Ostatnią debatę między kandydatami na urząd prezydenta USA mamy za sobą. Niestety nie debatuje mój kandydat Bernie Sanders, który odpadł w przedbiegach. Pisałem już o nim na łamach SO przy okazji jego spotkania z papieżem Franciszkiem w Watykanie. Szkoda tym większa, że kolejna debata pomiędzy Donaldem Trumpem i Hillary Clinton koncentruje się na sprawach osobistych, a więc drugorzędnych z punktu widzenia urzędu, o który oboje się ubiegają.
Wbrew nadziejom Polonii Amerykańskiej wydaje się, że wygrana Hillary Clinton jest przesądzona. Mnie akurat to cieszy czego zapewne nie muszę tłumaczyć, bo jest to oczywista oczywistość.
Natomiast zastanawiający jest upór zwolenników Trumpa i to nawet wbrew rosnącej liczbie samych republikanów, dla których ta kandydatura stanowi coraz większe źródło zakłopotania. Przy okazji spotkania ze znajomym profesorem historii z Berkeley rozmawialiśmy oczywiście o żenującej kampanii. Do jej w istocie żenujących epizodów doszedł ostatnio — urągający najświętszej tradycji amerykańskiej — znak zapytania: czy jeden z kandydatów uzna wynik wyborów (zaakceptuję wynik wyborów jeśli zwyciężę – skąd my to znamy?). Być może był to gwóźdź do trumny (gdyby jeszcze takich Trump potrzebował).
Ale wracając co rozmowy z przyjacielem. Otóż jego zdaniem, popartym tzw. obserwacją uczestniczącą własnej rodziny, najpoważniejszą grupą popierającą Donalda Trumpa są niewykształceni biali mężczyźni. Przyznam, że mnie zaciekawiła ta diagnoza, bo wiele tłumaczy. Przede wszystkim zupełnie absurdalny sukces tej równie absurdalnej kandydatury, której jedynym stałym elementem jest brak jakichkolwiek przekonań, osobliwa duma z własnej ignorancji i niezrównana zdolność obrażania dosłownie wszystkich. Krótko mówiąc to kwintesencja chama. Niektórzy porównują jego karierę polityczną z karierą Pawła Kukiza w Polsce. Na pewno obaj są antysystemowi i obaj nie mają spójnego programu.
Czyżby w tej osobowości odnajdywała się jedna z najliczniejszych grup emigracyjnych w USA czyli Polonia? Jeśli wierzyć statystykom, to Amerykanów Polskiego pochodzenia jest ok. 10 milionów. Nie chce mi się wierzyć by oni wszyscy chcieli głosować na Trumpa. Prawdopodobnie wrażenie, że tak jest, ma związek z tym, że największe skupiska Polonii grupują właśnie ludzi najsłabiej wykształconych — natomiast Polscy, którzy zrobili w USA kariery polityczne, akademickie bądź biznesowe są rozproszeni w różnych stanach i z pewnością zagłosują na Hilary Clinton.
Co ciekawe, coraz więcej katolików wyraża swój dystans wobec kandydatury republikanów powołując się na papieża Franciszka, który skrytykował stosunek Trumpa do emigrantów. Niestety akurat ten papież nie cieszy się zbyt wielką popularnością wśród Polonii, więc pewnie jego głos nie przeważy ich głosów.
Pozostaje czekanie na wynik do 9 listopada.



Ale to może oznaczać, że narasta coś na co „cywilizowani” politycy nie zwrócili uwagi.
Przestrzegałbym przed zbyt łatwymi odpowiedziami na tę zagadkę widoczną, jak się okazuje, nie tylko u nas.
