Paweł Czyżak: Mąż Marii, ale nie stanu

Conservative Warsaw Mayor and presidential candidate Lech Kaczynski for the 25 September 2005 general elections speaks at the Batory Foundation in Warsaw 19 September 2005. Kaczynski is placed second in the presidential election race behind centre-right Civic Platform leader Donald Tusk. AFP PHOTO WOJTEK RADWANSKI

2016-04-23.

[dropcap]P[/dropcap]rezydent Lech Kaczyński był podobno w bezpośrednich osobistych kontaktach miłym człowiekiem, gawędziarzem z dużą wiedzą historyczną. Podobno, ponieważ co oczywiste, większość współobywateli nie miała okazji się o tym przekonać.

Czym innym jest powszechna wiedza rodaków o Lechu Kaczyńskim jako osobie publicznej, sprawującej urząd prezydenta. Zapowiadane pomniki Lecha Kaczyńskiego, place czy ulice mające nosić jego imię mają być dedykowane Prezydentowi RP, a nie Lechowi Kaczyńskiemu – sympatycznemu gawędziarzowi. A prezydentem Kaczyński nie był dobrym, podobnie jak nie był sprawnym politykiem. Prezydentura Lecha Kaczyńskiego okazała się, jak do tej pory, najgorzej ocenianą przez opinie społeczną prezydenturą po 1989 roku (pomijając Wojciecha Jaruzelskiego). Lechowi Kaczyńskiemu udało się ustanowić swoisty rekord – tylko przez pierwsze trzy miesiące urzędowania miał przewagę ocen pozytywnych nad negatywnymi.

Komunikat z badań CBOS nr BS/82/2010

wykres

Prezydent Kaczyński swoimi działaniami nie wzmacniał pozycji Polski w Europie. Małostkowe i pełne kompleksów podejście brało górę nad racją stanu i dobrem wspólnym Polaków.

Przykładem takiego postępowania jest tzw. afera kartoflana. W dniu 26 czerwca 2006 w berlińskim niskonakładowym dzienniku „die tageszeitung”  (taz) na ostatniej stronie, mającej charakter jednoznacznie satyryczny, pojawił się tekst zatytułowany „Nowe polskie kartofle” wyśmiewający w niewybredny sposób uprzedzenia antyniemieckie braci Kaczyńskich. Dziennikarze „taz” kpili już wcześniej ze wszelkich autorytetów – od papieża i kanclerza federalnego po irańskich ajatollahów i Władimira Putina.

W efekcie jednak „obrażony” Lech Kaczyński odwołał swój udział w spotkaniu z kanclerz Niemiec i prezydentem Francji z okazji 15 rocznicy powołania Trójkąta Weimarskiego. Oficjalnym powodem były zaburzenia przewodu pokarmowego. Zaburzenia te trwały prawdopodobnie dość długo, bo do następnego spotkania szefów państw w ramach Trójkąta Weimarskiego doszło dopiero w roku 2011, gdy Polskę reprezentował Bronisław Komorowski.

Na potrzeby dania odporu satyrze, która w innym przypadku nie byłaby w ogóle zauważona w Europie, zaangażowano cały aparat państwowy. Tekst satyryczny potępił premier Marcinkiewicz, natomiast minister spraw zagranicznych Anna Fotyga zażądała interwencji władz niemieckich, a ambasador polski w Niemczech wystosował list do redakcji.

Tym razem już wysokonakładowa prasa europejska odniosła się do zaistniałej sytuacji. „Süddeutsche Zeitung” donosił, iż odmowa przyjazdu do Weimaru Prezydenta RP jest skandaliczna. Stwierdzono także: „Kaczyński tak często wyrażał się nieprzychylnie o UE, że nie można uwierzyć w jego chorobę”. W „Financial Times” pisano, iż władze polskie zareagowały z wściekłością na satyrę pisemka z Berlina. Najwyżsi państwowi dygnitarze wytoczyli najcięższe armaty przeciwko kilku rozwydrzonym pismakom znad Szprewy.

Komentator pierwszego programu telewizji niemieckiej publicznej ARD przypuszczał, że polski prezydent padł ofiarą „złośliwego wirusa niemieckiej wolności prasy”. Niemiecki dziennikarz przypominał, że kiedy rząd brytyjski z powodu uroczystości urodzin królowej poprosił prezydenta Kaczyńskiego o nieznaczne przesunięcie terminu wizyty, ten po prostu odwołał podróż do Londynu bez żadnych konsultacji ze swym MSZ.

