Jerzy Łukaszewski: Jarmark patriotyczny

paw22016-04-30.

[dropcap]A[/dropcap]by nie było wątpliwości – handlowe skojarzenie, mimo że narzucające się czasem samo, zaczerpnąłem z wiersza Kasprowicza, który niewielkie ma chyba szanse na bycie włączonym do szkolnych lektur, ponieważ może skłonić wyobraźnię dziatwy do budowania ryzykownych obrazów z udziałem osób całkiem współczesnych.

Jest prosty i niekoniecznie wymaga interpretacji typu „co artysta miał na myśli”.

Co miał to właśnie napisał.
Rzadko na moich wargach
niech dziś ma warga to wyzna,
pojawia się krwią przepojony –
najdroższy wyraz: Ojczyzna.
Widziałem, jak się na rynkach
gromadzą kupczykowie
licytując się wzajem
kto ją najgłośniej wypowie.
Widziałem, jak do jej kolan –
wstręt dotąd serce me czuje –
z pokłonem się cisną i radą
najpospolitsi szuje.

To, co może zdumiewać człowieka pokładającego wiarę w edukacji pokoleń to to, że gdyby Kasprowicz żył dziś, pewnie nie zmieniły w tym wierszu ani literki.

Jego aktualność jest tym większa, że znowu, a powtarza się to dość regularnie, znaleźliśmy się w okresie, w którym słowo patriotyzm odmieniane jest przez wszystkie przypadki z konkursem na liczbę decybeli włącznie.

Pojęcie wykorzystywane jako hasło jest na tyle nośne, że nikt, komu zależy na dotarciu do większej liczby ludzi, z niego nie zrezygnuje. Z drugiej strony, przy całej swej prostocie jest na tyle nieostre, że praktycznie każdy może uczynić sobie z niego sztandar i nieść go z dumą, niezależnie od tego co i jak by robił.

Konsekwencją tego są właśnie wspomniane targi i konkursy głośności, co sugeruje, że tak naprawdę nikt nie potrafi jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie: czym jest patriotyzm i co to znaczy być patriotą.

Początkowo wszystko wydaje się jasne i proste. Patriota to ktoś, kto życzy dobrze swojej Ojczyźnie, jej dobro przedkłada nad interesy ogólniejsze ludzkości itd. itd.

Pies pogrzebany, jak zwykle, w szczegółach.

Historia niestety, nie nauczy nas kto jest patriotą, a kto nie. Głównie dlatego, że patrzy na poczynania ludzkie z dystansu, a po latach wszyscy potrafią się wymądrzać kto zrobił coś dobrego, szkodliwego, głupiego itp.

Znając konsekwencje jakichś poczynań łatwo jest je osądzać. Dużo gorzej, gdy mamy do czynienia z procesami bieżącymi, których efektów nie będziemy znać jeszcze przez jakiś czas.

W większości wypadków pozostaje więc wiara w to, że ktoś chce dobrze, że robi coś z myślą o Ojczyźnie, że jest patriotą.

Dziwne, ale przy całym braku precyzji pojęcia patriotyzmu, wciąż jest ono dla ludzi szalenie ważne. Dlaczego?

Człowiek jest istotą społeczną i przynależność grupowa jest dla niego bardzo cenna, czasem jest wręcz kwestią przetrwania. Niektórzy nazywają to atawizmem, ale chyba nie mają racji. Wbrew pozorom świat aż tak się nie zmienił, by instynkt stadny stracił rację bytu.

Gdyby zliczyć wszystkie znaczenia, jakie nadawano słowu patriotyzm, powstałaby nielicha biblioteka.

Ważność tego słowa powodowała wykorzystywanie go w najdziwniejszy sposób.  Na ogół politycy niezależnie od opcji przydawali swym działaniom przymiotnik patriotyczny, co w zamierzeniu miało zamykać usta oponentom. Zabieg tyleż prymitywny, co skuteczny.

Stosowany po dziś dzień.

Pamiętamy wszyscy jak za komuny wszystkie ruchy społeczne aż po partyzantkę włącznie, obojętne w jakiej części świata, ale zdeklarowane jako antyamerykańskie czy antyimperialistyczne, otrzymywały u nas oficjalne miano patriotycznych. Z automatu, bez szczególnych analiz.

Aleksandra Stypułkowska w londyńskich „Wiadomościach” w 1969 roku wspominała znanego w czasach stalinowskich gen. Krzemienia, który w broszurce „O ojczyźnie i patriotyzmie” umieścił zdanie mogące być ozdobą każdego muzeum osobliwości:

„…czczę przeszłość i tradycję swojego narodu, wielbię kulturę polską, to znaczy miłuję armię radziecką, kocham Stalina”.

