
Baza RAF-u w dniu 16 sierpnia 1940. Na zdjęciu dwóch polskich pilotów; po lewej stronie stoi sierżant Głowacki (nazwiska drugiego pilota nie podano) Zdjęcie: Central Press/Hulton Archive/Getty Images
2016-09-20.
Chwilowo mamy zapowiedź pani minister, że w bitwie o historię polegną nauki przyrodnicze. Pewnie nie tak całkiem polegną, ale sygnał jest wyraźny.
Pani minister oświaty jego prezesowskiej mości poinformowała, że młodzież przechodząca ze szkoły podstawowej do średniej nie będzie miała egzaminów z nauk przyrodniczych. Historia wysforowała się na czoło wiedzy najważniejszej i będziemy teraz mieli społeczeństwo oparte na wiedzy historycznej zaprawionej smoleńską mgłą. Trudno powiedzieć, czy śmiać się czy płakać, należy jednak odnotować, że mamy do czynienia ze zjawiskiem wykraczającym daleko poza nasze krajowe podwórko.
Okazuje się, że na podobną nutę zaśpiewał w tym samym czasie izraelski minister edukacji Naftali Bennett, przemawiając w Cezarei na konferencji TALI Education Fund. Też mówił o większym znaczeniu historii niż nauk ścisłych. Miesiąc wcześniej izraelskie ministerstwo edukacji uległo pobożnym naciskom środowisk ultraortodoksyjnych, by mogły w swoich szkołach ograniczyć lub zrezygnować z nauczania przedmiotów ścisłych, bez narażania się na utratę państwowych funduszy.
Niektórzy jeszcze w ubiegłym stuleciu mogli zauważyć, że lewicowy premier Wielkiej Brytanii dokonał zasadniczego zwrotu w brytyjskim systemie oświaty, decydując się na zrównanie prywatnych szkół religijnych ze szkołami państwowymi i skierowanie strumienia pieniędzy podatników na oświatę zaprawioną miłością do boga. Pozostał jednak demokratą, bo było mu wszystko jedno, czy bóg jest protestancki, katolicki, muzułmański, czy jakiś inny. Sam Tony Blair, już po wygnaniu z fotela premiera, nawrócił się pod wpływem upałów na katolicyzm. Nie było to takim ewenementem, bo upały były siarczyste, czyli bliskowschodnie. Te bliskowschodnie upały mają jakiś zły wpływ na Brytyjczyków. Ostatnio brytyjski ambasador w Izraelu nawrócił się na judaizm. Już wiele lat temu ożenił się z żydówką z rodziny ultraortodoksyjnych Żydów i kupił dom w osiedlu na Zachodnim Brzegu.O najmocniej przepraszam, pomyliłem kraje, ambasador Simon Collis, reprezentuje Wielką Brytanię w Arabii Saudyjskiej i nawrócił się nie na judaizm tylko na islam, odbył pielgrzymkę hadż do Mekki, a ożenił się z pobożną muzułmanką z Syrii, co może wyjaśniać, dlaczego wydarzenie nie wzbudziło szczególnej sensacji. (Ciekawe, czy chodzi na królewskie imprezy ścinania głów i biczowania ateistów?) Jakby na sprawę nie patrzeć, wątpliwe, by informował swój rząd o systemie saudyjskiej oświaty, który przy bliższym oglądzie sprawia wrażenie niedosiężnego wzoru, ku któremu zmierza minister Zalewska.
Arabia Saudyjska dba nie tylko o własną oświatę. Wielu saudyjskich filantropów łoży ogromne sumy na uniwersytety zachodnie. Pobożni filantropi, niezależnie czy są chrześcijańscy, czy muzułmańscy mają zazwyczaj pewne oczekiwania i nie są to nigdy oczekiwania dotyczące poprawy nauczania w dziedzinie nauk ścisłych. Częściej dotyczą historii i szczególnych kwalifikacji personelu nauczającego tej historii.
Wszechstronny i obfity nacisk charytatywny na zachodnie uczelnie i instytucje medialne przynosi efekty, które przy wyostrzonej uwadze dają się zauważyć. Jednak zmiana historii może przychodzić niepostrzeżenie i to nawet dla tych, którzy czytanie ze zrozumieniem uczynili swoją profesją.
