Andrzej C. Leszczyński: Chrześcijanin

Papiez-Franciszek2016-07-27.

[dropcap]F[/dropcap]ranciszek stał się znakiem chrześcijańskiej zwyczajności. Ze smutkiem myślę o tym, jak bardzo niezwyczajna to dziś zwyczajność, jak wielu dziwi, a nawet oburza.

Ernest Hemingway w powieści „Komu bije dzwon” pisał, że chrześcijanin to wśród katolików nadzwyczaj rzadkie zjawisko. Coś podobnego w odniesieniu do polskich katolików wyraził St. Obirek – znajdując, niestety, argumenty – w książce „Polak katolik?”. Widać to zresztą gołym okiem.

Wypowiedzi Franciszka brzmią jednoznacznie i trudno byłoby zmienić ich sens szukając dla nich nowego kontekstu. Niektóre z nich zanotowałem i chcę je przypomnieć bez szczególnego związku z papieską wizytą w Krakowie. Zacznę jednak od sprawy bardziej podstawowej.

Wybór

[dropcap]C[/dropcap]hodzi mi o relację pomiędzy tym, co bardziej i co mniej ogólne. Oraz o wybór, który jest pochodną rozumienia tej relacji. Bywa oczywiście tak, że podobne relacje i wybory pozostają czczą abstrakcją. Nie ma możliwości wyboru między figurą i trójkątem, albo między kolorem i czerwienią. Tutaj pojęcia ogólniejsze muszą się konkretyzować w pojęciach mniej ogólnych. Figura musi być z konieczności albo trójkątem, albo ukośnikiem, albo jakąś inną jej postacią. Kolor musi być albo zielenią, albo brązem, albo inną jeszcze konkretną barwą.

Ale bywa inaczej. Na przykład wtedy, gdy chodzi o relacje między chrześcijaninem i katolikiem, albo między katolikiem w ogóle i rzymskim jego wcieleniem. Tu można wybierać swą religijną tożsamość. Chrześcijanin może chrześcijaninem pozostać nie poszukując kościelnych i wyznaniowych zawężeń.

Podobnie, wielu ludzi woli określać swą tożsamość poprzez europejskość, afrykańskość czy latynoamerykańskość – niż za pomocą przynależności narodowych bądź państwowych. Zdaniem Jerzego Nowosielskiego narodowość to całkowicie sztuczna kategoria tożsamości, która pojawiła się w XVII i XVIII w miejsce przynależności konfesyjnej. Leszek Kołakowski mówił na Uniwersytecie Gdańskim o potrzebie duchowości kosmopolitycznej, która narzucałaby wędzidło etnicznym zaślepieniom. Potrzeba „wykorzenienia narodowego” widoczna jest m.in. u Witolda Gombrowicza, Józefa Czapskiego, Czesława Miłosza. Może najwyraźniej u Andrzeja Bobkowskiego, który pozaetniczne nastawienie (nazywa je postawą Kosmopolaka) znajduje także u Josepha Conrada („Mam wrażenie, że Conradowi udało się pomimo wszystko w dużym stopniu to, co Gombrowicz proponował naszym pszenno–skowronkowym pisarzom i co ośmielił się nazwać po prostu »uwolnieniem się od Polski«”).

Często wyznaczniki ogólne i bardziej szczegółowe krzyżują się. Ks. Jan Zieja mówił o sobie odwołując się do takiej oto kolejności: „Jestem człowiekiem. Jestem Polakiem. Jestem chrześcijaninem”.

Na tym polega ten wybór. Czy akcentować to, co uniwersalne i wspólne, czy to, co partykularne i wyodrębniające? Łączą się z nim inne kwestie. Czy i w jakim stopniu partykularność powinna stanowić dziedzictwo uniwersalności i partycypować w niej? W przypadku katolicyzmu byłoby to pytanie o to, co zachowuje on z chrześcijaństwa, z ducha Ewangelii (dobrej nowiny)? Co zachowuje z Kazania na Górze, gdzie jest mowa m.in. o tym, by nie szukać odwetu, kochać wroga, nie czynić dobra dla poklasku, nie modlić się publicznie, osądzać siebie, nie innych, strzec się fałszywych proroków?

Idzie o rzecz niebagatelną, o prawomocność określania się katolicyzmu mianem wyznania chrześcijańskiego. Czy ma do tego prawo taki na przykład katolicyzm, za jakim przed wojną orędowała ONR „Falanga” pod hasłem katolickiego państwa narodu polskiego (czystość rasowa, religijna i światopoglądowa, karność, militaryzacja społeczeństwa, gotowość do przemocy wobec innowierców), a który i dziś pobrzmiewa z ambon wielu polskich kościołów?