Pan Profesor na pewno wsadził kij w polonijne (amerykańskie) środowisko. Miejmy tylko nadzieję, że amerykańska Polonia nie czyta SO (no chyba, że „Radio M.” doniesie to do polonijnych uszu). Żyjąc w USA od blisko 30 lat muszę przyznać, że trzeba bardzo jasno rozgraniczyć tzw. Polonię od Polaków żyjących w Stanach – szczególnie mam tu na myśli to młodsze, bardzo dobrze wykształcone pokolenie. Ta druga grupa najczęściej nie identyfikuje się z Polonią, ich organizacjami oraz ich „patriotyzmem,” który najczęściej przypomina obraz z zajazdu „Pana Tadeusza” (wiele „patriotycznego” krzyku, szabelki w dłoń i… na kury; oczywiście wszystko to sowicie zakrapiane odpowiednimi trunkami). Historycznie rzecz ujmując, to Polonia amerykańska zawsze była głównie zarobkowa („za chlebem”) i wywodziła się raczej z tych niższych sfer. Kulutra polska raczej osiedlała się nad Sekwaną lub Tamizą. Zatem język Trupa czy Macierewicza jest im znakomicie bliski. Ich nie przeraża chamstwo obu tych panów, bo taki język znali od dziecka. Podobnie emigracja powojenna: gdy większość polskich żolnierzy walczących bohatersko na Zachodzie nie miała do czego wracać, gdyż popocztamskie porządki pozbawiły ich ich zaburzańskiej ojczyzny (kadra oficerska pozostawała raczej w Europie Zachodniej). Prosty żołnierz wywodził się przecież z tych to „Zywią i Bronią.” Następna fala, tzw. stanu wojennego (lub posolidarnościowa) również nie grzeszyła wysokim polotem. Chociaż na pewno znacznie lepiej wykształceni, często – nie umiejąc się odnaleźć w nowej rzeczywistości – przywozili ze sobą polskie zakompleksienie i zaściankowość (i stąd znakomita płaszczyna komunikacyjna z Kaczyńskim! – chociaż sam Władca do Ameryki raczej nie lata…). Ta Polonia, aby leczyć swoje kompleksy, kisła najczęściej w typowych polonijnych środowiskach chicagowskiego Jackowa, Władysławowa, Trójcowa czy detroickiego Hamtramck. Wszystko obracało się wokół polskich parafii, sklepów oraz barów. Dzięki Bogu, te „centra polonijne” umierają naturalną śmiercią pozostawiając polonijnych „patriotów” w jeszcze większym zakompleksieniu. I na taki podatny grunt padają słowa chama Trumpa, cynika Macierewicza czy niudacznika Kaczyńskiego. Na szczęście wyrasta nowe pokolenia Polaków żyjących w Stanach, którzy dalecy są od tej „tradycyjnej Polonii.” Polonijna zaściankowość, ksenofobia, antysemityzm i wyjątkowy bezrefleksyjny pseudo-patriotyzm razi na potęgę wszystkich zdrowo myślących, tj. tych, którzy przybyli tu by oddychać pełną piersią wolności i korzystać z możliwości, jakie ten kraj stawia przed emigrantami.
@ Mieczyslaw Oniskiewicz. Bardzo ciekawy komentarz. dziękuję. W związku z tym mam pytanie. Jak to jest z innymi nacjami przybywającymi do USA na przestrzeni kilkuset lat? Ludzie z Ameryki Południowej, Meksykanie, Irlandczycy, Włosi, Chińczycy itd., pomijając Anglosasów. Czy była to emigracja zarobkowa, za chlebem? Czy byli to ludzie wykształceni, czy też, jak Polacy, prości i nieuczeni? Jak oni, czy ich potomkowie, reagują na Trumpa? Podobnie jak Polonia? Czy w przypadku tych nacji da się rozróżnić, np. Meksykanów i „Meksykanię” (to nieudany twór językowy stworzony ad hoc na wzór Polonii, wiemy o co chodzi)? Czy jest to tylko polska przypadłość? Czy Trump przemawia po prostu do wszystkich zakompleksionych i prostych bez względu na nację czy tylko do zakompleksionych i prostych Polaków?
Zawsze trudno ogólnikować, ale można rzec, że Amerka zawsze była krajem-celem dla poprawy warunków ekonomicznych. I to dotyczy chyba wszystkich nacji. Oczywiście pominąć tutaj trzeba różnego rodzaju uchodźców uciekających przed wojnami czy prześladowaniami – chociaż i w tej sytuacji poprawa bytu ekonomicznego, chociaż jako „produkt uboczny,” miała również swój dominujący wpływ. Z grup, które Pan wymienia, akurat Meksykanie stanowią specyficzną grupę ze względu na sąsiedztwo (podobnie jak trudno np. mówić o Polonii niemieckiej, litewskiej czy ukrańskiej). Po prostu są to Meksykanie mieszkający w USA. Dodatkowo, ze względu na bardzo dużą liczbę tejże grupy, często całe miasta (szczególnie wzdłuż granicy) są niemal w 100 % meksykańskie.
