Długa droga przed nami
Zauważyli państwo, że ostatnio w naszej dyskusji politycznej wszystkie strony konfliktu nader chętnie sięgają po porównania historyczne, szczególnie te z okresu upadku Polski, a hasło „targowica” wiruje jak śmigło helikoptera we wszystkich możliwych kierunkach, co raz wskazując kogoś innego.
Wieszczenie upadku Polski stało się chwytem skutecznym w politycznej polemice, nie na tyle jednak, by sięgnąć do historii głębiej i sprawdzić czy nie zachodzą tu jakieś istotniejsze analogie, które dałoby się wykorzystać dla znalezienia rozwiązania obecnych problemów, które prężą się przed nami jak oddziały komandosów na paradzie
Czy przywoływane czasy upadku Polski są akurat najlepszym narzędziem? A może tylko to co o nich wiemy, ewentualnie chcemy wiedzieć. Bo nie wszystko chcemy.
Przykład?
Powiedzieć Polakowi, że rozbiory to był mało istotny szczegół w naszej historii to niemal próba samobójcza.
Prawdziwy Polak nie omieszka zapałać świętym oburzeniem, ateiści mniej świętym, ale równie silnym, a młodzież patriotyczna ucieszy się z okazji do wykazania swej miłości Ojczyzny czynem mordobijnym wspartym dodatkowo podkładem teoretycznym naukowego inwektywizmu.
Gdyby jednak podejść do sprawy rzeczowo i zapytać lansującego taką tezę o argumenty, mogłoby się zrobić ciekawie.
Pierwszy jaki się nasuwa to pytanie czy w chwili dramatu historycznego (tak się to na ogół przedstawia) państwo polskie w ogóle jeszcze istniało?
I wcale nie jest to takie głupie pytanie, na jakie z pozoru wygląda.
Gdyby bowiem oprzeć się na definicji państwa jako takiej, to okaże się, że Polska już mniej więcej od czasów Jana Kazimierza nie spełniała wielu warunków, by ją za państwo uznać. Państwo samodzielne, czy jak kto woli zgodnie z najnowszą modą – suwerenne.
Gdyby za suwerenność uznać to, co wykrzykiwała ostatnio pewna pani w telewizji, to owszem – była Polska krajem suwerennym w taki sposób, że jej obywatele robili co chcieli. Rzecz w tym – co chcieli.
Dno kompletnie osiągnęła po śmierci Jana III. Nawet najbardziej obiektywni historycy przyznają, że okres między śmiercią Sobieskiego, a elekcją 1697 roku był najbardziej niemoralnym bezkrólewiem w naszych dziejach.
Najogólniej rzecz ujmując – tzw. myśl państwowa uleciała w przestworza na spotkanie z Duchem Świętym i nic nie wskazywało, że zamierza szybko wrócić.
Praktycznie każdy z domów magnackich „grał” na siebie ciągnąc za sobą rzesze klientów w postaci nadmiernie rozrodzonej warstwy szlacheckiej bez stałego źródła utrzymania.
W dużym skrócie elekcja z 1697 roku wyglądała tak.
Szybko spośród konkurentów odpadł Jakub Sobieski — tak z powodu podejrzeń o kontynuację reform planowanych przez ojca, jak i gorszącego rodzimych hipokrytów procesu z własną matką o spadek po królu Janie.
Na placu boju pozostało dwóch. Książę Conti i elektor saski Fryderyk August (onże późniejszy August II Mocny).
Pole elekcyjne było świadkiem zdarzeń jakie nigdy wcześniej nie miały miejsca.
Do tradycyjnej już korupcji doszły nowe elementy – bijatyki, napady, a nawet zabójstwa. Sam prymas Radziejowski w pewnym momencie musiał chyżo uciekać z pola w obawie przed pobiciem.
Pole elekcyjne przeorał rów – okop, a po dwóch jego stronach zgromadzili się zwolennicy dwóch kandydatów. Aby było jeszcze ciekawiej szlachta zaczęła owiązywać chustami ręce – zwolennicy Contiego prawe, Fryderyka Augusta lewe. Było to niezbędne, by przypadkiem nie pobić „swoich”.
Zwracam uwagę na te szczegóły, bo mogą się przydać. Stan umysłów współczesnych powoli zbliża się do tamtego standardu.