Urząd

[dropcap]W[/dropcap]racam do Franciszka, który w sprawie wyboru pomiędzy tym, co w religiach uniwersalne i tym, co partykularne wyraża się jednoznacznie. Jedność ma przeważać nad podziałem, a całość nad częścią. Przywołuje wartości, których niewiele zostało w rozpowszechnionych dziś postaciach myśli rzymskokatolickiej.

Carl Schmitt, do którego odwołuje się niejeden polski polityk, abstrakcyjnej i „bezradnej” duchowości chrześcijańskiej przeciwstawiał teologię polityczną, duchowość mocną mocą organizmu państwowego. Przywołuje wywiedzione od św. Pawła i po swojemu rozumiane pojęcie katechonu (katécho to m.in. powstrzymać, poskromić, zawładnąć, uskutecznić).

Zdaniem Schmitta ludzka ułomność (humana impotentia) oznacza, że człowiek jest zły z natury i bez zewnętrznego wsparcia może tylko sprzyjać historycznemu rozplenianiu się Zła. Katechon jest takim wsparciem, narzędziem zdolnym przeciwstawić się Antychrystowi. To dysponująca siłą instytucja państwa, zdolny do wymuszenia posłuchu suweren, mariaż katolickiego ołtarza (teologia) i narodowego tronu (polityka).

Tymczasem Franciszek – przeciwnie – sądzi, że nic tak nie szkodzi Kościołowi, jak właśnie sojusz z tronem i rozbudowana struktura instytucjonalna. Mówi, że państwa muszą być świeckie, że wyznaniowe źle kończą. „Dobra rzecz wydarzyła się Kościołowi, kiedy utracił Państwo Kościelne, ponieważ stało się jasne, że jedyne, co posiada papież, to pół kilometra kwadratowego”. Kościół winien wyrzekać się dóbr materialnych i środków „mocnych”, takich jak prawo państwowe. Jest „historią miłości”, nie przymusu.

Schmitt myśli apokaliptycznie od „góry, od strony potęg” (Jacob Taubes). Franciszek mówi o dobru, które rośnie „od dołu, powoli”, nie mocą władczych dekretów. Nie służy porządkowi społecznemu, lecz zbawieniu osób. „Umiem patrzeć na pojedyncze osoby – mówi Franciszek – na każdą osobę indywidualnie, wejść w osobowy kontakt z tym, kogo mam przed sobą. Nie jestem przyzwyczajony do mas”.

Zamiast o masach, Franciszek woli mówić o wspólnocie ochrzczonych, czyli Kościele w ścisłym sensie tego słowa. „Kościół jest Ludem Bożym na drodze historii, z radościami i smutkami”. To raczej projekt niż stan realny i trzeba wiele zmienić, by stał się „na powrót wspólnotą Ludu Bożego, któremu służą księża, proboszczowie i biskupi”.

Służba

[dropcap]O[/dropcap]dwrócenie służebnej wobec wiernych roli kapłanów oznacza chorobę klerykalizacji. „Kiedy [biskup lub ksiądz] coś narzuca, kiedy daje do zrozumienia: »tutaj rządzę ja«, popada w klerykalizm […]. Kapłan, który chce wyłącznego przywództwa, niszczy i osłabia człowieka w jego poszukiwaniu Boga […] nie jest dobrym kapłanem; jest dobrym tyranem, skutecznie niszczy religijność innych”.

Na kąśliwą uwagę lewicowego pisarza i dziennikarza, Eugenio Scalfariego, że staje się antyklerykałem wtedy, gdy spotka klerykała, Franciszek odpowiada: „To się także mnie zdarza. Klerykalizm nie ma nic wspólnego z chrześcijaństwem”. W innym miejscu porównuje do faryzeuszy tych księży, którzy żywą prawdę Jezusa przekształcają w łatwe przykazania i pouczenia, zaś dla ludzi spoza Kościoła mają jedną radę: „Wejdźcie do środka, to damy wam wskazówki; ci zaś, którzy nie wejdą, już dla nas nie istnieją”. Kto szuka wciąż rozwiązań dyscyplinarnych, „kto przesadnie dąży do »bezpieczeństwa« doktrynalnego, kto uparcie szuka powrotu do utraconej przeszłości, ten ma wiję statyczną i nieskierowaną na rozwój. W ten sposób wiara zamienia się w jedną z wielu ideologii”. Zaś na uwagę, że wielu ludzi wierzy w Boga nie wierząc księżom, odpowiada: „I… słusznie. My, księża, często nie zasługujemy na to, by w nas wierzyć”.