Irladczycy, choć religijnie bardzo podobni do Polaków, bardzo łatwo wrośli w „angielskość” Ameryki ze względu na język i bliski (choć niechciany) kontakt historyczny w Wielką Brytanią.
Chińczycy to dość odmienna grupa, gdyż od początku marginalizowana i nawet prześladowana przez prawo imigracyjne (np. przez wiele lat obowiązywało prawo absolutnego zakazu wjazdy a później zdobycia stałego pobytu tylko ze względu na tę przynależność narodowościową!). Zatem od początku grupa ta zamykana była w swoistych gettach – co w sumie przetrwało do dzisiaj. Chińczycy czy rówież Japończycy bardzo niechętnie integrują się w społeczność amerykańską, w przeciwieństwie do Koreańczyków. Najbardziej zbliżoną do Polaków nacją imigracyjną będą chyba Włosi, którzy byli bardzo podobnie traktowani i izolowani kulturowo i religijnie w USA. Obie te grupy zamykały się w swoich gettach religijno-językowo-kulinarnych. Utrwaleniu tejże „gettynizacij” pomogly również wymagania Kościoła katolickiego zobowiązujące wszystkie parafie do zakładania obowiązkowych przyparafialnych szkół. Pomogło to w kultywowaniu języka (np. w pierwszej polskiej parafii w Panna Maria, TX – zachowano język polski do piątego pokolenia! – do dziś można spotkać tam ludzi mówiących ślakim narzeczem z 1854 roku). Konsekwncją tego była poblęgiona separacja od głównego nurtu amerykańskiego. Oczywiście narody, które nie podlegały katolickim wymogom posyłania swoich pociech do szkół parafialnych, edukowały się w publicznych szkołach. A zatem szybciej ulegały „amerykanizacji”. I znowu: Irlandczycy byli tu wyjątkiem ze względu na język, gdyż – nawet edukowani w katolickich, przyparafialnych szkołach – prowadzili nauczanie w języku angielskim, i stąd również wyjątkowe „karierowiczostwo” irlandzkiego kleru, które zdominowało biskupie stołki w USA.
Do dzisiaj obie grupy: ta polska i włoska, inaczej radzą sobie ze swoim imigracyjnym kompleksem. Włosi dość szybko weszli dość aktywnie w nurt amerykański – może przez to, że w samej Europie owa nacja weszła bardzo sprawnie w główny nurt decyzyjny tego kontynentu.
A Polonia (specjalnie używam tutaj tego terminu by odróżnić od Polaków nie pozwalających zamykać się w tych narodowych gettach) ulegała i nadal ulega pseudo-patriotycznym nastrojom, np. nieznajomość języka angielskiego traktowana jest jako przejaw patriotyzmu (chociaż najczęściej utrwalany ich polski język daleki jest od mickiewiczowskiego; najczęściej jest to bardzo trudna do zrozumienia „makaronizacja” – jeśli ktoś nie zna angielskiego i polskiego, bardzo trudna do zrozumienia). Amerykanie przedstawiani są w tych środowiskach jako „przygłupy.” Obnoszenie się z taka polskością jest oczywiste. Wszelkie niezrozumienia czy problem odbierane są jako „ataki na Naród Polski” (często z domieszką antykatolicyzmu). Wszystko to, jak wspomniałem uprzednio, skoncentrowane jest wokół polskich parafii, które skrzętnie podtrzymują tęże „gettowsko-prześladowaną” atmosferę. Dzieci urodzone już tutaj nadal kształci się na (zamkniętych w gettach) „patriotów,” którzy ze strony swych amerykańskich sąsiadów nie powinni spodziewać się niczego dobrego. Nie dziwi zatem, że gdy przyjedzie taki pan Macierewicz i mówi o zamachach, prześladowaniach, wyzwoleniu z niewoli (najpierw moskiewskiej teraz brukselskiej), powstawaniu z kolan itd. itd. – to jest to niezwykle podatny grunt dla jego paranoicznych wypowiedzi.
Pan napisał:
” Żyjąc w USA od blisko 30 lat muszę przyznać, że trzeba bardzo jasno rozgraniczyć tzw. Polonię od Polaków żyjących w Stanach – szczególnie mam tu na myśli to młodsze, bardzo dobrze wykształcone pokolenie. Ta druga grupa najczęściej nie identyfikuje się z Polonią,….”
