Agnieszka Wróblewska: Reżim umiera powoli (4)10 min czytania

()

URBAN2016-06-10.

Lata osiemdziesiąte. To będzie czwarty (nie ostatni) odcinek moich zapisków z życia w Polsce w końcowej dekadzie PRL-u.

Po stanie wojennym rządząca PZPR wierzyła, że uda jej się opanować gospodarczy chaos i jednocześnie utrzymać przy życiu system zwany socjalistycznym. Ratunek miały przynieść socjalizmowi niektóre mechanizmy rynkowe. Po Warszawie krążył dowcip, że na próbę puszczono połowę taksówek lewą stroną, żeby tu zrobić Londyn. Gorset gospodarki planowej może mniej uciskał, ale korzystali z tego najbardziej przedsiębiorczy prywaciarze, albo firmy państwowe z lepszym dojściem do rozdzielnika. Większość i firm i ludzi borykała się z brakiem towarów i dewiz na import. Na bazarach było drogie mięso, w przyczepach campingowych pokazały się hot-dogi i coca-cola w sklepach, ale wszystko razem nie trzymało się kupy — dług dolarowy rósł na potęgę zmierzając do efektownej śmierci centralnego sterowania.

Tym, którzy opowiadają że mamy dziś większe zadłużenie niż za Gierka, pragnę przypomnieć – pod koniec jego panowania zadłużenie Polski w walutach wymienialnych przekraczało 24 mld dolarów, a sama tylko obsługa tego zadłużenia wynosiła rocznie 11 mld dol.! Nawet na tę obsługę państwu nie starczało, bo dolarowy eksport przynosił ledwie 8,5 mld dolarów rocznie. Dziś zadłużają się firmy, a nie państwo, cała waluta jest wymienialna i eksport rośnie dynamicznie.

W końcówce lat 80 w kasie państwa nie było już rezerw nawet na pilnie potrzebne lekarstwa. Z roku na rok rozpaczliwe ruchy pezetpeerowskiej władzy zmierzały do pięknego końca.

*

18 października 1984

Wczoraj odwiedził nas znajomy z Gdańska – po dwóch latach bezrobocia założył z kimś do spółki firmę ekologiczną, robią ekspertyzy. Człowiek teatru, był jednym z twórców studenckiego Bim-Bomu. Ściągnęli go do Warszawy, żeby robił tu teatr, ale szybko się zorientował, że chcą go użyć do rozwalania Teatru Dramatycznego. Bardzo rozżalony, że chcieli go ześwinić.

Cały ten system oparty jest na fikcji. Nie mogę zrozumieć jak Urban może wygadywać te wszystkie kłamstwa na swoich konferencjach i wypisywać bzdury w tygodniku „Tu i teraz”. Przecież zna od kulis cały ten oszukańczy system. Tyle lat się przyjaźniliśmy, był normalnym, inteligentnym facetem, a teraz ogłasza triumfalnie różne głupoty, np., że tak dużo ludzi poszło do wyborów! Jakby nie wiedział, dlaczego ludzie idą głosować. Upaja się wynikami badania opinii, z których wynika rzekomo, że mało kto słucha „Wolnej Europy”, jakby nie wiedział, że audycje są zagłuszane i trudno coś usłyszeć. Jest znienawidzony, ale chyba mu to nie przeszkadza, można nawet odnieść wrażenie, że się tym karmi.

Wróciła ze Stanów Krysia Zielińska, widziała się tam z naszą Joasią, przywiozła od niej list.

To kolejna gwiazda naszego dziennikarstwa. Głosi przez radio bardzo zaangażowane pogadanki radiowe w których „walczy” o lepsze zaopatrzenie rynku. Rysiek Kapuściński dobrze ją naśladuje: – mieszkańcy Zielonej Góry skarżą się na brak gładkich skarpetek, bo do ich sklepów trafiają tylko skarpetki w paski. Dlaczego tak jest – przecież można przerzucić gładkie skarpetki z Radomia, a tam posłać w paski. Takie jest typowe dziennikarstwo w dzisiejszych czasach — ma sprawiać wrażenie, że interwencjami uda się wszystko załatwić. Andrzej spytał ją kiedyś – jeżeli przez 30 lat oburzasz się tak samo na brak skarpetek, to może już czas wysnuć z tego jakiś wniosek?

