2016-07-03.
Odetchnąłem z ulgą, kiedy ogłoszono wyniki wyborów na prezesa PiS. Ta niepewność – wybiorą go czy nie wybiorą – była niezwykle frustrująca.
Na szczęście, wszystko skończyło się dobrze, nawet tych siedmiu delegatów wyznaczonych przez prezesa do głosowania przeciw niemu, by stworzyć choć pozory – używając słów pana Jarosława – „jakiejś tam demokracji”, ma się dobrze i nie jest narażonych na szykany.
Przy okazji pomyślałem sobie, że latem, w piękną pogodę, pośród radosnych ludzi, szkoda zajmować się stale i wciąż polityką, która wprawdzie daje nadzieję na wszechstronny rozwój naszej suwerennej do bólu Ojczyzny, odbudowanie jej potęgi i znaczenia w Europie, ale czasami przyprawia o stany przedzawałowe bądź nawet tylko – znów cytując klasyka – absmak.
Tyle jest wokół pięknych rzeczy, że należy zacząć je dostrzegać, by poprawić sobie trochę humor, a co za tym idzie – trawienie tak ważne dla prawidłowego oglądu świata.
Dlatego dziś dla odmiany proponuję wycieczkę w moje najbliższe okolice.
Dzień, w którym musiałem to i owo załatwić, zrobić, obejrzeć i przy okazji przyjrzeć się jakie to ruiny musi ratować nasza władza ku uszczęśliwieniu narodu.
Na początek pojechałem na pobliską wieś, gdzie ksiądz pleban pełen zrozumienia pozwolił mi gmerać w księdze pochówków, w której szukałem danych do opracowywanego właśnie tematu.
Niewiele z tego wyszło, bo księgi starsze niż 1895 roku musiał ksiądz zdać do archiwum diecezjalnego, ale pogawędka była sympatyczna i pełna ciekawych spostzreżeń. Dobry początek dnia.
Następnie wybrałem się do Trątkownicy, wsi gdzie można obejrzeć kamienne kręgi i kurhany na cmentarzysku Gotów z I – III w. n.e.
I tu niespodzianka – dzień wcześniej rozpoczęły się tam nowe wykopaliska i kiedy dotarłem były już nawet pierwsze znaleziska.

Pani profesor Magdalena Mączyńska była tak miła, że pozwoliła połazić i pofotografować z bliska prace swoich doktorantów i ich pomocników

i podywagować na temat odkrytych dwóch rodzajów pochówków (szkieletowego i ciałopalnego) pochodzących z tego samego okresu.
Niezorientowanym wyjaśniam, że to dość istotne, bo może świadczyć za niepopularną dziś politycznie tezą, że tzw. wypieranie jednych kultur przez drugie, jednych plemion przez inne, jest najprawdopodobniej tylko błędem z naszym dotychczasowym pojmowaniu historii. Wiele już odkryć wskazuje na to, że tzw. kultury archeologiczne były w większości efektem przenikania się zwyczajów ludzi zamieszkujących wspólnie tereny naszego (i nie tylko ) kraju.
Potwierdzają to zresztą badania genetyczne, co niekoniecznie pasuje do tez lansowanych przez politykę historyczną.
Jadą dalej przez najpiękniejsze na świecie Kaszuby zobaczyłem coś, co jest świadectwem zmian zachodzących na polskiej wsi.
Ot, zwykłe, nie wyglądające na szczególnie zamożne gospodarstwo, a przed oborą

Dlaczego to takie ważne? Ano dlatego, że jeśli polski rolnik zaczyna odczuwać potrzebę obcowania z takimi przedmiotami (nawiasem mówiąc świetne wykonanie), to znaczy, że mamy już do czynienia z kim innym niż przywykło się o tym myśleć.
W innych wsiach po drodze napotykałem np. stare kaszubskie checze (chaty), już niezamieszkałe, ale pieczołowicie odnowione i stanowiące ozdobę przydomowego ogrodu. Szachulcowa konstrukcja, okna zaczynające się pół metra od ziemi i strzecha, która robi wrażenie prawdziwej, choć zrobiona jest (i to niemałym kosztem) ze słomy impregnowanej środkami niepalnymi.
Takich mini-muzeów spotykałem po drodze mnóstwo.
Po drodze dwujęzyczne tablice, które przyprawiają o ból głowy „prawdziwych Polaków”.