.
Zakrzyknę: „z ust mi Pan to wyjął”! Sam chcialem to właśnie napisać. W USA mieszkam nawet trochę dłużej od Pana, bo 34 lata. Ale niech ktoś spróbuje mnie nazywać „Polonią” czy „Polonusem” — ja sie bardzo wtedy gniewam.
.
Co do preferencji amerykańskiej publiki. Otóz ja, ponieważ już stałem sie „pół-emerytem” — to znaczy, przekroczywszy wiek 70lat, musiałem już, jak prawo każe, zacząc pobierać emeryturę z Social Security — uznałem, że koniecznie muszę, jak przystoi przyzwoitemu emerytowi w Oregonie, zacząć sie rozbijać po okolicy motocyklem i to najlepiej jak najcięższym. Akurast mi się trafił odpowiedni, taki „klon Harleya” z Kawasaki. Korzystając z pięknego lata, zacząlem sie rozbijac po okolicznych „country road” — jest tego sporo, są motocyklowe trasy widokowo bardzo atrakcyjne. No i, zagłebiając sie w „interior”, czytałem sobie te „election signs”, które ludzie sobie stawiają przed domem. Wyraźnie było widać jedną tendencję: im wiekszy interior, tym wiecej ludzi miało te szyldy „Trump – Pence” powbijane w trawniki. Ale w samym moim mieście (ha ha! wielkie mi miasto, 50 tysiecy miszkańców — jak w tej starej żydowskiej anegdocie), dośc typowym amerykańskim miasteczku uniwersyteckim (w sezonie to do tych 50 tysięcy stałych mieszkańców dochodzi 20 tysięcy studentów) te same szyldy są w wybitnej mniejszości.
.
W Oregonie zresztą jest bardzo wyraźny podział: na zachód od rzeki Willamette (płynacej z południa na północ) silna przewaga Demokratów, na wschód — wręcz „forteca GOP”. Ale tych Oregonian po wschodniej stronie rzeki jest dużo mniej, w rezultacie czego stan jako całość pozostaje tradycyjnie demokratyczny.
Jakkolwiek to prawda, że Polonia amerykańska jest w swojej większości chyba istotnie słabiej wykształcona, niż na przykład polska emigracja osiadła w Wielkiej Brytanii, przestrzegałbym przed lekceważącym machnięciem ręki na ludzi w większości ciężko pracujących i budujących swoje życie w społeczeństwie o dość mocno zdefiniowanej strukturze warstwowej, a co za tym idzie dość hermetycznym wobec naturalnie obecnych w takim środowisku aspiracji awansu społecznego. Oczywiście, że jest w Stanach różna Polonia lecz jeśli uogólniając nie wychodziłbym ponad tezę, że w swojej większości była ona zwykle pro republikańska. Kłopoty jakie ma partia republikańska ze swoim obecnym kandydatem zapewne doprowadzą i w tym środowisku do większej absencji wyborczej. Nawet pobieżna analiza poparcia kandydatury Donalda Trumpa wskazuje na postępujące rozwarstwienie postaw w amerykańskim społeczeństwie a także w dużym stopniu na braku autorytetów. Paradoks tej kandydatury polega sądzę na tym, że jakkolwiek byłaby nie akceptowalna ze względu na przymioty kandydata, jego haslo „uczynimy Amerykę znowu wspaniałą” znajduje odbicie w rosnącym niezadowoleniu w całkiem sporej części społeczeństwa, co zresztą było wyraźnie widać także po stronie zwolenników partii demokratycznej, w tym wielu młodych ludzi, wybierających Bernie Sandersa wobec Hilary Clinton. W sukurs może przyjść tu książka Josepha Stiglitza, ekonomisty z uniwersytetu Columbia, pt. „Cena nierówności, w jaki sposób dzisiejsze podziały społeczne zagrażają naszej przyszłości” (wydana nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej, Warszawa 2015, którą polecam), można dyskutować z ostrością zdania autora lecz na pewno nie z jego inteligencją – wiele jest na rzeczy. Trump zaś, jakkolwiek w sobie specyficzny sposób, pokazuje palcem na wiele przekonywujących amerykańskich historii: deficyt budżetowy i jego skutki w amerykańskim systemie kapitałowym, zmniejszające się perspektywy awansu społecznego, koszty amerykańskiego interwencjonizmu militarnego na świecie, błędy amerykańskiej polityki zagranicznej, wypowiedziane jest to wszystko prosto, nawet językiem który wielu odrzuci, jednak problemy istnieją i wiele z nich czuje na własnej skórze wielu Amerykanów zresztą nie tylko na niższych szczebelkach społecznej drabiny ale i klasy średniej, i bynajmniej nie ze względu na to, że czegoś tu nie rozumieją. W niedawno emitowanym przez BBC reportażu z jednej z fabryk w Ohio w zasadzie przeważało zdanie: jest jaki jest, ale przynajmniej nazywa rzeczy po imieniu, zaś na pytanie czy będziesz na niego głosował padała z reguły odpowiedź: nie wiem.