Jeszcze jako Jorge Mario Bergoglio w swojej diecezji w Buenos Aires radził księżom, by zachęcali wiernych do zbierania się w opuszczonych garażach, by mogli tam sami katechizować się, rozdzielać Komunię. W jednym z wywiadów przypominał chrześcijan japońskich, którzy przez wieki nie mieli (nie mogli mieć) kapłanów i których wiara przetrwała bez uszczerbku.

W wypowiedziach tych można zauważyć bliskie protestantyzmowi przekonanie, że każdy – niezależnie od instytucji i hierarchii – ma dostęp do Boga. Przychodzą też na myśl wschodni starowiercy, odżegnujący się od oficjalnego prawosławia, od cerkwi, która stała się firmą dbającą o publiczny wizerunek, zarabiającą pieniądze, skupioną na telewizyjnych transmisjach paschy itp.

Mówi Franciszek o otwartych drzwiach i mostach; o tym, że lepiej, gdyby Kościół uległ wypadkowi wychodząc do ludzi, niż miałby chorować zamknąwszy się w sobie z lęku albo wygody. Drugi człowiek, to alter Christus; także ateista, gdy jest wierny sumieniu. „Do grzechu, także w przypadku niewierzących, dochodzi wtedy, gdy działają w sprzeczności z sumieniem. Słuchanie go oznacza podejmowanie decyzji w obliczu tego, co postrzegane jest jako dobre lub złe”. Wzorem dla Franciszka jest Piotr Favre (1506–1546): jego umiejętność „dialogu ze wszystkimi, nawet z tymi stojącymi daleko i przeciwnikami, prosta pobożność, może nawet pewna naiwność, natychmiastowa gotowość, wnikliwe rozeznanie wewnętrzne, fakt, że będąc człowiekiem wielkich i ważnych decyzji, potrafił być jednocześnie bardzo łagodnym i czułym”. We wrześniu 2013 pisze obszerny list do lewicowej „La Repubblica”. W tym samym miesiącu dzwoni do rozwódki w ciąży zapewniając, że sam ochrzci jej nieślubne dziecko.

Światowość

[dropcap]S[/dropcap]zczególną formą klerykalizmu jest miłość własna Kurii Rzymskiej: „watykanocentryzm, który zaniedbuje otaczający nas świat [i wykazuje] nadmierną troskę o doczesne interesy Watykanu”. Jest to symptom spłaszczenia duchowego, określanego przez Franciszka mianem światowości.

Duchowa światowość według Henri de Lubaca przejawia się jako antropocentryzm, perfekcjonizm moralny i skłonność do moralnych pouczeń. G.W.F. Hegel w „Wykładach z filozofii dziejów” utożsamiał światowość Kościoła z zepsuciem wyrażającym się jako zewnętrzność, materialność i doczesność. Można sądzić, że krytyka światowości, jakiej dokonuje Franciszek, obejmuje obydwa powyższe aspekty. Zatem: piętnuje papież materializm i karierowiczostwo księży oraz biskupów („złodzieje, wilki – a nie pasterze”). Dostrzega horyzontalizm praktyk religijnych: „Staniemy się użyteczną organizacją pozarządową, ale nie Kościołem”. Światowość oznacza zachowania quasi religijne, w istocie zaś kulturowe. „Jeśli idzie się za Jezusem w znaczeniu propozycji kulturowej, wówczas używa się tej drogi, by zajść wyżej, by zdobyć więcej władzy. I dzieje kościoła są pełne czegoś takiego […]. Niektórzy twierdzą, że jest ich wielu, ale na pewno są tacy, co sądzą, że iść za Jezusem oznacza robienie kariery”. Duchowni nastawieni na karierę są „złodziejami i zbójami okradającymi Jezusa z chwały […] Kiedy ksiądz, biskup, podąża za pieniędzmi, lud go nie kocha i to jest znak. Ale on sam też źle kończy”.