Jeszcze jeden istotny szczegół. Fryderyk August nie był magnatem typu polskiego, nie wystarczyłoby mu więc środków koniecznych dla „przekonania do siebie” polskiej szlachty. Jego kampanię sfinansowały dwa domy bankowe – Izaaka Lehmanna i Samsona Wertheimera.
O czym to świadczy?
Bank nie jest instytucją charytatywną. Skoro zainwestował w kandydata na króla, to znaczy, że projekt miał szansę powodzenia, a na czymś przecież to przekonanie opierano.
Stopień prawdopodobieństwa, że koronę polską można po prostu kupić musiał być wystarczająco wysoki, by bank zaryzykował pieniądze swoich klientów.
Sama elekcja przebiegła jak w filmowej komedii.
27 czerwca 1697 roku prymas Radziejowski po zliczeniu głosów ogłosił, że królem został wybrany książę Conti. Dla dopełnienia formalności sformowano pochód do kolegiaty św. Jana, gdzie odprawiono nabożeństwo dziękczynne i odśpiewano Te Deum laudamus. Pozostała sprawa koronacji.
Zaraz… nie tak szybko.
Po pierwsze trzeba było wyważyć drzwi kolegiaty zamknięte z polecenia biskupa poznańskiego – zwolennika Sasa, a po drugie…
Pozostali na polu elekcyjnym posłowie nie chcieli pogodzić się z wyborem Contiego i… ogłosili wygraną Fryderyka Augusta.
Co zrobili dalej? To co należało – uformowali pochód do kolegiaty św. Jana, gdzie odprawiono nabożeństwo dziękczynne i odśpiewano Te Deum laudamus.
Jedynym więc naprawdę zadowolonym był Pan Bóg, którego chwaliły obie strony.
Pozostała sprawa koronacji.
Tu Fryderyk August wykazał więcej energii od Francuza i nie czekając ruszył z orszakiem wspomaganym przez zbrojnych w kierunku Krakowa… kupując po drodze kogo się tylko dało.
Poważny opór stawił dopiero starosta Franciszek Wielopolski u wrót Krakowa. Starosta był stronnikiem Contiego, a jego przekonania polityczne opierały się na istotnej dla szlacheckiego budżetu sumie złotych liwrów dostarczanych przez ambasadora Francji.
Opór był na tyle poważny, że Fryderyk musiał zadowolić okrągłą sumą nie tylko jego, ale i jego małżonkę, by uroczyście wkroczyć do wawelskiej katedry.
Tam – nowy kłopot. Ceremonia koronacji nie mogła odbyć się bez insygniów, te zaś zamknięte były w skarbcu, do którego klucze mieli senatorowie: krakowski, poznański, kaliski, wileński, trocki, sandomierski oraz kasztelan krakowski.
Jak się łatwo domyślić byli z „różnych opcji” walutowych i uzgodnienie z wszystkimi na raz otwarcia skarbca było równie prawdopodobne co wygranie Wielkiej Gry przez Beatę Kempę, włamanie zaś nie wchodziło w grę, ponieważ duchowni oświadczyli, że uznają to za świętokradztwo i koronacji nie przeprowadzą nawet za zwyczajową cołaskę.
Dała w tym momencie znać kreatywność naszych rodaków, tak przysparzająca nam sławy w świecie i rozwiązanie znaleziono.
Wybito dziurę w ścianie skarbca i wyciągnięto insygnia pozostawiając zamek nienaruszony. Duchowieństwo zastrzeżeń nie miało i ceremonia się odbyła. Poprowadził ją biskup włocławski Dąbski wbrew protestom prymasa Radziejowskiego, zupełnie niepotrzebnym — bo jeśli prymas wziął pieniądze od Francuza, a Dąbski od Fryderyka to Kościół, Matka Nasza, tak czy owak wychodził na swoje.
Kiedy we wrześniu 1697 roku do Gdańska przypłynął wreszcie książę Conti, miasto odmówiło wpuszczenia go do portu, ponieważ popierało Sasa.
Dzisiejsze zawołanie „nie mój prezydent” jak widać ma długą, nawet bardzo długą tradycję.
Jeśli dodamy do tego oficjalne poparcie Fryderyka (pierwszy raz w dziejach, nigdy tak otwarcie nie wtrącano się do naszych spraw) przez Rosję, Austrię i Brandenburgię (ciekawy zestaw, prawda?) i korpus wojsk Piotra I na granicy z Litwą to pytanie o to czy Polska jako państwo jeszcze w ogóle istniała trzeba jednak uznać za zasadne.