Panie Profesorze, od stu lat wali do Stanów niewykształcona polska bieda ze Ściany Wschodniej. Wyjątkiem były lata powojenne, gdy polscy „Kolumbowie”, polska inteligencja zasiliła spory nurt polskiej emigracji. Stąd prof. Brzeziński czy założyciel nowojorskiego „Nowego Dziennika” nieżyjący już Red. Bolesław Wierzbiański. Jest tu sporo polskiej inteligencji, starej przed i powojennej, po Marcu 68 roku oraz tej solidarnościowej. Do tego od ćwierć wieku dołącza najnowsza polska inteligencja, wtopiona w amerykański główny nurt życia i pracy. Niestety to jie polska inteligencja zasiedla, jak Pan zauważył te polskie skupiska. Tam można niestety spotkać wśród ciężko pracujących legalnych i nielegalnych polskich imigrantów typowych polskich pijaczków toczących odziennie bój z ulicznymi krawężnikami i te straszne ordynarne polskie przerywniki zastępujące w słowotoku znaki interpunkcji. To niestety widać i słychać z daleka.
A generalnie jest to lud bogobojny i zachowawczy w swojej grupie, stąd to żelazny elektorat PiSowski. A także zwolennicy Trumpa. To ludzie mało otwarci na Amerykę, demokrację czy tolerancję. Czytający jedynie polską prasę z Super Ekspresem na czele i oglądający jedynie polską telewizję…
Jak widać, nie tylko w Polsce wyborcy muszą zdecydować czy oddać głos na fatalnego kandydata czy na lepszego, który prawdopodobnie nie będzie dobrym prezydentem. Zdumiewające że Trump zdobył tyle głosów poparcia że pozwoliły mu dobić się kandydatury. „Suweren” wszędzie jest podobny, wiedzę ma słabiutką, myślenie nie jest mu specjalnie potrzebne. Wystarczy że kandydat z przekonaniem coś głosi a już wielu oddałoby na niego głos. „Jest źle, a ja sprawię że będzie dobrze”.
Gdyby Pan Bóg słuchał głosu rozsądku to by unieważnił dotychczasową kampanię i wyznaczył innych kandydatów.
Alleluja! Radujcie sie Polacy z prawdopodobnej wygranej Hillary.
Wspaniała kobieta o wszystko zadba.
http://prokapitalizm.pl/seks-narkotyki-i-morderstwa-historia-hillary-i-billa-clintonow.html
Mówiąc poważnie, to raczej wiadomo czego można spodziewać się po pani Clinton: prawdopodobnie będzie to kontynuacja polityki Obamy oraz jej męża z lat dziewięćdziesiatych (ostatecznie w politykę obu tych panów prazydentów była aktywnie zaangażowana). Po Trumpie zaś nie wiadomo czego się spodziewać (oprócz buty i arogancji, z którą sie nie kryje, a nawet jest z niej dumny). Oczywiście z perspektywy macierewiczowskiej mentalności można by się cieszyć, że ewentualnie bohaterski prezytent Trump odpali kilka pocisków atomowych w kierunku Iranu, Syrii czy wreszcie Chin i Rosji (gdy go pewnego dnia zdenerwują). Wtedy zaprezentowany powyżej obrazek – tylko, że ze zmnienioną twarzą – na pewno będzie odpowiedni za zaistniałych faktów. A radość Polaków, którzy popierają pana Trumpa, sięgnie wtedy eschatologicznego Alleluja!