Apeluje do proboszczów, by nie brali od wiernych pieniędzy („łajna diabła” prowadzącego do bałwochwalstwa) za sakramenty, za pogrzeby czy chrzciny. Za niejasności finansowe odwołuje arcybiskupa Lublany Antona Stresa, arcybiskupa Mariboru Marjana Turnseka; za przepych – biskupa Frantza-Petera Tebartza van Elsta z Limburga. Cechy dobrego biskupa, to skromność, ubóstwo, zasadniczość. Mentalność księcia kościoła, karierowiczostwo jest symptomem choroby. „Dwór jest trądem papiestwa”. Sam zamieszkał w domu św. Marty, korzysta z leciwego, trzydziestoletniego renault 4.

Odnośnie drugiego aspektu światowości, czyli moralnego dydaktyzmu, Franciszek przestrzega przed pewnością pouczeń: „Pokora stanowi gwarancję, że Pan tam jest. Jeśli ktoś okazuje zarozumiałość, jeśli ma odpowiedzi na wszystkie pytania, to dowód, że Bóg nie jest z nim”. (Bardzo to bliskie stanowisku arcybiskupa Tuluzy, kard. Julesa Saliège, który w 1946 roku, w liście na temat sytuacji kościoła francuskiego pisał: „Zarozumiałość klerykalna: posiadając zaledwie odrobinę wiedzy teologicznej, mniema się, że wie się wszystko. Im mniej się wie, tym bardziej jest się autorytarnym”). Sprzeciwia się ingerowaniu w życie osobiste człowieka. „Potępiamy nagonkę duchową, z którą mamy do czynienia wtedy, gdy osoba piastująca urząd religijny dyktuje wskazania, normy zachowań, wymagania w taki sposób, że drugi człowiek czuje się pozbawiony wolności. Bóg pozostawił w naszych rękach nawet wolność popełniania grzechu”. Nie wolno też nawracać za wszelką cenę. „Prozelityzm jest dętą bzdurą. Nie ma sensu. Trzeba się poznać, rozmawiać, wzajemnie poszerzać horyzonty”. Duszpasterstwo to coś innego, niż oderwane od ducha Ewangelii obsesyjne przekazywanie „mnogości doktryn do nagłego narzucenia”. Wreszcie: „Konfesjonał to nie tortury”.

Klerykalizm jest postawą znajdującą w sakramentalnym kapłaństwie duchową wyższość, postawą, która łatwo zapoznaje ciemne strony osób i instytucji. Samowiedza Franciszka wyzbyta jest podobnej hipokryzji. „Ja jestem grzesznikiem. To jest ta najlepsza definicja. […] »jestem grzesznikiem, na którego spojrzał Pan«”. Dzieje Kościoła pokazują, że chętnie wskazuje na swą świętość, wyjątkowo tylko na grzeszność. Te wyjątki to Hadrian VI, 1523 („[…] chcemy dołożyć wszelkich starań, ażeby najpierw naprawił się Rzymski dwór, od którego wzięło może początek wszelkie zło; a wtedy, podobnie jak z tego miejsca rozprzestrzeniła się choroba, i stąd rozpocznie się także dzieło uzdrowienia”), II Sobór Watykański („Kierujemy więc do Boga i braci odłączonych pokorną prośbę o przebaczenie…”), wreszcie Jan Paweł II (millenijne wyznanie win: nawracania siłą na wiarę, krucjat, Inkwizycji, antysemityzmu, godzenia w prawa osoby, dyskryminacji kobiet). Można sądzić, że środka zaradczego na samozadowolenie Kościoła upatruje Franciszek w kolegialności umożliwiającej wewnętrzną krytykę i ukazującej wieloaspektowość omawianych zagadnień.

Wiara

[dropcap]S[/dropcap]zczególnie znaczące są papieskie wypowiedzi dotyczące tego, co w religii podstawowe, tzn. wiary. Katechetyczne określenie wiary mówiło o posłuszeństwie, o przyjęciu prawd objawionych przez Boga a przez Kościół podawanych do wierzenia. Nie tak dawny List apostolski Ad tuendam Fidem (1998) tak właśnie „broni wiary” przed błądzącymi, wewnątrzkościelnymi „siewcami kąkolu”, nakazuje „posłuszeństwo umysłu” i „przyjęcie z przekonaniem” (sic!) Objawienia Bożego podawanego przez Kościół. Tymczasem wiara, o jakiej chce mówi Franciszek, stanowi treść doświadczenia egzystencjalnego osoby, przeżycia jednostkowego danego tu i teraz – nie zaś nauki urzędu. Doświadczenie to ujawnia potrzebę transcendencji – wyjścia „poza”, ku Drugiemu (Bogu), ku innym ludziom. Ta potrzeba jest potrzebą miłości.