Nie przeszkadzało to jednak rodakom twierdzić, że jest suwerenne i każdy może brać kasę od każdego kto mu się nawinie – to jest bowiem prawdziwa wolność.
Trudno jednak patrząc na tę elekcję oprzeć się wrażeniu, że w tym stanie rzeczy rozbiory nie były jakąś szczególną krzywdą wyrządzoną suwerennemu państwu, lecz zwykłą rozgrywką miedzy naszymi sąsiadami. Niechęć Katarzyny II do rozbioru Polski świadczy o tym najlepiej. Ona na tym traciła, a zyskiwały Austria i Prusy. O Polsce i jej interesie nie mówił już od dawna nikt.
Wielu historyków, szczególnie w XIX wieku zastanawiało się nad przyczynami upadku potężnego niegdyś państwa. Kilka z nich — wydaje się — nie podlega dyskusji.
Poza Hiszpanią nie było w Europie kraju, w którym warstwa uprzywilejowana byłaby aż tak liczna (ok. 10% społeczeństwa). Z tym, że Hiszpania miała Nowy Świat gdzie upychała swe nadwyżki szlacheckie, a Polska dokładnie w tym samym czasie utraciła spory kawał swego terytorium (Ukrainę lewobrzeżną) przez co możliwości rozdawnictwa dóbr z puli królewskiej znacznie się zmniejszyły.
Średnio na jednego uprzywilejowanego przypadało w Polsce 9 nieuprzywilejowanych. Jeśli odejmiemy z tej liczby mieszczan, zostanie 7 – 8 chłopów parających się wytwarzaniem dóbr. Przy ówczesnej wydajności z hektara to za mało by utrzymać niepracującego szlachcica i to z pretensjami.
Wziąwszy pod uwagę, że średnia szlachta dysponowała majątkami kilku-kilkunasto wioskowymi, magnaci zaś liczyli czasem swe wsie na setki – zostaje ogromna masa ludzi, którym „się należy”, ale nie mająca co do garnka włożyć.
Warto o tym pamiętać przy snobistycznych poszukiwaniach szlacheckich przodków, którzy nieodmiennie kojarzą się rodakom jako właściciele pięknych dworków, stad rasowych koni, krów tudzież buhajów.
Magnaci o politycznych ambicjach brali tę szarą masę pod swe skrzydła, dawali im po 500 – czyli codzienną zupkę i kielicha, ale też czynili ich bezwolnym tłumem gotowym głosować, gardłować, ale też zabijać tak jak ich dostawca paszy każe.
Tego, że statystyczny polski szlachcic był politycznym utrzymankiem magnata raczej nie przyjmujemy do wiadomości, bo to panie „dziadek mój na kresach to ho ho…”.
Czy w sytuacji takiego uzależnienia, na poziomie wręcz biologicznym można w ogóle mówić o wolnych ludziach?
Przy takiej masie uprzywilejowanych żadne państwo nie byłoby w stanie ich wyżywić.
Efektem takiej sytuacji był dość szczególny sposób rozumowania, który najlepiej chyba oddaje oficjalne tłumaczenie konieczności istnienia narzędzia o nazwie liberum veto. Otóż według teoretyków wolności szlacheckich liberum veto istniało jako narzędzie obrony przed… korupcją. Nie żartuję. Tłumaczono, że gdyby nawet ktoś przekupił kilkuset posłów i senatorów, to znajdzie się przynajmniej jeden uczciwy, który zaprotestuje.
Tłumaczenie oficjalne ma jeden mankament. Nie odpowiada na pytanie: po co ktoś miałby przekupywać kilkuset posłów i senatorów, kiedy wystarczy jednego, by zerwać sejm?
O stanie państwa polskiego świadczy audyt (a jakże) przeprowadzony przez Augusta II w pułkach kawaleryjskich przed wyprawą mołdawską. Okazało się, że są w nich starcy nie przedstawiający już siły bojowej, ale trzymający się pułku, bo tam przynajmniej dawano im jeść. Bywało, że na cały pułk słynnej polskiej kawalerii, dumy naszej niezmiernej, przypadał… jeden koń.