Cała Polska żyje zaginięciem ks. Popiełuszki – porwali go na szosie w ub. piątek. Teraz aresztowali faceta z MSW, do niego należał samochód, do którego go porwali. Na szczęście kierowca Popiełuszki, też przez nich uprowadzony, zdołał wyskoczyć z tego samochodu i uciec. Ale nawet jeżeli ślady doprowadzą do ubecji to sprawę, jak zwykle, zatuszują. W bydgoskim było ostatnio także kilka innych porwań działaczy „Solidarności”. Jest podobno jakaś antysolidarnościowa organizacja, która nazywa siebie OAS i zajmuje się aktami terroru. Dziki kraj się robi.

A w gospodarce zero. Stojąca woda, tylko margines prywaciarzy się uwija i zbija szmal.

30 października 1984

Władza powoli oswaja naród z myślą, że ksiądz Jerzy Popiełuszko nie żyje – wczoraj podali, że szukają go w Wiśle. Obawiamy się, że nie znajdą ciała, bo nie będą chcieli dopuścić do pogrzebu.

Coś się jednak dzięki tej tragedii dokonało nowego – głośno mówi się o podziale w partii, że są jacyś twardogłowi, których władza nie popiera, pierwszy raz władza mówi otwarcie o polaryzacji stanowisk.

W niedzielę wieczorem byłam pod naszym żoliborskim kościołem Stanisława Kostki, tłumy wypełniały wszystkie boczne uliczki, transparenty pisane liternictwem „Solidarności”. Szczepkowski przemawiał w imieniu aktorów. W ogóle środowiska twórcze dyżurują tam cały czas pod transparentem, że stałe czuwanie to jest protest przeciwko zbrodni. Dziennikarze też dyżurowali.

Ci porywacze-mordercy to młodzi ludzie z MSW, wykształceni. Wierzyć się nie chce, że poważyli się na taki czyn w obronie systemu. Skąd w nich aż tyle nienawiści i zbrodniczej determinacji? Psychologicznie można tłumaczyć, że jeśli już ktoś wybrał taką karierę, wchodzi do gry z kopytami.

Przeczytałam teraz książkę Władimira Bukowskiego – „I powraca wiatr”. To rosyjski dysydent, wyrzucony z kraju, wymieniony za chilijskiego komunistę. Przesiedział 12 lat w obozach, całe życie w walce. I okazuje się, że nawet w tamtych warunkach opłacało się walczyć. U nich przecież o wiele gorzej ze wszystkim, żadnych swobód a przecież i tam udało się zmusić władze do ustępstw, stworzyć jakieś precedensy, zachęcić upodlonych ludzi, żeby nie przestali być sobą. Wstrząsająca książka – jaką siłę charakteru trzeba mieć, żeby się nie załamać, zwłaszcza, że działali niemal samotnie, otoczeni strachem i obojętnością.

Podejrzewam, że u nas nastąpi teraz krótki kurs przeciwko twardogłowym, ale Jaruzelski i tak się z mordercami nie rozprawi. Nawet gdyby chciał, jest za słaby.

21 listopada 1984

Mieliśmy nie urządzać teraz „andrzejków” , zraziły nas doświadczenia z poprzedniego roku, kiedy to goście, czyli nasi znajomi, podzielili się na dwa obozy, siedzieli w osobnych pokojach a my biegaliśmy od jednych do drugich z półmiskami. Ale jednak żal nam się zrobiło tradycji i postanowiliśmy zrobić dwa przyjęcia i podzielić towarzystwo. Daniel Passent obraził się na taką segregację i powiedział że nie przyjdzie. Nie umiał racjonalnie tego uzasadnić, poza tym, że mu taka forma nie odpowiada. Tłumaczyliśmy, że zdecydowaliśmy tak po doświadczeniach ub. roku, bo chcemy żeby wszyscy się dobrze czuli, żeby byli sobą, a przecież on też lepiej się czuje z Andrzejem Garlickim czy Jankiem Bijakiem niż z Jackiem Maziarskim czy Hanką Krall. Przyznał, że i on segreguje swoich gości i nie zaprasza niektórych ludzi razem, ale mimo to postanowił zaprotestować na takie podziały.

Chciałby być kochany przez wszystkich, jednak ludzie pamiętają co pisał po stanie wojennym. Myślę, że już czasem on sam żałuje swojego ówczesnego wyboru, zwłaszcza że ostatnio cenzura zdjęła mu parę tekstów.

