzi nowotestamentowych, by je tu przytaczać.
Zaraz po konklawe pojawiło się wiele skwapliwych zapewnień, że Franciszek nie ma nic wspólnego z teologią wyzwolenia. Trudno o tym przesądzać, choć warto byłoby odróżnić literę i ducha tej teologii, będącej przecież kontynuacją idei franciszkańskich. Myśl dominikanina Gustavo Gutierezza (Apuntes para una teologia de la liberacion, 1969) została potępiona przez Kongregację Nauki Wiary (Instrukcja o niektórych aspektach teologii wyzwolenia, 1984) za zaangażowanie polityczne i odwoływanie się do marksistowskich kategorii. Jednak już dwa lata później Watykan uznał prawomocność tez etycznych i teologicznych głoszonych przez południowoamerykańskich duchownych („preferencyjna opcja na rzecz ubogich”, „grzeszne struktury społeczne” prowadzące do nędzy i głodu).
Nowego znaczenia nabrało głośne zdanie Héldera Câmary („Kiedy daję biednym chleb, nazywają mnie świętym; gdy jednak zapytam, dlaczego biedni nie maja chleba, piętnują mnie jako komunistę”) w kontekście wypowiedzi innego brazylijskiego teologa, Leonardo Boffa: „Jestem socjalistą nie dlatego, że socjalizm, ale dlatego, że Chrystus”.
W telewizji wigilie, śniadania wielkanocne dla ubogich, bezdomnych. Upokorzeni swą nędzą, wystawieni na łup kamer. Prezydenci miast, zanim usiądą przy rodzinnych stołach, odrabiają chrześcijańską lekcję: łamią się opłatkami, częstują święconymi jajkami, dzielnie piją barszczyk w plastikowych kubkach. Bezdomni piją alkohol i umierają na mrozie. Nagabywani przez dziennikarzy, dlaczego nie chcą skorzystać z noclegowni, każą się odpierdolić. Też bym tak zareagował.
Ćwierć wieku temu Mira Kuś napisała Litanię w swojej obronie, której, niestety, nie czyta się dziś jako świadectwa przezwyciężonego szczęśliwie okresu: „jestem po stronie ludzi ubogich/ bezdomnych i bezrobotnych/ tych którym drży ręka/ gdy płacąc u kasy za chleb i butelkę mleka/ szukają w wytartej portmonetce/ brakującej pięćsetki boże/ co za wstyd// jestem po stronie alkoholików/ którzy w drżącej ręce trzymają buteleczkę brzozowej/ lub inną namiastkę »wody życia« i dla których/ już ostatnim i jedynym celem w życiu/ jest donieść do ust nie rozlany kieliszek dlaczego/ tak się stało już nie pamiętają boże/ co za wstyd// jestem po stronie chorych na aids/ ludzkich strzępów z zasłoniętą twarzą/ siedzących na chodniku i żebrzących o wsparcie/ dopóki bliźni nie oczyszczą ulicy/ z tego »śmiecia« boże/ co za wstyd// jestem po stronie tych którzy śpią pod mostem/ a największe życiowe boje staczają/ o ciepłe miejsce w kanale/ których przyjęły do swej społeczności szczury/ a odtrącił człowiek boże/ co za wstyd”.