Biorąc więc te rozważania za podstawę naszego myślenia o suwerenności (mówiąc „naszego” i „myślenia” nie biorę pod uwagę pani z broszką, ona ma przewiązaną inną rękę ) można się zacząć zastanawiać nad istotą tego pojęcia.
Przed wyprawą wiedeńską byli tacy, którzy uważali za suwerenność ignorowanie zawartych umów i zobowiązań z podmiotami zagranicznymi.
Ale oni przynajmniej brali za to pieniądze.
Dziś kiedy Putin wydaje miliardy na wojnę informacyjną mającą na celu skłócenie państw Unii Europejskiej rząd dyletantów, który robi to całkiem za darmo musi wyglądać idiotycznie nawet w jego oczach.
Nie jest to, oczywiście, pochwała korupcji z mojej strony, ale człowieka skorumpowanego jest mi mimo wszystko łatwiej zrozumieć, niż kogoś kto za darmo, w cudzym interesie odmraża sobie ucho.
Oczywiście, jeśli ktoś się uprze, może nazywać to suwerennością, albo czymkolwiek innym.
Jeśli ktoś sądzi, że sens istnienia państwa zasadza się na pokazywaniu wszystkim dookoła gestu Kozakiewicza, to mam wrażenie, że się myli.
Mam w takiej sytuacji prawo by zastanawiać się, czy to państwo jeszcze w ogóle istnieje.
Rozbiory były rozgrywką między naszymi sąsiadami. Nasz głos nie miał już wtedy żadnego znaczenia.
Dziś sami staramy się usilnie by nie miał żadnego znaczenia, więc może istnienie państwa (póki co) jest tylko zbiegiem okoliczności, niczym więcej?

Jerzy Łukaszewski


Re-we-la-cja !
Dawno nikt tak nie strzelił mi po historycznym pysku, nie nakłuł rozdętego balona dumy narodowej.
A zarazem całkiem poważnie przestraszył, bo z tego widać, że pieniactwo, bezdenną głupotę, przekupstwo, hipokryzję, zapalczywość mamy w genach. I nic nas od tego nie uratuje.
Jako żywo, obrazy szlacheckich chudopachołków siedzących obozem po dwóch stronach elekcyjnego rowu, żrących, pijących na koszt opiekuna, wygrażających sobie, procesje koronacyjne z dwoma kandydatami, wykradzenie insygniów metodą jak w Vabank, przywódcza rola „osób duchownych” – są tak realistyczne i współczesne, że ciarki przechodzą.
Dziękuję.
Pasjonujący wykład obrazujący upadek państwa naszych przodków. Warto poznawać historię, nawet kiedy nóż się w kieszeni otwiera. Miejmy nadzieję, że ta ostatnia powtarza się jako farsa.
*
Interesujące jak wiele pracy wykonywali i wykonują przez lata JK i jego żołnierze polityczni aby wszystko zepsuć. W imię naiwnych, anachronicznych, niedojrzałych i chorych ambicji jednego człowieka. Jaki brak elementarnej wyobraźni, że są pożytecznymi idiotami dla Putina.
*
Ad vocem do podtytułu: „Długa droga przed nami”. Upadek JK i całej formacji, łącznie z pasztetową, powiatową z broszką jest bliższy niż myślimy. Oni jak mawiają w Poznaniu „jadą pełną rurą” i żaden głos rozsądku ich nie powstrzyma. Na złość babci są gotowi zrobić jeszcze wiele piramidalnych bzdur. Tam nie ma nikogo przytomnego. Naturalnie można mamić KE perspektywą „kompromisu” na który nie zamierza się pójść. Można naruszać wszystkie możliwe interesy krajowe i europejskie, adresując rozdawnictwo naszych pieniędzy do grup najbardziej pasywnych społecznie (500+) grzebiąc w ten sposób wymagania modernizacji Polski. Trzeba jednak pamiętać, że ci oszukani i nabrani szybko połączą (już to czynią) siły aby zapobiec katastrofie. Dla mnie „długa droga” oznacza prace jaką trzeba będzie wykonać po obaleniu hunów, na rzecz przeprowadzenia wielu zmian i utrwalenia demokracji, w wersji mniej patologicznej i bezbronnej niż dzisiaj. Na szczęście mamy wzorce oraz instytucjonalne wsparcie UE. Tego nie mieli reformatorzy Sejmu Wielkiego i twórcy Konstytucji 3 Maja.