Nikt nie wie, czy Jezus rzeczywiście istniał, ale trudno zaprzeczyć, że mit o Jezusie stanowi istotny element europejskiej i nie tylko europejskiej historii. Z tego punktu widzenia jest rzeczą interesującą jak Jezus zmienia narodowość. Oczywiście tu, w Europie dość trudno zaakceptować twierdzenie, że Jezus był Palestyńczykiem (chociaż część europejskiej zaangażowanej lewicy zupełnie nieźle to połknęła, a i w chrześcijańskich wyznaniowych szkołach Jezus w podręcznikach zaczął się pojawiać w kefiji), Zapewne jeszcze trudniej zaakceptować pod naszą szerokością geograficzną, że był muzułmaninem (a są takie teorie). Jednak najlepsi pisarze i to ci, którzy wcale nie mają zamiaru wprowadzać nas w błąd, coraz częściej piszą, że Jezus urodził się w Palestynie.
To ciekawe, bo front walki o umysły lubi się kręcić wokół narodowych i religijnych mitów, więc ta nagła i w niektórych przypadkach z pewnością niezamierzona amnezja dotycząca miejsca urodzenia chrześcijańskiego boga wydaje się być znamienna. Kiedy chrześcijański teolog zapomina, że geograficzna nazwa Palestyna pojawiła się ponad sto lat po śmierci Jezusa, to znaczy, że oddziaływanie filantropów nie tylko na media, ale i na piśmiennictwo jest już tak silne, że pewne rzeczy ludzie piszą mimowolnie.
Ten palestyński Jezus to ciekawy przyczynek. Weźmy na przykład takiego Matta Ridleya. Biolog, popularyzator nauki, ateista najdalszy do wszelkich religijnych mitów, a na dodatek ani lewicowy, ani prawicowy, chociaż z pewnym przegięciem dla gospodarczego liberalizmu. Jego najnowsza książka pod tytułem Ewolucja wszystkiego jest nie tylko pochwałą racjonalizmu i krytyką pogoni za utopiami, ale wspaniałą historią handlu i postępu technicznego, które przyniosły ludzkości wyzwolenie od głodu i nędzy, pozwoliły na wydłużenie naszego życia i poprawę stanu zdrowia. Lubię tę książkę, podobnie jak jego wcześniejsze prace, więc uczciwie mówiąc zdębiałem jak na stronie 28, w rozważaniach o mniej znanym dziele Adama Smitha – Theory of Moral Sentiments, w pochwale niemal ateistycznego spojrzenia Smitha na moralność, która nie jest jego zdaniem ani dana od jakiegoś boga, ani niezmienna, i która nie musi być kojarzona z prawdopodobnie nigdy nie istniejącym, ale poczętym przez boga starożytnym „palestyńskim cieślą”.
Wpatrywałem się w tego „palestyńskiego cieślę” i zapragnąłem kontaktu z jakimś angielskim Bralczykiem, który umiałby wyjaśnić jak się obecny od stuleci w angielskiej literaturze „żydowski cieśla” zmienił w „palestyńskiego cieślę”.
Sam Ridley nigdy nie odpowiedział na pytanie, skąd mu się ten palestyński cieśla przyplątał, ale ze względu na moje zainteresowanie zmieniającą się historią mam swoje domysły.
Te domysły w pewnym stopniu wspiera niedawne doniesienie londyńskiego „Independenta”, który mnie patriotycznie skusił artykułem o Bitwie o Anglię. Duma narodowa to ciekawe zjawisko; w piłce, w wojnie, nawet w innowacjach technicznych (ale to ostatnie tylko niektórych rajcuje, a kiedy zainteresowanie wynalazkami jest zbyt silnie dumą narodową podbarwione, to też komedie z tego wychodzą). Tak czy siak zacząłem czytać jak to 76 lat temu RAF odniósł zwycięstwo nad Luftwaffe, a warto pamiętać, że było to pierwsze liczące się zwycięstwo nad nazistami.
Brytyjski dziennik przypomina, że w tej bitwie brało udział 574 zagranicznych pilotów obok 2353 pilotów brytyjskich. Liczebnie największą grupę stanowili piloci polscy, 141 pilotów, z których 29 poległo w tej bitwie. (Z małej Czechosłowacji było 86 pilotów, a Josef František zestrzelił 17 niemieckich maszyn, Witold Urbanowicz 15).

Muszę przyznać, że najbardziej zdumiał mnie Palestyńczyk. Ponieważ na diagramie narodowość oznaczono narodowymi flagami, więc pilotowi z Mandatu Palestyńskiego przypięto flagę palestyńską, chociaż Mandat Palestyński miał zupełnie inną flagę. Pilotowi, który jak się okazało po dalszych badaniach, urodził się w Hajfie i nazywał się George Goodman, przyklejono flagę ruchu palestyńskiego, który wyłonił się w połowie lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. (Palestyńscy Arabowie nie tylko nie walczyli z nazistami podczas drugiej wojny światowej, ale byli z nimi sprzymierzeni.)