Polscy komuniści, którzy sami w odręcznie pisanych życiorysach (miałem okazję je czytać) pisali o sobie „my, ludzie radzieccy”, świadomie wyzbywając się własnej narodowości, tworząc w ZSRR organizację nie omieszkali nazwać ją Związkiem Patriotów Polskich.

To słowo było ważne na tyle, że nie nazwali się Związkiem Komunistów Polskich, ale użyli określenia , które miało im ułatwić akceptację w kraju.

Czyli – cynicznie wykorzystywali jego znaczenie dla osiągnięcia celu dość dalekiego od tradycyjnego jego znaczenia.

Nie oni jedni. Nie omieszkała mienić się patriotyczną konfederacja targowicka, patriotyczne były NSZ współpracujące z SS i wspierane przez nią dostawami żywności i amunicji w 1945 roku (dziś to „żołnierze wyklęci”), patriotą był zarówno margrabia Wielopolski jak i Traugutt.

Po latach Wielopolski nie jest już patriotą, choć to on wynegocjował dla Polaków sporą część postulowanych przez środowiska patriotyczne (a jakże) ulg ze strony cara, są nimi za to organizatorzy powstania, które spowodowało tych ulg cofnięcie. Ot, ironia losu.

Dziś ucząc patriotyzmu wynosi się pod niebiosa tych, którzy chwycili za broń, nie wspominając niemal wcale o tym, że na każdego walczącego przypadało kilku takich, co mu możliwość walki organizowali, dostarczali broni, zbierali fundusze, załatwiali transport i zaopatrzenie itd.

Dlatego nawet dziś patriotyczna retoryka nakazuje używania języka walki, a nie pracy organizacyjnej, nudnej, mało efektownej, nie porywającej serc i umysłów.

Nikt nie chce dla ojczyzny pracować, każdy „walczy”. Nawet jeśli pracuje.  Ktoś kto przygotowuje projekty ustaw, porządkuje przepisy ułatwiające życie, zawsze – walczy.

Mało tego, pojęcie patriotyzmu tak sprzęgło się w języku niektórych z pojęciem państwa, że bywa ono używane jako argument za decyzjami państwowymi o charakterze opresyjnym.

Państwo – obywatel – to już nie są pojęcie współgrające, ale wręcz przeciwstawiane sobie!

Obywatel to niemal z definicji oszust, złodziej czy inny przestępca, który nie śpi, nie je, nie… itd. tylko kombinuje jak tu zrobić coś szkodzącego państwu.

Taka narracja towarzyszy u nas powstawaniu sporej części przepisów prawnych regulujących życie społeczne. Nietrudno to dostrzec w ich treści, nie mówiąc już o interpretacji urzędowej.

Państwo więc okazuje się być jakąś abstrakcją, która z definicji walczy z obywatelem, który jawi się jako jej wróg przyrodzony i niezbywalny, bo państwo pozbawione możliwości walki z obywatelem straciłoby sen istnienia.

To wszystko, rzecz jasna, podlane sosem patriotyzmu, który ma stanowić rodzaj alibi dla wszystkich podejmowanych wobec obywatela poczynań.

Obywatel w tych warunkach podejmuje walkę (bo co mu zostało?), nie wyzbywając się w swoim odczuciu prawa do nazywania się patriotą, oczywiście rozumiejąc to po swojemu.

Posłanka będąca właścicielką spółek na Cyprze nie omieszka nigdy zarzucać innym braku patriotyzmu, szczególnie w zakresie obowiązków wobec państwa, w tym – niewyprowadzania podatków za jego granice.

Mało tego – jest jedną z najgłośniejszych „patriotek” w naszym rodzimym grajdołku.

Ponieważ podający się za prawnika (oczywiście patriotę) minister postanowił zgłębić temat tzw. Panama Papers, ten temat zajmie nas za niedługi czas.

Mówi się, że pokutuje u nas XIX wieczne pojmowanie patriotyzmu, opierające się na „byciu przeciw”. Patriotyzm to bycie przeciw komuś lub czemuś w imię… itd.

Nawet jeśli tak jest, to to „bycie przeciw” można różnie wykorzystać w praktyce.

W tymże XIX wieku w państwie pruskim Polacy będący przeciw polityce Bismarcka, a później Hakaty walczyli budując, organizując, tworząc. I wygrywali.

Pan Krzysztof Łoziński pisze ostatnio sporo o nowej ustawie o obrocie ziemią, która to ustawa w zamyśle rządzących ma ponoć zabezpieczać nas przed wykupem ojczystej ziemi przez obce (rzecz jasna wrogie) elementy. Dziwne, ale rządzącym obecnie bardzo łatwo jest trafić tą pseudopatriotyczną retoryką do serc i umysłów wychowanych na lekcjach, na których opowiadano im jak to Ślimak et cons. trzymali się ojczystej ziemi „do krwi ostatniej kropli z żył”.