@slawek Przepraszam Panie Slawku, 'pasztetowa’ to która to? Mi już się mylą imioniska tych idiotów/idiotek.
@wejszyc „pasztetowa” to ta sama postać co „powiatowa” czy „broszkowa” lub „pani z broszką”. Takie określenia używane są przez internautów, a ich twórcy ujawniani. Np. według ONET-u to JK ma używać określenia „powiatowa”.
*
W doktrynach zarządzania znana jest teoria o wspinaniu się ludzi na swój szczebel niekompetencji. W tym i temu podobnych wielu przypadkach mamy nominowanie ludzi na stanowiska wielokrotnie przekraczające ich potencjał kwalifikacyjny. Jak na skalę tej aberracji epitety są i tak mało dosadne; wręcz – stonowane.
@slawek Dziękuję bardzo.
Święta prawda, tak było. Potem Leszczyński coś rozumiał i coś próbował, ale nie miał z kim. Kochanek carycy w odróżnieniu od Sasów myślał o reformach i ratowaniu tego co jeszcze ratować można, a jego próby napotkały na „patriotyczną” Konfederację Barską, której głównym celem było uniemożliwienie opodatkowania Kościoła i próby odbudowania armii. Ciekawą rolę odegrał tu pijaczyna ksiądz Marek, który owej szaraczkowej (i nie tylko szaraczkowej) szlachcie za proroka służył. Podobny był ów ksiądz Marek do naszego księdza Tadeusza. Jak na taki powszechny bajzel zdołał król Stanisław skupić wokół siebie całkiem sporo ciekawych postaci. Zapewne dziękować należy masonerii, bo o mówieniu otwartym tekstem o uczciwych reformach (a te oznaczały nieodmiennie jakieś uszczuplenie przywilejów Kościoła i chociażby minimalne ulgi dla ludu)nie było co marzyć. Pewnie przegrana próby wprowadzenia zmian prawnych proponowanych przez kanclerza Jędrzeja Zamoyskiego była klęską ostatniej szansy. A my z tego jeno Rejtana pamiętamy. Tak czy siak, O wnioski praktyczne raczej trudno, chyba, że pozytywizm i praca od podstaw, ale to mało ciekawe, osobliwie mało ciekawe dla romantycznych dusz.
Znakomity tekst potwierdzający coś, co dawno było dla mnie oczywiste. Rozbiory były po prostu wykorzystaniem stanu rozkładu państwa polskiego, do którego doprowadzili sami Polacy. Zadziwiające ile razy można powtarzać ten sam błąd nie wyciągając żadnych wniosków z historii. Niestety nie zmienia się fatalny poziom edukacji, poczucie wyższości nieuków w stosunku do gospodarnych, zorganizowanych, mądrzejszych od nich, brak kultury. Rzeczywiście długa droga przed nami. Tylko kto to udźwignie? Nasze pokolenie już nie da rady, a dobra zmiana zadba o „odpowiednie” kadry i programy w szkolnictwie na każdym szczeblu. Do tego klimat polityczny sprzyjający zaściankowi, gdzie już nikt nie wstydzi się głoszenia rasistowskich i nacjonalistycznych poglądów, atrakcyjny dla młodych czerpiących „wiedzę” z blogów internetowych hejterów i płatnych trolli. Obym się mylił.
Znakomity, ale przerażający tekst, gdyż wynika z niego, ze nie tylko nie jesteśmy genetycznie narodem wybranym, ale chyba historycznie najgłupszym politycznie w Europie, a może nawet na świecie.Po ostatnim stwierdzeniu prezesa w Gazecie Polskiej że „nie cofnie się nawet na krok” ( bo realizuje misje ) chyba całe kierownictwo PIS powinno wezwać „Grom” „Formozę” i komisję najlepszych psychiatrów a następnie internować go w Arłamowie, albo Ustrzykach Górnych, razem z broszkowatą i ministrem od wojny. Dobrze byłoby gdyby po tym pierwszym kroku, Unia zechciała objąć nasz kraj kilkuletnią kuratelą.
Jestem rozczarowany. Nie pochwalił Pan w ogóle demokracji szlacheckiej, ani patriotyzmu który od wieków. W tej sytuacji nie mogę Pańskiego tekstu ocenić na wyięcej niż 10.