Flaga Mandatu Palestyńskiego
Zabawny drobiazg bez znaczenia, gdyby nie stanowił kamyka w lawinie systematycznych pomyłek zmieniających historię. Takie konsekwentne przekłamania mogą prowadzić do tego, że za kilka lat, uczniowie przygotowując się do egzaminu z historii dowiedzą się, że polscy piloci walczyli ramię w ramię z pilotami palestyńskimi przeciwko tym Żydom, niemieckim nazistom.
Historia jest ważna, ale obok faktów z rodzimej i światowej historii może warto by było, żeby uczniowie mieli w literaturze (chociażby nadobowiązkowej) Córkę czasu Josephine Tey, cudowny kryminał, który lepiej niż niejedna rozprawa naukowa pokazuje, dlaczego historia należy do nauk nieścisłych. Można dzieciakom uczciwie powiedzieć, że czyta się ten kryminał jak Harrego Pottera…
Cholera, nie miałem tego Harrego Pottera wspominać, bo teraz to pani Zalewska pewnie nie posłucha mojej rady, żeby raczej zwiększyć nacisk na nauki ścisłe, aniżeli egzaminować z poziomu opanowania nieścisłości.
Andrzej Koraszewski


Nie bardzo rozumiem, dlaczego Jezus miałby być Palestyńczykiem, czy Żydem, podczas gdy Jego Matka była Polką. A tak na „poważnie”, to koniecznie trzeba wprowadzić fizykę kwantową do szkół. Według jej zasad kot (np., Schroedingera) może byc jednocześnie żywy i martwy, a Jezus mógłby być Palestyńczykiem i Polakiem, oczywiście do momentu dekoherencji, czyli kolapsu funkcji falowej Jezusa :-).
Gdyby posługiwać się zbieżną w czasie nomenklaturą z zakresu geografii politycznej, Jezus byłby Syryjczykiem, ale czy to wypada? Już babcia śp. M. Wańkowicza dowiodła, że Matka Boska była Polką i to szlachcianką!
Za PRL nauka historii odbywała się niejako dwoma torami. Jeden w szkole, drugi w domu. Co prawda niejaki Duda stwierdził ostatnio, że o 17 września dowiedzieliśmy się dzięki Lechowi Kaczyńskiemu, ale zapewniam, że wiedziałem o tym wcześniej i nawet nauczyciel w szkole zaczepiony o to nie udawał, że nie wie.
Dziś jestem pesymistą, to się może nie powtórzyć i uczniowi pozostanie w głowie tylko to co mu tam zaaplikują ci bolszewiccy dywersanci.
Podobnie moi rodzice byli strażnikami (wobec swego syna) pamięci o Katyniu i o walce o Wilno, a nie ten konus Kaczyński. Mamy powrót do PRL-u i w tej materii: pamięć rodzinna i pamięć państwowa.
Nie wiem, jak wygląda szkolnictwo podstawowe i średnie w Arabii Saudyjskiej — ale wyższe uczelnie mają świetne, na przykład, naszą. W kursie, którego uczyłem wiosną (w USA na uniwersytetach sie „uczy”, a nie „wykłada”, jak u nas w Polsce) miałem 40 studentów z Arabii i jeszcze 11-tu z „krajów Zatoki” na 115 wszystkich. Szejkowie doceniają nauki ścisłe i technologiczne. Na przykład, Arabia Saudyjska chce rozbudowywać energetykę jadrową i „odnawialną”. Kiedy ja studentów stamtąd pytam, po co, skoro mają tyle ropy — to oni odpowiadają, że ropę lepiej sprzedawać, niż ją spalać (ja to sam wiem, nie musze ich pytać — a pytam tylko po to, by sprawdzić, czy oni to wiedzą). Aha, jeszcze jedna ciekawostka — oni wszyscy sa „o niebo lepsi” niz moi studenci-tubylcy (no, w sensie statystycznym, przynajmniej). Mają bardzo dobry „podkład” z matematyki i nauk ścisłych, czyli szkoły u nich chyba nie są aż takie złe? Przy czym, mój uniwerek to nie żaden Harvard, tylko stanowy, my musimy kształcić wszystkich młodych ludzi z naszego stanu, którzy poczują chęć na uzyskanie wyższego wykształcenia — a ta chęc nie zawsze idzie w parze ze zdolnosciami, niestety.