W samych Ostrzycach, nad jednym z najpiękniejszych polskich jezior rozpleniły się pensjonaty, gospody i hoteliki, których otoczenie zdobią dawne sprzęty gospodarskie przerobione w najrozmaitszy sposób.
Np. ten kierat

lub bryczka

Właściciel nie ma nic przeciw temu, by rozsiąść się w takiej bryczce, a kelnerka bez zmrużenia oka przyniesie do niej lody w pucharku, albo i co innego.
Stare sanie dostały nawet parasol, by spokojnie w nich spożyć coś smacznego.

Kiedyś atrakcją zakładowych ośrodków wypoczynkowych były przystanie z łodziami i kajakami. Dziś takie przystanie ma każdy pensjonat, a nawet wiele zwykłych małych knajpek.

Rozsiadłszy się na jednym z wielu tarasów (na stromych stokach nad jeziorem porobione są tarasy wielkości raptem kilkudziesięciu metrów kw, za to w dużej liczbie) możemy kontemplować piękno przyrody, chłonąć bajkowy krajobraz i naprawdę psychicznie oderwać się od wszystkiego.

Na stokach Złotej Góry, gdzie tradycyjnie odbywa się wielkie Truskawkobranie scena z dachem w kształcie odwróconej łodzi, na której występują zarówno tutejsi artyści, jak i np. Carlos Santana, który twierdzi, że na Kaszubach czuje się jak w drugim domu (w tym roku, za parę dni ma koncert w Dolinie Szarloty na Kaszubach).

Wracając do Gdyni przypomniał mi się zespół Red Hot Chili Peppers grający na tegorocznym Openerze, który zachwycił się tutejszą plażą i zaklinał się, że choćby tylko dla niej będzie tu powracał.
Sam Opener to tłumy młodych ludzi w mieście, gwar wszystkich możliwych języków, kolorów skóry i strojów, ale przede wszystkim wzajemne uśmiechy wymieniane z „miejscowymi”, a nawet życzliwość „kanarów” w miejskiej komunikacji, pełnych zrozumienia dla przyjezdnych fanów muzyki pogubionych czasem w systemie sprzedaży biletów na trajtki czy autobusy.
W centrum zaś miasta pomnik Antoniego Abrahama, bojownika o polskość tych ziem, choć mniej kumatym psują radość czarno żółte flagi powiewające obok.
W niektóre dni jest nimi przyozdobiona cała pryncypialna ul. Świętojańska, ulica zaprojektowana przed wojną, mająca dokładnie 1852 m, czyli tyle ile jedna mila morska.
To tak pokrótce jeśli chodzi o wędrówkę jednego dnia po najbliższej okolicy.
Z pewnością każdy z was zobaczy coś podobnego u siebie, a ja tylko namawiam, by to zrobić.
Kiedy potem włączy się radio czy telewizor i posłucha o „ruinie”, to wszystko zaczniemy odbierać zupełnie inaczej.
Choć z dobrze poinformowanych źródeł słyszałem, że to osławione „państwo w ruinie” to nie opis zastanej rzeczywistości, ale obietnica wyborcza.
Osobiście nie życzę sobie jej spełnienia.
A wszystkim czytelnikom miłych wakacji.
Jerzy Łukaszewski