Po wygranych przez PO wyborach w 2007 roku, prezydent Kaczyński pozostawał prawie cały czas w sporze z rządem Donalda Tuska. Prezydent próbował prowadzić własną politykę zagraniczną inną od linii prezentowanej przez polski rząd. Apogeum tego sporu był tzw. spór o krzesło. W dniach 15-16 października 2008 w Brukseli odbył się szczyt UE, czyli spotkanie Rady Europejskiej poświęcone głównie sprawom ekonomicznym,  w szczególności światowemu kryzysowi na rynkach finansowych, ale także pakietowi klimatyczno-energetycznemu oraz sprawom imigracyjnym. Premier Donald Tusk jechał na ten szczyt z ministrem finansów Jackiem Rostowskim.

Nieprzewidziana obecność prezydenta Kaczyńskiego na szczycie, oprócz ryzyka prezentowania niejednolitego stanowiska ze strony Polski, sprawiała żenujące problemy techniczne – także z powodu ściśle wyliczonej liczby miejsc siedzących przy stole obrad. Wspólną obecność prezydenta i premiera na brukselskim szczycie Polacy zapamiętali jako obrazek: prezydent klepiący z satysfakcją po plecach premiera.

Sukcesem prezydenta Kaczyńskiego mogły być co prawda negocjacje Traktatu Lizbońskiego, ale odwlekanie przez ponad półtora roku złożenia podpisu pod dokumentami ratyfikacyjnymi, spowodowało najpierw zdziwienie wśród przywódców państw UE, które przerodziło się w niemożność zrozumienia jego pozbawionych konsekwencji działań.

Lech Kaczyński nie radził sobie w kontaktach z politykami Europy zachodniej, brak znajomości języków obcych nie pozwalał mu na skracanie dystansu, co zawsze jest pomocne w tworzeniu dobrych relacji. Wierzył, że pozycja Polski w UE zależy od polskiej aktywności na „łuku południowo-wschodnim”. Prezydent postawił na Gruzję, Ukrainę, państwa bałtyckie. Jednak z jego polityki wschodniej nie zostało nic konkretnego, wizja przewodnictwa Polski w bloku państw postkomunistycznych była naiwną mrzonką.

Nie zmienia to faktu, że zaangażowanie prezydenta w Gruzji z punktu widzenia samych Gruzinów było ważne.  Przy okazji jednak warto przypomnieć w tym kontekście incydent z 12 sierpnia 2008 roku. Samolot Tu-154M z prezydentem Kaczyńskim, prezydentami Litwy, Ukrainy i Estonii leciał do Gandżi w Azerbejdżanie.  Prezydent Kaczyński zdecydował, że mimo konfliktu zbrojnego trwającego w Gruzji chce wylądować w Tbilisi.

– Lot był niebezpieczny. Nie mieliśmy zgody dyplomatycznej na lot do Gruzji, nie mieliśmy informacji o sytuacji pogodowej na lotnisku, o jego stanie, o systemach nawigacyjnych. Nie wiedziałem, czy będę miał jakąkolwiek łączność radiową. I wreszcie nad terytorium Gruzji operowały rosyjskie samoloty bojowe – tłumaczył mjr Pietruczuk, który był pierwszym pilotem. Pilot wyjaśniał, że Tu-154  nie ma systemów, które umożliwiałyby ostrzeganie o namierzeniu przez radar. Na samoloty bojowe załoga była więc ślepa i w każdej chwili mogło dojść do zderzenia.

Dowódca Tu-154M wspominał, że wtedy nikt nie chciał słuchać jego argumentów, cały czas naciskano na niego, by lądował.  – Była tylko argumentacja polityczna, że musimy wylądować przed prezydentem Sarkozym – mówi Pietruczuk. (Prezydent Francji Nicolas Sarkozy, który leciał z Moskwy, reprezentował Unię Europejską i miał zgodę USA na prowadzenie rokowań z Moskwą, dlatego Rosjanie umożliwili mu przelot do Tbilisi). Chociaż po swojej stronie miał resztę załogi, także drugiego pilota, kpt. Arkadiusza Protasiuka (pierwszego pilota tragicznego lotu do Katynia), a nawet dowódcę 36. Specpułku, na przebieg sytuacji wpłynął bezpośrednio prezydent Kaczyński, który wszedł do kokpitu i wydał rozkaz pilotowi.

Wtedy padło pytanie, czy wiem, kto jest zwierzchnikiem sił zbrojnych. Odpowiedziałem: “Tak, wiem, panie prezydencie”. Na co prezydent: “W takim razie polecam wykonać lot do Tbilisi”. Pan prezydent odwrócił się i wyszedł – opowiadał major. Odmowa wykonania rozkazu pociągnęła za sobą dalsze konsekwencje. Dwa tygodnie później poseł PiS Karol Karski złożył doniesienie do prokuratury, a pilot wojskowy usłyszał ostre słowa krytyki. Zarzucono mu, że jest tchórzem i przynosi wstyd Polsce.

