Emocje polityczne towarzyszące temu tak ważnemu wydarzeniu w naszych dziejach zamulają jego prawdziwy obraz. Partyjniacy zawsze patrzą na koniec własnego nosa, co jest zjawiskiem dość powszechnym, nie tylko w Polsce.
Nie widzą, czy też nie chcą widzieć wydarzeń z przeszłości takimi jakie one były. Naginają je do potrzeb chwili.
Patrząc na to historyczne w naszych dziejach wydarzenie — sięgam do opinii wybitnego historyka prof. Andrzeja Paczkowskiego. Gdyby 4 czerwca nie doszło do porozumienia „Solidarności” z rządzącymi mogłoby — twierdzi profesor — dojść u nas do rzezi, jaką komuniści chińscy urządzili tłumiąc wielotysięczne protesty studentów.
Czy istotnie wybory 4 czerwca 1989 r. były „zdradą narodową”, jak z całym przekonaniem głosi partia rządząca? Jej liderzy twierdzą, że całe zło III RP zaczęło się właśnie od wyborów 4 czerwca, poprzedzonych Okrągłym Stołem.
Warto w tym miejscu zapytać kto istotnie przegrał? Przede wszystkim przegrał aparat władzy PRL z bezpieką na czele. Byli jeszcze inni przegrani. Bowiem na transformacji ustrojowej stracili nie tylko komuniści.
Zmiana ustroju zapoczątkowana 4 czerwca 1989 r. była nokautującym ciosem dla poprzedniego systemu gospodarczego. Doszło do zapaści ekonomicznej. Trwała kilka lat. Zachwiał się dotychczasowy status społeczny — między innymi górników, którzy w porównaniu z innymi zawodami byli przez reżim przez wiele, wiele lat głaskani. Transformacja ustrojowa uderzyła ich tak mocno po kieszeni, że skutki tego odczuwają po dzień dzisiejszy. Mają zatem podstawy patrzeć krzywym okiem na 4 czerwca. Ale nie tylko oni. Po dzień dzisiejszy w Polsce żyje tysiące ludzi zagubionych w realiach wolnego rynku, w realiach kapitalizmu itp.
Pewna grupa polityków solidarnościowych od początku kontestowała dialog z komunistami. Nie wierzyli oni w pozytywny rezultat porozumień z rządzącymi. Obawiając się zdrady, na wybory 4 czerwca patrzyli więc nieufnie. I ta ówczesna ich postawa odradza się dzisiaj w postaci dość karykaturalnej.
Światem nie rządzi zimny opis rzeczywistości. Światem rządzą emocje. Także w polityce, a może nawet przede wszystkim w polityce. Jeśli jednak emocje są silniejsze od rozumu wówczas górę bierze głupota i nienawiść. Nienawiść rodaka do rodaka przynosi ogólnonarodową zgubę. W naszych dziejach bywało tak nie raz.
Bez tych ugodowych, częściowych wyborów 4 czerwca, które prof. Antoni Dudek dość trafnie nazywa plebiscytem, nie byłoby wolnej III RP. Alternatywą była jedynie walka zbrojna. Czyli rzeź. Strona rządowa dysponowała armią. „Solidarność” siłą ducha. No i miała za sobą Jana Pawła II, który był najważniejszym negocjatorem z komunistami: gen. Wojciecha Jaruzelskiego oraz wodza partii sowieckiej Michaiła Gorbaczowa nie wyłączając.
Jerzy Klechta



Warto dopowiedzieć pewne rzeczy. Otóż dzisiaj przeciwnicy „Okrągłego Stołu” i wyborów z 1989 roku sądzą powszechnie – powiedzmy wyraźnie – że w tamtym czasie należało zrobić kolejne powstanie, powywieszać „komuchów” – i byłoby dobrze. Tymczasem… niewykluczone, że to oni sami by ozdobili, nie latarnie wprawdzie, ale cele śmierci w paru wiezieniach; a co najmniej wylądowali w tych więzieniach i jakichś zimniejszych okolicach globu na wiele lat. Armia w roku 1981 (oraz 89) była karna i całkowicie podporządkowana władzy; to samo służby specjalne, liczone wówczas – o ile się nie mylę – na około 100 000 funkcjonariuszy. Spośród 3 mln członków PZPR wraz z rodzinami też z absolutną pewnością niewielu poszło by do „powstania” (choć pewna liczba takich zapewne by się znalazła). „Solidarność” nie miała najmniejszej szansy na siłowe rozstrzygnięcie ówczesnych sporów na własną korzyść; chwała jej kierownictwu, że to zrozumiało. I chwała ówczesnej władzy, że zrozumiała, iż tzw. realny socjalizm okazał się systemem dysfunkcjonalnym, szczególnie ekonomicznie – i potrafiła wyciągnąć z tego jedyny racjonalny wniosek: Okrągły Stół.
Ale to tak niewygodnie przyznać…
Gwoli uzupełnienia komentarza pana Bogdana Misia. Mnie też do rozpaczy doprowadzają współcześni mądrale, zwłaszcza ci w wieku 20-30 lat, pomstujący na brak zdecydowania przywódców „Solidarności” i rezygnację z rozprawienia się z komunistami. Pan Miś pisze o sile ówczesnej władzy. Ja chciałbym przypomnieć o słabości ówczesnej opozycji. Strajki 1988 r. były nieudane, reaktywacja „Solidarności” przebiegała słabo, mało ludzi się zapisywało. Ja, będąc przewodniczącym KO”S” w pewnej gminie w obecnym woj. warmińsko-mazurskim, napotykałem przede wszystkim na strach i obawy zwykłych ludzi przed jakimkolwiek angażowaniem się w politykę. Chłopi, bo rolnicza gmina to była, albo się zwyczajnie bali, albo nie dowierzali żadnej ze stron, co świadczyło o ich zdrowym rozsądku. Pracownicy PGR-ów nie interesowali się polityką. Przekonanie do włączenia się w pracę KO”S” graniczyło z cudem. Z punktu widzenia władzy lekcja stanu wojennego nie poszła na marne. Ludzie mieli dość PRL-u, ale żadnych powstańczych czy – mówiąc językiem Geniusza Mazowsza – rebelianckich nastrojów nie było. Ja piszę tylko o nastrojach Polski gminnej, może w miastach było inaczej, ale nie wydaje mi się, by byli tam chętni do bijatyki. Tylko debilom wydaje się, że można było wyrżnąć władzę i ustanowić od razu prawą i sprawiedliwą IV RP.