.
Podobno Minister Gowin chce ulepszać polskie wyższe uczelnie, tak, żeby wypadały lepiej w tych „rankingach”. Jedno, co on powinien może zrobić, to popatrzeć na skład „ciała pedagogicznego” w tych uczelniach, które są na czele tych list. Zobaczy, na przykład, że „ciało” w tych uczelniach składa się w znacznym procencie nie z „tubylców”. Te wiodące uczelnie sciągają członow „ciała” z całego świata, starając się znaleźć najlepszych. Tylko, że w Polsce ten numer nie przejdzie… Jeśli nawet jakiś wyróżniający sie naukowiec z zagranicznego kraju zgodzi się zatrudnić w takim „uniwersytecie Gowina” za płacę, którą tenże Gowin mu zaproponuje, to i tak nie da go się najprawdopodobniej zatrudnić, bo ten wyrózniający sie naukowiec nie bedzie miał habilitacji…. Żadnego Amerykanina nie uda sie ztrudnić, bo w USA nie ma czegoś takiego, jak habilitacja (niektórzy w Polsce myślą, że w USA tzw. „tenure” to coś analogicznego do polskiej habilitacji — a to guzik prawda, „tenure” to coś całkiem innego).
Coś mi Pana zachwyt dla saudyjskich szkół przypomina pielęgniarkę w londyńskim szpitalu. Ta pani była żoną byłego ministra z Trynidadu, który po odstawce znalazł się w Londynie. Stwierdziła stanowczo, że jej dzieci chodziły w Trynidadzie do lepszej szkoły. Domyślałem się, że to mogło być prawdą. Był taki dowcip o Gomułce: „Towarzysze, podnieśliśmy wydajność z jednego hektara, niestety, na pozostałych hektarach…”
Bardzo możliwe, że ci moi studenci również i wcześniejszą edukację uzyskiwali nie w Arabii. Ponadto, oni panicznie boją się otrzymywania słabych stopni, bo płaci za nich państwo i jesli stopnie są słabe, to „żegnaj Ameryko witaj Rijadzie”, albo pewnie i „witaj jakaś pustynna dziuro”.
.
Jedno, co trzeba im przyznać — są mistrzami w oszukiwniu na egzaminach. Wykorzystują najnowsze technologie. W czerwcu przyłapałem sześciu, któzy sobie przesyłali wzajemnie fotografie odpowiedzi na pytania egzamionacyjne przy pomocy i-phonów. Nikogo nie złapalismy za rękę w trakcie, ale prace egzaminacyjne nie budziły wątpliwoiści. Te cwaniaki nie doceniły mojej pamięci wzrokowej. Doceniły natomiast moje dobre serce, bo nie doniosłem do władz zwierzchnich, tylko obniżyłem oceny (dzieląc liczbę punktów za daną odpowiedź przez 6). Za takie numery na naszym uniwerku student może sie narazić na znaczne przykrości.
Cwaniactwo to osobna sprawa, model oświaty saudyjskiej jest nastawiony na lojalność wobec króla i religijność. to przynosi efekty. Znaczna część kadry oficerskiej kształci się w Ameryce, ale na poziomie szkoły średniej Saudyjczycy nie mogą się zapisywać do amerykańskiej szkoły w Rijadzie. Walka o czystość duszy jest bezwzględna. Moje przywołanie Trynidadu było o tyle niefortunne, że w niesłychanie zamożnej Arabii Saudyjskiej tych elitarnych szkół jest dużo, a model religijno-propaństwowy jest połączony z rzetelną edukacja w niektórych dziedzinach. To trochę tak jak z oświatą radziecką – była nastawiona na indoktrynację, ale w elitarnych szkołach mogła wykształcić znakomitych fizyków atomowych, inżynierów i innych specjalistów. Podobnie jest dziś w Iranie.
Żeby jeszcze w narodowych mediach pozwalali nam dyskutować o meandrach nauk nieścisłych jak historia, filozofia, socjologia czy, nie przemierzając, katecheza (wolałbym napisać religia, ale u nas takiej się nie uczy). Jak na razie pozostaje konieczność wysłuchiwania monologów rządzących, którym debata jedno dobre samopoczucie psuje, więc prewencyjnie z niej rezygnują. Podobnie zresztą jak i autorzy coraz bardziej monologicznych książek 9bo i im dialog humory i rzeczone dobre samopoczucie mógłby popsuć). No więc piszą i piszą książki coraz grubsze i coraz głupsze.