Kuroń
Lewicowość i chrześcijaństwo – jeśli nawet nie identyczne, są to aksjologie bardzo sobie bliskie. Można dostrzec tę bliskość porównując na przykład fragmenty Rękopisów ekonomiczno – filozoficznych Karola Marksa i niektórych, nie heretyckich przecież, encyklik Jana Pawła II. Obydwaj krytykują pracę wyalienowaną (oderwaną od rzeczywistych potrzeb twórczych) i urzeczowioną (gdy, jako praca najemna, staje się towarem). Podobnie chyba sądził Jacek Kuroń, o którym niezbyt trafnie napisano, że był „otwartym ateistą, choć nie antyklerykałem”. Czy rzeczywiście nie był antyklerykałem, trudno przesądzać. Mówił jednak rzeczy z pewnością odległe od klerykalizmu: „Jestem bardzo nieufny wobec Kościoła hierarchicznego. Pamiętam, że Kościół to wspólnota wiernych […], ale to jest wspólnota zbudowana hierarchicznie – i ta hierarchiczność z kolei mnie odrzuca”. Co zaś do otwartego ateizmu… Oto kilka innych zdań, jakie wypowiedział na jesieni 1996 roku (cytuję za: Chrześcijanin bez Boga, „Tygodnik Powszechny” nr 28,2004): „Ja nie jestem człowiekiem wierzącym, choć nie uważam, że Boga nie ma.[…] Ale naprawdę miałem pełną świadomość, że mogę znaleźć tylko Boga: jak nie znajdę Boga, nic więcej nie znajdę. […] Otóż gdybym ja nie podejmował wysiłku; ale naprawdę podejmowałem… A potem z Gają doszliśmy do wniosku, że nie ma powodu pytać o to «jest« czy «nie ma», bo ważne, żeby tak żyć, aby było po Bożemu. […] Nie ma we mnie pragnienia wiary w Boga dla Boga, jest pragnienie wiary w Boga dla ludzi. […] W moim przekonaniu Ewangelia nadaje życiu sens. […] Chrystus mówi: głodny byłem – nakarmiłeś mnie, spragniony byłem – napoiłeś mnie. Przybyszem byłem… – to dla mnie strasznie ważne, że mówi także o byciu przybyszem. Chory byłem… Siedziałem, a nawiedziłeś mnie w więzieniu. Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych najmniejszych – mnie uczyniliście”.Nie dziwią mnie określenia, jakie pojawiły się w komentarzach po śmierci Kuronia: homo naturaliter christianus, anima naturaliter christiana. Przypomina mi się opinia Adama Grzymały-Siedleckiego z 1923 roku na temat Stefana Żeromskiego: „Socjalizm Ludzi bezdomnych nie jest beletryzowanym marksizmem. Jest on po prostu zbuntowanym [tzn. odrzucającym instytucję i dogmaty – przyp. acl] chrystianizmem”.
Prawicowiec chętnie odwołuje się do kleru i do instytucji kościelnej. Lewicowiec – tak jak Jacek Kuroń – będzie raczej dążył do miłości i Boga. (Anthony de Mello: księża mówią o nierządnicach, nierządnice mówią o Bogu). François Mauriac, pisarz katolicki, związanie się swego Kościoła z polityczna prawicą uznał za historyczny błąd o fatalnych skutkach. Podobnie myśleli chrześcijański personalista Jacques Maritain i twórca miesięcznika „Esprit” (właśnie: duch, nie instytucja) Emanuel Mounier.
Fatalne skutki, o których mówił Mauriac, uwidoczniły się po 1989 roku. Świadczy o tym choćby zjawisko religious right, zróżnicowanego wyznaniowo ruchu konserwatywnych chrześcijan. Chcą funkcjonować w polityce, manifestować publicznie swe przekonania i podporządkowywać im prawo stanowione. Nad ducha ewangelii przedkładają władzę dekretów i ustaw.
Oby miał rację Stanisław Obirek, że będą musieli przywyknąć do czegoś zupełnie innego…
Andrzej C. Leszczyński



Etymologia „ubóstwa” nie jest pewna – http://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/ubogi;747.html. Ale to na marginesie, bo myśl przewodnia tego artykułu jest zbyt ważna, by się czepiać.
Jacek Kuroń to prawdziwy święty Boży , będący w samym centrum Kościoła ,który jest wspólmotą świętych w duchu i prawdzie . W przeciwieństwie do polskiego Episkopatu , który jest wspólnotą interesów w kasie i kłamstwie
Coś mi się wydaje, że mam rację. Inna sprawa, że wiek papieża (osiemdziesiątka na karku)pozwala spać spokojnie różnym prominentnym kapłanom (były prowincjał Dariusz Kowalczyk jest w tej chwili dziekanem Wydziału Teologicznego na PUG, którzy wiedzą, że pasja ubóstwa minie i wrócą stare dobre czasy współistnienia bogactwa i katolicyzmu. Myślę, że Bergoglio na tym współistnieniu się sparzył w Argentynie i dlatego teraz próbuje odpokutować grzechy młodości (zwalczał u siebie jako prowincjał jezuitów teologów wyzwolenia). Jego akceptacja tego kierunku jest w tej chwili zdecydowana, por. spotkania ze wspomnianym przez Andrzeja C. Leszczyńskiego Gustavo Gutierrezem i Leonardo Boffem. Póki co prawicowcy muszą zagryzać wargi i modlić się o krótki pontyfikat. Ale wiemy, że Bóg nie zawsze wysłuchuje modlitw, nawet prawicowców.