natan gurfinkiel: space cake

natan 32016-05-20.

pod koniec lat 80. jeździłem często do amsterdamu, czasami sam, czasami z dziecięciem moim naomi (kurką, jak nazywa ją rodzina i zaprzyjaźnieni polacy w różnych krajach). jeden z tych wyjazdów zapadł mi szczególnie w pamięć.

któregoś dnia poszliśmy do vondel park i już od wejścia dobiegały nas swojskie tony góralskiej muzyki z okolic zakopanego. poszliśmy w stronę estrady, a gdy po kilku minutach dobrnęliśmy na miejsce, muzycy nader poręcznie zrobili przerwę, mogliśmy więc wdać się z nimi w rozmowę.

dowiedziałem się, że był to zespół górali z białego dunajca, a gdy dowiedzieli się, że znam dobrze jego założycielkę, p. zofię solarzową – mamę wojtka solarza, mego przyjaciela i kolegi z roku, rozczulili się i podarowali mi ciupagę, którą do końcapobytu dumnie obnosiłem po mieście. nie wzbudzało to szczególnej sensacji, bo nad tamtejszymi grachtami (chchracht – jak wymawia się ten wyraz – znaczy po niderlandzku kanał) nie takie oglądało się tam dziwności jak polski żyd z ciupagą.

podnieceni wrażeniami i nieco wycieńczeni długim spacerem, wstąpiliśmy do naszej ulubionej kawiarni „karel appel”. w dawnych czasach, kiedy sławny już od dawna przed naszym przyjazdem do amsterdamu malarz był jeszcze początkującym artystą, w lokalu późniejszej kawiarni mieściła się niewielka galeria, w której wystawiał swe wczesne obrazy. kurka wzięła swą café latte, a ja, jak zwykle, zamówiłem espresso. byłem lekko głodny, więc wbrew nawykowi postanowiłem zjeść jakieś ciastko do kawy, bo było już zbyt późno na lunch i za wcześnie na obiad – czyli polską kolację. w gablocie na kontuarze leżały niewielkie ciasteczka, a nad nimi przyklejone do szyby pasemko z napisem space cake. dźgnąłem palcem w to miejsce, bo w pierwszej chwili nie zwróciłem uwagi na nazwę.

– na pewno chcesz to?- zapytał barman
– tak

nawet cena nie wydała mi się szczególnie podejrzana, bo ten kosztował jakieś trzy , lub trzy i pół raza więcej od normalnego ciastka, ale i tak nie wydał mi się niezapłacalnie drogi.

– co masz do kawy? – spytała kurka.
kiedy powiedziałem jej, wydała tylko głuchy jęk.

kawiarnia wyglądała normalnie. przy barze siedziała para mocno podstarzałych gejów w obcisłych skórzanych spodniach i nieco tylko luźniejszych kamizelkach. Byli zrelaksowani i oglądali innych gości z wyrozumiałym i pełnym ciepła uśmiechem. W kącie, przy swym zwykłym stoliku siedział general van indonesië – ciemny chłopiec w trenczu nabitym cekinami i czarnym indonezyjskim fezie na głowie. był on głównym dilerem ulicy i całe miejscowe zaopatrzenie w haszysz lub marię iwanownę szło przez niego . inni goście również tkwili tam gdzie zawsze.

– musimy pójść na dworzec, bo umówiłam się z chaosem, odezwała się kurka. wrócimy tu razem z nią. słowo chaos było przezwiskiem kurkowej przyjaciółki z kopenhagi – zaadoptowanym przez duńską rodzinę koreańskim dzieckiem, które wyrosło na nieprawdopodobnej urody dziewczynę. tego lata rezydowała ona w amsterdamie i żyła z pozowania turystom do zdjęć, bo wszyscy chcieli ją fotografować.

dopiero przy dworcu, do którego dotarliśmy piechotą, wystąpiły pierwsze objawy. Na widok chaosu ogarnęła mnie zupełna głupawka i długo nie mogłem pohamować histerycznego śmiechu. potem. kiedy szliśmy przez damrak – główny ciąg amsterdamskiego śródmieścia, w kierunku kawiarni. robiłem kółka, zamiast iść prosto. gdy dotarliśmy na miejsce, był już pełen odlot. barman puszczał płyty (analogowe) z dobrym jazzem i wydawało mi się, że jestem w village vanguard na dolnym manhattanie i widzę obydwu braci adderley – cannoballa i nata wraz z innymi muzykami comba. najbardziej irytujący był jednak widok barmana, który przeistoczył się w plakat i nie wiedzieć czemu ukazywał mi się raz en face, a po małej chwili z profilu.

byłbym długo opowiadał o tym kurce, gdyby nie jakiś chłopak, który stanął obok naszego stolika i zasłonił mi muzyków, więc wrzasnąłem poirytowany: co ta gruba rosyjska baba tutaj robi!

potem już niewiele pamiętałem i kurka musiała opowiadać mi następnego dnia co dziwaczniejsze epizody mego odlotu. jakaś dziewczyna grzebała w torebce, na co wrzasnąłem po polsku na całą kawiarnię: ona bije swego pieska, a przecież nie wolno bić zwierząt! duński całkowicie wyparował mi z głowy, więc chaos musiała przejść na angielski, kiedy chciała do mnie coś powiedzieć. miałem też przebłyski większej świadomości i mówiłem kurce, że muszę o tym wszystkim opowiedzieć randi (mej wieloletniej duńskiej partnerce), by po chwili zacząć się zastanawiać kto to u diabła jest randi. w czasie tych przebłysków miałem też chwile strachu, że położą mnie na zamknięty oddział i mówiłem o tym kurce. ale ona, zaprawiona w imprezach, na których ćpano towar, tylko się uśmiechała.

wróciliśmy na dworzec, na widok którego wrzasnąłem: przecież to nie jest tivoli i usiadłem na kamiennej posadzce. nagle poczułem wściekły głód. kurka wyszła na miasto w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. była niemal pierwsza w nocy, ale jakiś spożywczak w okolicy był jeszcze czynny, więc kurka przytargała pełną torbę wiktuałów i dużą butelkę soku. jadłem głośno mlaskając, dławiąc się i rozlewając sok na sweter, a kiedy skończyłem, objawy otumanienia nagle ustąpiły i mogłem pożegnać się z chaosem po duńsku.

następnego dnia spaliśmy niemal do południa w naszym hostelu…

posłowie 2016

tę historię, której nigdy dotąd nie spisałem, opowiadałem wielokrotnie różnym ludziom i dopiero ostatnio dostrzegłem że ma ona niezaprzeczalne odniesienia do obecnej rzeczywistości. kiedy obserwuję to, co dzieje się w polsce od kilku miesięcy, coraz bardziej nabieram przekonania, że space cakes stały się podstawą wyżywienia polskiej nacji, ze szczególnym uwzględnieniem polityków – od szarego posła(nki), aż po najwyższe osoby w państwie.

natan gurfinkiel

Print Friendly, PDF & Email

4 komentarze

  1. A. Goryński 2016-05-20
  2. A. Goryński 2016-05-20
  3. Magog 2016-05-20
  4. efi 2016-05-20
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com