Wierzący „to ten, kto wychodzi na spotkanie innego wierzącego – lub człowieka, który wierzący nie jest – aby podać mu rękę”. Słowa te najwyraźniej nawiązują do średniowiecznej etymologii: „wierzyć” (credere) wywodzi się od „oddać serce” (cor dare). Wiarę wyraża modlitwa również egzystencjalnie zakorzeniona: trzeba „modlić się ciałem: aby nasze ciało się modliło. Nie ideami. Modlić się sercem”. Adresatem modłów jest Bóg nie zawłaszczony przez teologiczne idee: „Ja wierzę w Boga. Nie w Boga katolickiego. Nie istnieje Bóg katolicki. Istnieje Bóg”.

Wiary, która jest doświadczeniem egzystencjalnym, nie da się kontrolować. Zdaniem Franciszka każdy człowiek, wierzący i niewierzący, jest obrazem Boga: „Czynisz dobro i to nas łączy”. Szerokim echem odbiły się słowa papieża związane z potrzebą powstrzymywania się od łatwego osądzania bliźnich: „Prowokująco ktoś mnie zapytał, czy akceptuję homoseksualizm. Odpowiedziałem pytaniem: czy Bóg, patrząc na geja, akceptuje go z czułością, czy go potępiająco odpycha?”. Dziękując dziennikarzom, obsługującym jego wystąpienie, tradycyjny znak krzyża zastąpił wewnętrzną intencją: „Ponieważ wielu z was nie należy do Kościoła katolickiego, są też między wami osoby niewierzące, z całego serca udzielam tego cichego błogosławieństwa, szanując sumienie każdego z was, ale wiedząc, że każdy z was jest dzieckiem Boga. Niech wam Bóg błogosławi”.

Teologia społeczna

I jeszcze jedna cecha Franciszkowego nauczania, dla niejednego hierarchy może najtrudniejsza do przyjęcia. Miejsce „teologii ciała”, ze szczególnym upodobaniem uprawianej przez katolickich moralistów, zajęła „teologia społeczna”, troska o los ludzi biednych. „Nie możemy skupiać się tylko na kwestiach aborcji, małżeństw jednopłciowych i antykoncepcji”, mówi papież. Nie godzi się na Kościół skłonny do pouczeń związanych z cielesnością, a jednocześnie dbały o swój status materialny i głuchy na niesprawiedliwość, zapominający o solidarności z ubogimi. „Nie mieszam się do polityki, mieszam się w sprawy mego brata, któremu kazano pracować w fabryce jak niewolnikowi”. Nikomu – a zwłaszcza chrześcijaninowi „nie wolno być obojętnym na nierówności. Każdy musi coś z siebie dać, by położyć kres niesprawiedliwości. Kulturę egoizmu i indywidualizmu musi zastąpić kultura solidarności. Wielkość społeczeństwa poznaje się po tym, jak traktuje najbiedniejszych. Nie wolno nam tolerować kultury zbędnego. Nikt nie jest zbędny”.

Franciszek nie stroni od mocnych słów, gdy mówi o narastającej deprywacji biedoty, o „używaniu” ludzi, o wykluczaniu: „Wykluczani nie są wyzyskiwani, są odrzucani, są zbędnymi śmieciami”. Walce z dzikim liberalizmem, powodującym że „mocni są mocniejsi, słabi jeszcze słabsi, a wykluczeni jeszcze bardziej wykluczeni”, chce nadać moc równą mocy Dekalogu. „Jak przykazanie »nie będziesz zabijał« ustanawia ochronę wartości życia, tak musimy dziś także powiedzieć »nie będziesz…« w stosunku do ekonomii wykluczenia i nierówności”. Wiele gorzkich zdań wypowiedział w sierpniu 2013, na Lampedusie, wyspie, do której próbuje docierać biedota z Afryki.

Troska o los ubogich jest wywiedziona wprost ze źródeł biblijnych. Jest to, pisze Franciszek, „przesłanie tak jasne, tak bezpośrednie, tak proste i wymowne, że żadna kościelna hermeneutyka nie ma prawa go relatywizować. Refleksja Kościoła nad tymi tekstami nie powinna ich zaciemniać lub osłabiać ich zachęcającego sensu”. Dlaczego – pyta – komplikować to, co jest tak proste?

(wytłuszczenia – redakcja)

Andrzej C. Leszczyński

Print Friendly, PDF & Email

2 komentarze

  1. hazelhard 2016-07-27
  2. acleszcz 2016-07-28
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com