@Mieczyslaw Oniskiewicz
Racja, jakby nie patrzeć to dla nas nie jest istotne kto będzie prezydentem imperium.
Tramp albo Killary , (jak pisze prasa amerykańska) dla mojego pięknego kraju nie ma znaczenia.
Atomówka ze wschodu czy z zachodu.. jaka różnica?
Będziemy bronić USA do ostatniego Polaka posiadając najlepszą armię na świecie.
Tradycja zobowiązuje, xa wolność….
W zamian otrzymamy amerykańską wdzięczność dozgonną i miejsce w Historii i Polish Day.
A może pomogą nam się odbudować po pożodze ? Wszak są bogaci.
Na filmiku historia Europy widać w jakim tempie pojawiają się państwa, kultury i znikają…
Czy ma to dla naszej jakiekolwiek znaczenie? Ktoś zawsze przetrwa i powstanie coś innego.
Zaliczyłem niezły kawałek czasu, ile się uda więcej?
Żal dzieciaków.. ale czy ktoś mnie żałował jak byłem dzieckiem?
Siedzę przed telewizorem i oglądam najpiękniejsze miejsca na ziemi, jest naprawdę pięknie….
Nie wdając się w głębsze dyskusje, myślę że dla nas (Polków) to jest bardzo ważne, kto będzie rządził USA: czy nieobliczalny, populistyczny Trump, czy żona byłego prezydenta, który wprowadził nas do NATO.
Gdybym miał obstawiać, to bym zaryzykował stwierdzenie, że wśród zwolenników Donalda jest 98% ludzi religijnych, a 98% ateistów głosuje na Hillary.
możliwe, tylko, że 98 % ateistów daje tam około 20% głosów (obrazek niżej, max.30 % włączając tzw. innych, latającego potwora Spagetti wymyślił przecież fizyk). Teraz się już pokręciło, dane z czerwca 2016 byłyby ciekawsze: 68% ateistów deklarowało się za Clinton, 26% za Trumpem, w czerwcu 2012 67% za Obamą, 23% za Romneyem.
Myślę, że religia akurat nie ma tu za dużo do powiedzenia (fundamentalism na pewno tak!). W USA większość ludzi uważa się za jakoś tam religijnych (i często dekalruje oficjalnie przynależność do jakiejś denominacji), włączając w to samych kandydatów do prezydenckiego fotela. Uproszczenie bowiem, że prawie wszyscy zwolennicy Trumpa to ludzie religijni (czytaj zatem: moralni), a Clinton to ateiści (czytaj: „bezbożniki” bez żadnej moralności….), nie najlepiej bowiem świadczyłoby o tej pierwszej grupie, i to zarówno co do ich intelektu jak i samej moralności.
@ Hazelhard,
Trzeba by jeszcze zdefiniować co to jest człowiek religijny. Czy religijny jest Franicszek, czy ksiądz Międlar lub ONRowiec kochający bliźniego geja iście chrześcijańską miłością?
@ Obirek,
Odnosze wrażenie, że dwie tendecnje się na siebie nakładają i przysparzają zwolenników Trumpom, Kukizom itp. I obie te tendencje mają te samo źródło. Poprawnośc polityczną i szacunek dla drugiego człowieka.
Kiedyś, z grubsza, było wiadomo, że jeden jest szlachta/bogacz/pan a drugi kmiot/dziad/robol.
Jeden był wykształcony i z definicji wiedział więcej i lepiej. Drugi był dumny z bycia hydraulikiem w trzecim pokoleniu i tym się zajmował, a sprawy wielkiej polityki zostawiał tym możnym spełniając tylko swój obowiązek podczas wyborów.
Bogaty miał głos, miał media. Biedny miał słuchać.
Ale w biednym zaczęto dostrzegać człowieka, dostrzegac potencjał, oddano mu głos. Zaczęto się liczyć z jego słowem. W mediach zaczął tak samo się pojawiać i jego głos był równie słyszalny. I przestał uważac, że są „lepsi” na tym świecie. Że głos możnych jest ważniejszy. Głos ludu stał się głosem równoprawny, został wpuszczony na salony. Tam starał się dorównać salonowym bywalcom.
Z drugiej strony tak samo zaczęto dostrzegać, że człowiekiem jest też obcokrajowiec, homoseksualista, niepełnosprawny, starszy, młodszy, a nawet (chociaż jeszcze nie wszędzie) kobieta.