Szkoda, że na tych lekcjach nie wspominano o alarmujących doniesieniach pomorskich i wielkopolskich kreisamtów donoszących rządowi w Berlinie, że pomimo wsparcia udzielanego przez rząd pruski niemieckim osiedleńcom, zdarzają się przypadki wykupywania od nich ziemi przez Polaków.

Szkoda, bo może od małego uczylibyśmy się jak to możliwe, a także o tym, że największe nawet wysiłki rządu niewiele pomogą, gdy obywatel czegoś nie potrafi.

A że potrafi wskazują informacje o wykupywaniu niemieckiej ziemi przez Polaków za Odrą i to z takim rozmachem, że w ubiegłym roku jeden z Polaków był nawet kandydatem na burmistrza niemieckiego miasta wystawionym przez jak najbardziej niemieckich sąsiadów.

Te informacje zwykle są skrzętnie omijane bo nie pasują do obrazu jaki jest na rękę naszym władcom.

To zaś budzi podejrzenie, że nie o żadną obronę przed obcymi tu chodzi, a o zawładnięcie kolejnym obszarem naszego życia, na co będziemy musieli godzić się szantażowani umiejętnie konstruowanym strachem, ale i swoiście rozumianym pojęciem cynicznie wykorzystywanego słowa „patriotyzm”.

Czyli znów  to samo – dwaj wrogowie – państwo i obywatel.

Gdyby obywatel nie był definiowany jako naturalny wróg państwa, wszystkie te zabiegi nie miałyby sensu, a  realna władza nad naszym życiem skurczyłaby się do rozmiarów mało atrakcyjnych dla ambitnego polityka. Nawet jeśli jest to chora ambicja.

Czy w tych warunkach pojęcie patriotyzmu ma jeszcze jakieś „czyste” znaczenie i sens?

Obawiam się, że dopóki dobro państwa  i obywatela nie będą tożsame, słowo patriotyzm będzie puste, bez treści i realnego znaczenia.

Choć wciąż nośne, z przyzwyczajenia.

Mało tego – by przywrócić mu właściwe znaczenie i wagę, to państwo musi uznać, że jego dobro jest sumą dóbr wszystkich jego obywateli.

Jeśli pojęcia tych dóbr gdzieś się rozchodzą, to państwo musi dostosować się do obywatela, a nie odwrotnie.

Prawnicza definicja państwa mówi wprawdzie, że państwo jest „organizacją przymusową”, ale składa się z żywych ludzi, nie jest abstrakcją, a przynajmniej być nie powinno. Nie jest i nie może być czymś „ponad”.

Wtedy byłoby po prostu grupą przestępczą wykorzystującą przy użyciu środków przymusu ludzi przypadkowo urodzonych na terenie jej działań.

Rzecz wbrew pozorom nie jest nowa, toczyły się już dyskusje na temat stosunku chłopów w Królestwie do powstania styczniowego i wówczas panowała zgoda co do tego, że człowiek nie może identyfikować się z państwem nie respektującym jego żywotnych interesów.

A jednak słowo patriotyzm pochodzi od patria – ojczyzna. Może więc błąd w sztuce zaczyna się od identyfikacji pojęcia ojczyzny i państwa?

Warto sobie (i innym) zadawać takie pytania w czasie gdy słowo patriotyzm przypisuje się jednej (jedynie słusznej) opcji politycznej z wykluczeniem wszystkich inaczej myślących.

Szczególnie takiej opcji, która prawem kaduka przypisuje sobie kompetencje uprawniające do decydowania o patriotyzmie i przynależności do narodu każdego pojedynczego człowieka.

Słowem nie wspominając z jakiego nadania to robi.

Bo z jakiego?

Jerzy Łukaszewski

 

Print Friendly, PDF & Email

16 komentarzy

  1. narciarz2 2016-04-30
  2. andsol 2016-04-30
  3. PIRS 2016-04-30
  4. j.Luk 2016-04-30
  5. PIRS 2016-04-30
  6. j.Luk 2016-05-01
  7. narciarz2 2016-05-01
  8. narciarz2 2016-05-01
  9. PIRS 2016-05-01
  10. j.Luk 2016-05-01
  11. PIRS 2016-05-01
  12. j.Luk 2016-05-01
  13. PIRS 2016-05-01
  14. j.Luk 2016-05-01
  15. andsol 2016-05-01
  16. narciarz2 2016-05-01
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com