2016-04-28.
Nie tak dawno pisałem o urodzinach Witkacego w Instytucie Teatralnym w Warszawie i cieszyłem się, że „Profesor Degler szczególne polecał lekturę książki Niemytych dusz, które ukazały się 77 lat temu. Jeśli zważyć, że sam Witkacy opatrzył ją podtytułem: ‘studium psychologiczne nad kompleksem niższości, węzłowiska upośledzenia przeprowadzone metodą Freuda, ze szczególnym uwzględnieniem problemów polskich’ to rekomendacja wcale nie dziwi”. No i okazja do lektury i refleksji nad tym „węzłowiskiem” znowu się nadarzyła. Tym razem było to w Teatrze Studio, a ściślej w jego barze.
I właśnie o tym przede wszystkim chciałbym napisać bo wybierałem się nie będąc do końca pewnym na co się wybieram gdyż na stronie teatru pod datą 25 kwietnia znalazłem tylko tajemniczy anons: „18.00 OCKNIJCIE SIĘ, PÓKI CZAS! Narkotyki i Niemyte dusze Witkacego”. Nie wiedząc co mnie spotka, przyszedłem kilka minut przed godz. 18.00 i dobrze zrobiłem, bo znalazłem wolne miejsce w nabitym holu teatru. Na ekranie przewijały się miny Witkacego, a przy podium stał on sam – Witkacy. Wprawdzie papierowy, ale i tak robił wrażenie.
Na podium zasiedli Janusz Degler, Jan Gondowicz i Przemysław Pawlak, zaś ich wypowiedzi moderowała Justyna Sobolewska. Półtorej godziny minęło, a ja ciągle miałem niedosyt i to nie tylko dlatego, że niedawno na nowo zanurzyłem się w Nienasyceniu, ani też z powodu ciągle niedokończonego Pożegnania jesieni. Tak naprawdę chciałem wiedzieć, dlaczego my Polacy (i to niezależnie od tego czy prawdziwi czy nie) ciągle mamy kłopot z Niemytymi duszami. Ta ostatnia pozycja, wydawana już po raz kolejny, ciągle nie może trafić na dobry moment recepcji.
Być może odpowiedzi udzielił Janusz Degler już na początku spotkania, przywołując ważką opinię zmarłego przed dwoma laty (dokładnie 24 kwietnia 2014 roku) Tadeusza Różewicza. Pozwolę sobie i ja przytoczyć jej fragment: „Witkacy jest serio, nie podlizuje się ani władzy, ani społeczeństwu, ani Kościołowi, ani >>ludowi<<, ani >>arystokracji<<. Jaki to inny snardz od tych rożnych lizusów, podlizywaczy, wylizywaczy, którzy podlizują się i dygnitarzom, i możnym, i seniorom, i młodzieży, i dzieciom, i psom, i rodzimym wierzbom, i sosnom, itd., itp. nie bał się pisać prosto i zrozumiale (dla pana profesora i prostaczka) np. o smrodzie!” (T. Różewicz, Kartki wydarte z dziennika (4), „Odra” 1985, nr 10, s. 32).
Wcale mnie nie zdziwiło zasłuchanie młodzieży, podejrzewam, że jednym z powodów tego zasłuchania jest to, że zgromadzeni dostrzegają konsekwencje braku recepcji nie tylko Niemytych dusz, ale w ogóle całego Witkacego. Pewnie dlatego chcą go czytać. Ja też zresztą. A rzecz zapowiada się imponująco – Stanisław Ignacy Witkiewicz rozpisany na 25 (słownie dwadzieścia pięć) tomów i wreszcie bez cenzury! Zaczynam od świeżo wydanego I tomu „Dramatów” i już się cieszę, że dwa następne są w druku, a cała trójca w opracowaniu nieocenionego Pana Profesora Janusza Deglera.
I już na koniec cytaty z Niemytych dusz, ku zachęcie:
„Istotą kompleksu niższości (węzłowiska upośledzeniea) jest pewne podświadome niezadowolenie ze swego położenia czy stanowiska w świecie i ze stosunku otoczenia, które zdaje się być zbyt obojętne czy negatywne wobec rzekomych wartości czy czynów danego osobnika”.
A jeden z możliwych skutków nieprzepracowanego kompleksu niższości Witkacy przedstawia w sposób nader aktualny (jeśli wziąć pod uwagę, co się w Polsce od kilku miesięcy dzieje):
„Czasem on sam [rzeczony osobnik, posiadacz nieprzepracowanego kompleksu niższości S.O.] przez innych systematycznie podbechtywany uwierzy w swą ważność z taką siłą, że do końca życia w jej poczuciu dotrwa, a nawet długo po śmierci błąka się między ludźmi ponad wszelka miarę majak – balon, zanim sąd nadeszłych nieomamionych pokoleń, sąd historii, już powoli dech sztuczny z niego wypuści, okazując jego nicość i wewnętrzną pustkę”.
Jako licealista przepisywałem do kajetu całe stronice Dzienników Witolda Gombrowicza. Dziś ta młodzieńcza słabość naszła mnie przy czytaniu Niemytych dusz Witkacego. Widać zmieniłem się, ale pewnie czasy też.