Sami sobie to robimy, jak zawsze z „bożą” pomocą. Dlatego twierdzę, że dziś to nie PiS „rządzi”, ale KK. PiS jest satelitą/narzędziem KK.pl. Jest silny siłą KK, a nie odwrotnie. KK.pl zachowuje się jak gangster, jak okupant. Od ’89 roku skubie Polskę gdzie i jak się da.
Każdy rząd, aby rządzić musiał „płacić” haracz. Odmowa płacenia skutkowała hejtem z ambon. Suwerenny rząd stojący po stronie świeckości był bezsilny.
Aby rozwiązać problem, trzeba zacząć od osłabienia KK. Wypowiedzieć Konkordat? Bojkot kościołów? Nie wiem jak. Wiem, że źródłem naszych klęsk jest KK.pl, a Pana teksty to potwierdzają.
Nie z KK trzeba walczyć, a z głupotą, bo w przeciwnym razie polegnie pan w tej walce pod naporem głupoty wiedzionej głosem z ambon.
Daniel Beauvois w swych pracach o Ukrainie napisał, że polski szlachcic zagrodowy i bezzagrodowy (gołota) swym położeniem materialnym, wykształceniem i poziomem kultury niczym nie różnił się od chłopa. Jedynie świadomością, że jest panem. Wszystkie przesłanki przemawiały za wspólną walką z oligarchią. Tak się nie stało, właśnie z powodu „bycia panem”. Jednak i świadomość kształtuje byt.
Re-we-la-cja !
Tylko podpisać się pod słowami Junony.
Ciekaw jestem czy w Warszawie napisy będą cyrylicą… a może i w Poznaniu? Handel z Rosją stanie się dla Europy bezproblemowy!
rząd dyletantów, który robi to całkiem za darmo musi wyglądać idiotycznie nawet w jego oczach.
.
Pan naprawdę mysli, ze rząd (ten rząd) czyni to za darmo, a nie na polecenie?
@Konteksty:
Suwerenny rząd stojący po stronie świeckości był bezsilny.
.
To nie takie proste. Bo niby dlaczego był bezsilny? Mi się wydaje, ze bezsiła miała przyczyny. Te przyczyny ani nie były winą kolejnych rządów, ani nie były spowodowane fontannami nienawiści z ambon. Te fontanny to jest dość nowe zjawisko. KK nie tyle nienawidzi, co szantażuje w celu wymuszenia korzyści materialnych, politycznych, i personalnych. Szantaż się nasila, bo władza i społeczeństwo ustępują. KK się zachowuje jak buldog. Chwycił za palec, a ofiara się nie broniła. Buldog najpierw usiłował połknąć rękę, a teraz chce połknąć ofiarę w całości. KK eskaluje szantaż, bo ofiara się nie broni.
.
A dlaczego się nie broni? Moim zdaniem mamy do czynienia z bankructwem świeckiej ideologii. Tzw. „światopogląd naukowy” zbankrutował. To on był podstawą świeckości. Niestety, „światopogląd naukowy” był także podstawą komunizmu, a komunizm zbankrutował moralnie i ideologicznie. „Światopogląd naukowy” padł ofiarą bankructwa komuny.
.
Skoro świecki światopogląd naukowy przestał być legitymacja do działania, to kolejni politycy ustawiali się w kolejce do KK po legitymacje. Zarówno lewicowi (kiedyś opierający się na „światopoglądzie naukowym”) jak tez prawicowi. Z niewielkimi wyjątkami, ani jedni, ani drudzy nie wierzą w żadnego pambuka. Oni jedynie pambuka potrzebują, żeby uzasadnic swoje prawo do rządzenia. Czyli wróciła koncepcja władzy pochodzącej od Boga, koncepcja pomazańca, i koncepcja kapłana nadającego tytuł do władzy. Politycy ustawiają sie w kolejce po porcje pambuka, żeby się nim wysmarować i przez chwile robić wrażenie bycia pomazanym substancją spływającą z nieba.
.
W sumie jest to żałosne widowisko zobaczyć takiego Kaczyńskiego, który w nic nie wierzy i czego się nie dotknie, to zamienia w łajno, stojącego w kolejce po porcje pambuka. Jeszcze bardziej żałosny jest widok tych wszystkich biskupów, którzy za porcje pambuka kupują sobie kolejne przywileje.