W kraju polityka prezydenta Lecha Kaczyńskiego prowadziła do dzielenia Polaków. O tym, że Prezydent sprzyja tylko jednej partii, partii swojego brata, było przekonanych nawet 44% wyborców PiS, odpowiednio 86% i 88% PO i SLD (Komunikat z badań CBOS nr BS/82/2010).

W organie doradczym prezydenta Kaczyńskiego, Radzie Bezpieczeństwa Narodowego, w skład której zwyczajowo powinien się znaleźć aktualny premier, odpowiedni ministrowie, prezes NBP , oraz eksperci, zasiadał były premier Jarosław Kaczyński, była szefowa dyplomacji Anna Fotyga i szef BBN (b. szef MON) Aleksander Szczygło.

Prezydent Lech Kaczyński w kampanii wyborczej do parlamentu polskiego i w kampanii wyborczej do parlamentu UE wspierał bez skrupułów kandydatów PiS, krytykując aktualny rząd PO i chwaląc poprzedni rząd kierowany przez brata.

Prezydent Kaczyński, z niezrozumiałych powodów, mimo wniosków z Krajowej Rady Sądowniczej, odwlekał nominacje sędziowskie, a w niektórych przypadkach bez uzasadnienia odmawiał przyznania nominacji, mimo protestów konstytucjonalistów, którzy podkreślali, że Konstytucja nie przyznaje prezydentowi takich uprawnień. Po raz pierwszy od 1989 r. Stowarzyszenie Sędziów Orzekających “Iustitia” publicznie zaprotestowało. Decyzję prezydenta nazwano precedensem, dodając, że zagraża ona niezawisłości sędziowskiej.

Podobnie rzecz się miała z nadawaniem nominacji profesorskich. Prezydent, który sam nie posiadał tytułu naukowego profesora, wydłużał wbrew przyjętemu zwyczajowi czas oczekiwania na przyznanie nominacji, co przez środowisko naukowe było odbierane jako pewien rodzaj upokorzenia (w czasie prezydentury Lecha Kaczyńskiego odbyło się 20 uroczystości nadania tytułu profesora, w czasie prezydentury Bronisława Komorowskiego – 72 uroczystości).

25 lutego 2010 na portalu PolitykaGlobalna.pl w artykule „Czy prezydent powinien jechać do Katynia?” Patryk Gorgol pisał:

Od kilku dni trwa żenujące przedstawienie pt. „Wyjazd prezydenta do Katynia”. Zamieszanie bierze się z faktu, iż premier Władimir Putin zaprosił premiera Donalda Tuska na uroczystości 70-rocznicy mordu katyńskiego, o czym spekulowano już w czasie wrześniowej wizyty rosyjskiego premiera w Polsce. Prezydent Kaczyński zaproszenia nie otrzymał, jednak zadeklarował swój udział w uroczystości dodając, iż cieszy się, że premier też weźmie w nich udział.

Wyjazd do Katynia nie był rutynowym działaniem prezydenta Kaczyńskiego, w czasie swojej prezydentury był tylko raz w Katyniu – w 2007 roku w czasie parlamentarnej kampanii wyborczej.

Tragiczna śmierć prezydenta miała niewątpliwy wpływ na zmianę postrzegania jego osoby, ocenie poddaje się cały dorobek Lecha Kaczyńskiego, a nie tylko okres sprawowania urzędu. Tym samym tworzy się mocno wyidealizowany obraz zarówno człowieka, jak i polityka.

Ale właśnie narzucana wszystkim narracja PiS o wybitnym polityku, a nawet mężu stanu, okazuje się przede wszystkim wielkim nadużyciem, opartym na bardzo słabych przesłankach. Można by dowodzić, że skoro prezydent został pochowany na Wawelu, „musiał” być wielkim Polakiem – po latach jednak widać coraz wyraźniej, że była to decyzja podjęta pochopnie i z niewłaściwych powodów. Już w roku 2010 profesor Marek Zaleski, analizując destrukcyjne przemiany polskiej świadomości zbiorowej po katastrofie smoleńskiej, pisał: „trudno miliony Polaków położyć na kozetce, dużo łatwiej położyć jednego z nich na Wawelu”.

Paweł Czyżak

 

Print Friendly, PDF & Email

12 komentarzy

  1. j.Luk 2016-04-23
  2. sroka 2016-04-24
  3. j.Luk 2016-04-24
  4. Obirek 2016-04-24
  5. malpa z paryza 2016-04-25
    • Magog 2016-04-27
  6. j.Luk 2016-04-25
    • malpa z paryza 2016-04-26
  7. j.Luk 2016-04-26
  8. malpa z paryza 2016-04-27
  9. billyb 2016-04-27
  10. slawek 2016-04-29
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com