20 grudnia 1984

Święta idą i znów dylematy towarzyskie – iść do Siemionów na tradycyjne kolędy po wigilii, jak zwykle chodziliśmy, czy nie iść, bo on twardo stał przy władzy po stanie wojennym, co w aktorskim świecie specjalnie raziło. W zeszłym roku było u nich pusto, a myśmy przyprowadzili jakiegoś cudzoziemca, któremu i tak było wszystko jedno. Daniel chce u siebie urządzić Sylwestra, demonstracyjnie powiedział, że możemy przyprowadzić kogo chcemy. Ale wiadomo, że nie zaproponujemy takim znajomym, którzy z Danielem się nie kontaktują.

Wczoraj ktoś przyniósł whisky, piliśmy na pohybel hasła asekurantów – nie wychylać się, bo się umocnią betony. Ocenę sytuacji niemal wszyscy mają podobną, ale stosunek do kompromisów różny.

20 grudnia 1984

Z kolejki do kolejki. Wystałam gęś na święta, w domu zważyłam, okazało się że nacięli mnie na sto kilkadziesiąt złotych. Pewnie to normalne, tylko że nigdy nie ważę. Karpie w tym roku są, ale śledzi brak i ludzie stoją godzinami.

27 grudnia 1984

Przed samymi świętami mieliśmy przemiłą, tradycyjną już wigilię dziennikarską u Anki Borkowskiej. Przyszły władze dawnego SDP, ale też sporo ludzi ze świata kultury – Bryllowie, Wajdowie, Davisowie – ambasador USA z żoną. Stefan Bratkowski, jak zwykle optymistycznie, ciągle przepowiada koniec, ale obawiam się, że jeszcze długo będzie się tak międliło.

Nasze dzieci dzwoniły w samą wigilię ze Stanów. Grzyby i mak do nich dotarły, ale zdjęcia spod grobu Popiełuszki zabrali na granicy temu Amerykańcowi który je przewoził.

„Przegląd Techniczny” od paru tygodni nie wychodzi bo brak papieru. Mam parę tematów napiętych, ale nie ma po co pisać.

Dziwnie jest teraz w Polsce. Jest wielu ludzi, którzy żyją znacznie lepiej niż cała gospodarka. Uwijają się, zdobywają, kombinują. Poznaliśmy na nartach małżeństwo lekarzy z Makowa Podhalańskiego, nocowaliśmy u nich. Zasobny dom, sami wędzą szynki, dziczyznę, robią nalewki, on ma swój oddział w szpitalu, zadowolony z życia, stać go praktycznie na wszystko.

Taki mamy etap socjalistycznej gospodarki, że kwitnie jedynie to co prywaciarskie. Ten doktor z Makowa powiedział nam – w socjalizmie można żyć, tylko trzeba się od niego uniezależnić. W górach rosną nowe domy dla turystów, sanie dzwonią dzwoneczkami i wszystko to co się udało wyrosło w prywatnym sektorze. A przecież to jest ledwie tolerowany, ciągle nękany margines systemu!

Byliśmy na kabarecie Pietrzaka, nagrałam dla dzieci, ucieszą się na pewno. W tym programie nastrój beznadziei miesza się z nadzieją, że doczekamy. Urban w swoich felietonach podpisywanych Rem już niemal w pojedynkę broni tej władzy. Obsesyjnie wali w opozycję, Pietrzaka zjechał za to, że się podlizuje publiczności (?!), Fikusa i Bratkowskiego za to, że przemawiają w kościołach. Wymyśla im od głupców, od kabotynów.

Z jednej strony system jest dziurawy, dzięki czemu można jakoś żyć, a z drugiej umacnia się tak zwana socjalistyczna normalizacja. Szykują na przykład nową ustawę o szkolnictwie wyższym, bo ta jest ponoć zbyt liberalna. I na czele komisji społecznej która to postulowała stoi… Mietek Rakowski! Sprawnie działa też selekcja kadrowa – usiłowałam wprowadzić do redakcji Andrzeja Jonasa na sekretarza, bo on odchodzi z „Tu i teraz”, ale czujnie dobrane kierownictwo go nie przyjęło, nie jest z ich bajki. Ela Markowska mówiła mi, że nawet u nich w drugim (muzycznym) programie radia wszystko się szefom kojarzy, więc na wszelki wypadek wolą się wykazać czujnością i przy byle wątpliwości wstrzymują audycje.

A nasz „Przegląd Techniczny” wychodzi z miesięcznym opóźnieniem bo brakuje papieru. Grubych zeszytów też ciągle brakuje i piszę ten pamiętnik w starych brulionach po dzieciach.

Agnieszka Wróblewska

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

One Response

  1. jureg 14.06.2016