Z jednej strony zniknął „pan”, ale zamiast poprawić samopoczucie masom pojawiło się zagubienie, bo zniknął autorytet, do którego mozna sie odwołać, skoro każdy głos jest równoprawny. Skoro równe prawa ma kultura wyższa i masowa, to po co aspirować? Jedynie pieniądze zaczęly się liczyć. A z drugiej strony, w ramach tego samego procesu, zniknął „underdog” – ktoś od kogo mozna było czuć się lepszym.
Zagubienie, brak hierarchii wartości (poza pieniądzem)i zrównanie w dół (skoro nie ma nikogo niżej) – to jest to, co pozwala glosowac na całym świecie na Trupmów, Sakrozych, Kukizów głosować za Brexitem. A także pędzi tego typu ludzi do kościoła, który wprawdzie ewengalii wogóle nie głosi, ale ma sztywną hierarchię i wskazuje, co dobre, a co złe.
@Wejszyc: pytał Pan Pana Oniskiewicza o postawy innych nacji w procesie wspólistnienia i asymilacji. Można genealizować, że w dużej mierze polskie skupiska przypominają te imigrantów włoskich czy latynoskich itp. Mniej zamożni i gorzej wykształceni imigranci trzymają się razem. Latynosi pewnie asymilują się nieco wolniej od Polaków czy Włochów. Jest to także efektem ich tymczasowości, często są to nielegalni, którzy kursują pomiędzy domem w Ameryce Łacińskiej i Stanami. Większy odsetek nielegalnych imigrantów, co oczywiste, bo przenikają z południa do Stanów. W skupiskach trzymają się oczywiście bardzo zwarci etnicznie Irlandczycy, zaczynający zwykle od budowlanki podobnie jak Polacy, a najbardziej zwarci etnicznie są Azjaci, tworzący w większych miastach etniczne getta, swoją malowniczością i handlem przyciągający miejscowych i turystów.
.
Ośmielę się stwierdzić, że Latynosi to sól ziemi czarnej Ameryki Północnej. Gdyby zamknąć szczelnie granice i zakazać zatrudniania nielegalnych Latynosów, padłoby amerykańskie rolnictwo i wszelkie drobne prywatne biznesy. Mam wiele podziwu dla tej grupy hiszpańsko-języcznych imigrantów. To nie tylko Meksykanie, są tu Portorykanie i wiele nacji przede wszystkim z Ameryki Centralnej. Są znacznie bardziej lojalni i solidarni wobec siebie od Polaków, choć mają te same problemy i kłócą się tak samo. Polaków przypominają religijnością i życiem w obrembie swoich rodzin. No i oczywiście uwielbiam meksykańską kuchnię. W domu często mamy mexican chicken soup, to rodzaj rosołu z kury z dodatkiem kolorowych słodkich i ostrych papryk i ziemniaków, a sam często sobie robię salsę!
i do tego wszystkiego, przy okazji świetnego strzyżenia trawników i reperacji używanych aut amerykanie pochodzenia hiszpańskiego i latynoskiego mieli w historii amerykańskiego kongresu 11 senatorów, 71 reprezentantów i 31 delegatów bez prawa głosu, należałoby mieć nadzieję, że lubią pierogies.
Pozwolę sobie przypomnieć, że moim kandydatem był Berni Sanders bo jego program społeczno-gospodarczy był najbardziej konsekwentną próba przezwyciężenia obecnego kryzysu, na który solidnie pracowali ostatni prezydenci (poczynając od Ronalda Reagana – prezydentura 1981-1989) a na Baraku Obamie kończąc. Hilary Clinton nie gwarantuje zakończenia kryzysu, dlatego nie jest moją kandydatką. Jednak nie tracę nadziei, że przekazanie przez Sandersa swoich zwolenników, choć dla wielu było gorszące, wpłynie na jej poglądy, a zwłaszcza na praktykę. Co do Donalda Trumpa, to już wystarczająco dużo analiz się pojawiło, które wskazują na niebezpieczne aspekty jego populizmu i nie ma potrzeby ich tu przypominać. Być może moja uwaga o braku wykształcenia zabrzmiała niezbyt elegancko. Jednak chciałem zwrócić uwagę na potrzebę refleksji i konieczność przewidywania. Akurat tak się składa, że wykształcenie w tym pomaga, choć nie jest warunkiem wystarczającym, jak wskazują różni intelektualiści (nie jest ich na szczęście wielu), którzy popierają Trumpa.