.
Politycy tak długo będą przychodzili po kolejny ładunek tej substancji, jak długo nie zostanie znaleziony jakiś substytut. Tego substytutu na razie nie widać. Racjonalne myślenie jest substytutem pambuka dla tych, którzy myślą racjonalnie. Ale racjonalne myślenie nie jest dane tym, którzy myślą emocjami. Oni potrzebują jakiegoś mitu. Jakiegokolwiek. Takim mitem była wiara w światopogląd naukowy, ale ona się chwilowo wyczerpała. Dzisiaj dla zdobycia posłuchu nie wystarczy powiedzieć sobie i innym „działam, żeby było lepiej, mądrzej, i racjonalniej”. Dzisiaj posłuch zdobywa się stwierdzeniem „jestem grubo posmarowany pambukiem”. Kolejki najzupełniej świeckich i niewierzących w nic polityków ustawiają się po smarowidło. KK będzie politycznie silny tak długo, jak długo smarowidło będzie przepustką do sprawowania władzy.
Tego nas na lekcjach historii nie uczono…
Uczono „przedmurza” i „ani guzika” …
@otoosh Czy Pan pisze o szkole tzw. komunistycznej przed 1989 r? Jeśli tak, to się z Panem zgadzam. Wbrew pozorom szkoła ta dostarczała jak najbardziej szlachecką (czyt. patriotyczną-martyrologiczną) optykę widzenia dziejów Polski. Temat nieistniejącego mieszczaństwa czy niewolnictwa chłopów był absolutnie marginalny i wyśmiewany.
@narciarz2
Święta prawda. Tylko jeszcze jeden element – „suweren”. Wiadomo że suweren da się łatwo podbechtać kapłanom, szczególnie jak ogłoszą krucjatę przeciw bezbożnym politykom. To suwerena się boją politycy jak starego niedźwiedzia co mocno śpi, a jak się zbudzi to nas zje.
Rozum to rzadko używane narzędzie.
Hierarchia KRK powoli zaczyna zdawać sobie sprawę, że popierając PiS w ostatnich wyborach przyczyniła się do sytuacji quasi rewolucyjnej. Kolejne odsłony tej pseudo rewolucji mogą zagrozić pozycji KRK w Polsce. Szafot z rewolucji francuskiej wcale nie jest tutaj tylko niewyobrażalnym symbolem.
Bardzo interesujące, aż przykro się robi widząc, jak ten naród nie wyciąga żadnych wniosków ze swojej historii. Dlatego też zakładam, że jeśli obecna opozycja przejmie władzę to i tak nic nie zrobi by odseparować kościół od państwa.
Ten naród nie wyciąga wniosków z własnej historii, bo zna ją w innej wersji – od morza do morza, a źli sąsiedzi wszystkiemu byli winni, a przecież nam, narodowi tak miłemu bogu należy się nie tylko szacunek, sprawiedliwość, ale i uznanie oraz zadośćuczynienie za doznane krzywdy.
Ten naród nie wyciąga wniosków z własnej historii, bo zna ją w innej wersji
.
Nie tylko ten naród. Inne narody tez. Naród amerykański również motywuje się mitami na swój własny temat. Mały przykład: kiedy ja zdawałem egzamin na obywatela, to musiałem przeczytać i wyuczyć się formułek w duchu „land of the free”. Nauczyłem się, wyklepałem, i zapomniałem. Nikt nie wymagał od przyszłego obywatela obejrzenia amerykańskich filmów takich jak Błękitny Żołnierz albo Mały Wielki Człowiek. Jednak ja te filmy widziałem dawno temu w Polsce, wiec nie miałem złudzeń. Będąc tutaj widziałem film Niewidzialni Meksykanie. Słyszałem o historii Aleutów. Wiec świetnie wiem, ze oficjalna wersja historii, którą mam mieć w głowie, ma się tak samo do rzeczywistości, jak zawartość głowy przeciętnego Polaka do polskiej historii.
.
Tutaj jest mały przyczynek do amerykańskiej historii, gdyby ktoś miał złudzenia. Nie jedyny. Mozna powiedziec, ze to jest dość reprezentatywny przykład.
http://arcticcircle.uconn.edu/HistoryCulture/Aleut/Jones/preface.html