Dziękuję i z wzajemnością miłych wakacji.
Dobre fotki…
Trza będzie te miejsca nawiedzić.
Czy na pewno rolnicy zaczęli się zmieniać? Myślę, że od dawna lubili obcować ze sztuką. Wystarczy dostrzec zdobienia tradycyjnych kaszubskich domów albo odwiedzić pracownię ceramiki w pobliskim Chmielnie. Intuicja podpowiada mi raczej, że figura konia świadczy o… statusie konia na współczesnej wsi. Zwierzę to przestało być postrzegane jako pociągowe i coraz częściej służy do rekreacji (turystyki).
Każdy człowiek od zawsze obcował ze sztuką w jakimś jej przejawie. To co zaczęło się zmieniać na naszych oczach to to, że tzw. sztuka ludowa trafia coraz częściej do galerii i eleganckich wnętrz, a na wsi pojawia się sztuka, która przedtem rzadziej bywała tam obecna, nawet abstrakcyjna.
Z tego sprzętu gospodarskiego, który pokazałem, tworzy się całe kompozycje, a np. bruk na parkingu w Ostrzycach dekorowany jest płytami obrazkowymi.
Takie tablice z tytułami kaszubskich bajek są co metr – półtora.
Na bazie opowieści o stolemach pobudza się ludzką wyobraźnię stawiając w celach wyłącznie dekoracyjnych
Sorry, urwało.
W celach dekoracyjnych stawia się wielkie głazy, które nie są już elementem np. fundamentu stodoły, a odrębnym obiektem.
Zgoda, panie Jerzy, tylko proszę mieć na uwadze, że to już nie są rolnicy sensu stricto, tzn. przywiązani do pługa. To są de facto właściciele gospodarstw agroturystycznych. Materialne manifestacje tożsamości kulturowej stały się zarazem produktami marketingowymi. I bardzo dobrze! Cieszmy się, że coca-cola znalazła autentyczną konkurencję (przynajmniej w tym wymiarze – symbolicznym). I oczywiście ma pan rację, że to było możliwe dzięki dostatkowi, który zawitał w polskich wsiach i miastach. A także dzięki docenieniu małych ojczyzn, które wcześniej były rugowane (w imię jedności narodu).
No ten koń to jak raz stoi w najbardziej tradycyjnym gospodarstwie. Wędrując po Bawarii zawsze zazdrościłem, że tamtejsze podwórka wiejskie są … czyste. Teraz i do nas zawitała ta „nowość”.
Agroturystyka to oczywiście zupełnie inna sprawa.
W Chmielnie konie ciągnące bryczki są czyściejsze, niż niejeden kanapowy piesek 🙂
Z całym szacunkiem (i sympatią),
Carlos Santana rzeczywiście po raz bodajże trzeci ma wystąpić w Dolinie Charlotty. Tyle że to już nie są Kaszuby.
Dolina ta należy do wsi Strzelinko, nieco na zachód od głównej drogi ze Słupska do Ustki.
Moje wspomnienie na temat atrakcji kulinarnych Kaszub:
Przydrożna knajpka przy szosie z Kościerzyny do Wdzydz w miejscowości Rybaki reklamowała się wielkim szyldem: Pizza Kaszubska. Nie spróbowałem, choć bardzo mnie to intrygowało. Kaszubska, czy Kaszubki?
Dla mnie Kaszuby ciągną się (historycznie) jeszcze dalej, ale ok, nie będziemy się spierać.
Co do Pizzy, to widziałem też „staropolską” 🙂
Przy okazji: świeże dołki po popielnicach
Bardzo blisko Ostrzyc jest Jezioro Dąbrowskie. Parę lat temu trafiłem nad nie bo w miejscowości Gołubie znajdują się ośrodki prowadzące wczasy zdrowotne oparte o dietę dr Dąbrowskiej. Chociaż byłem tam zawodowo, na zlecenie klienta robiłem studium inwestycyjne jednego z ośrodków, to przy okazji dowiedziałem się o idei takich wczasów i o samej dr Dąbrowskiej: http://ewadabrowska.pl/ Ciągłe kłopoty z metabolizmem spowodowały, że wykorzystałem dla siebie dietę dr Dąbrowskiej i średnio raz do roku oczyszczam organizm tą dietą. Dla mniej zdyscyplinowanych skorzystanie z turnusu w takim ośrodku może być warte polecenia. Ideą tych wczasów nie jest wcale odchudzanie – to jest efekt uboczny filozofii „leczenie żywieniem”.
Coś o tej diecie słyszałem, ale nie za dużo, bo wymyśliłem własną 🙂
W okolice jez. Dąbrowskiego jadę pod koniec tygodnia, to zdam relację 🙂