Popieranie populistów przez tzw. intelektualistów jest czystym wyrazem koniunkuralizmu albo pseudo-inteligencji. Iluż to, zdawałoby się, dość dobrze wyekuwoanych ludzi nie widzi np. żadnego zagrożenia w obecnych poczynaniach obecnego polskiego rządu. Przecież trudno się spodziewać, że np. pan Gliński czy jeszcze bardziej pan Gowin, tak faktycznie myślą to co mówią, gdyby nie fakt, że im się za bardzo stołki do pewnej części ciala poprzyklejały, co potwierdza tylko starą prawdę, że to d… rządzi światem.
@Autor: Berni Sanders to sumienie amerykańskiej polityki, niestety nie miał żadnych szans na wybór na prezydenta. To reprezentant amerykańskiej oświeconej młodzieży i nauczycieli akademickich. Bardzo ważne, że jego głos się liczył w wyborczej dyskusji, że zdążył poruszyć, zdefiniować i nagłośnić wszystkie palące problemy na temat zaniedbań w edukacji, służbie zdrowia, systemu opodatkowania, który nie wspiera ani klasy średniej ani najuboższych itp. To wszystko procentuje i wskazuje na dalekosiężny tręd w jakim kierunku będzie szła amerykańska polityka w przyszłości.
.
Ja też mam nadzieję, że pani Clinton w swojej prezydenturze będzie czerpać w swoim programie z idei Berni Sandersa. W sumie żałuję, że Berni nie znalazł się u jej boku jako kandydat na v-ce prezydenta. Wybrała bardzo pospolitego i mało wyrazistego partnera…
.
Powtarzam, jak zaznaczyłem na początku, w dzisiejszej Ameryce Berni Sanders byłby nie do zaakceptowania jako prezydent orzez większość amerykańskiego społeczeństwa, czy nam się to podoba czy nie. To zbyt radykala postać i mógłby spowodować więcej szkód dzisiaj niż pożytku. O Trumpie szkoda słów. Głupiec i bufon, nawet bogaty, pozostanie głupcem i bufonem. I jest dla mnie tajemnicą, dlaczego wśród niezłych paru kandydatów w wyścigu prezydenckim wśród Republikanów wybrano najgłośniejszego ale też najgłupszego z nich…
Ameryka nie jest jeszcze gotowa na socjalistycznego prezydenta. Ja, majac to na uwadze, w prawyborach w naszym stanie głosowałem na Hillary, choć do Berniego mam moc sympatii i uznania. Przy czym w naszym stanie prawybory wygrał akurat Bernie.
.
Czasem trzeba poprzeć kandydata, którego się „mniej lubi”, ale takiego, który ma realne szanse wygrania z jakimś ponurym indywiduum. W roku 2000 niemal 3 miliony wyborców amerykańskich zagłosowała na niejakiego Ralpha Nadera, bo Al Gore był dla nich „za mało lewicowy” i na dodatek, z racji swojego viceprezydentowania u Billa Clintona, był przez tych ludzi odbierany jako „członek establishmentu”. No i ci ludzie, paradoksalnie, dali w prezencie zwycięstwo G. W. Bushowi, z wiadomymi skutkami.
.
Podobna sytuacja wydarzyła sie w Polsce rok temu, wyborcy, zmęczeni PO, głosoweali na melanż róznych partti — które przez to łacznie dostały mniej mandatów w Sejmie, niż PiS, choc na ten „melanż” w sumie padło więcej głsów, niz na PiS.
słabo się znam na amerykańskiej polityce, ale przekonuje mnie zdanie jednego z komentatorów CNNu, że na problemy Waszyngtonu potrzebny jest przede wszystkim autorytet, sądzę, że to także problem obecnych wyborów.
@PK: to prawda. Łatwiej dziś o populistów czy autorytarnych liderów niż o prawdziwe autorytety. Z tym jest zawsze kłopot. Im bardziej zapętla się spirala polityczno-ekonomiczna, tym łatwiej zdobywają władzę populiści i głupcy żądni władać silną ręką, co zdobywa poklask tłumów przynqjmniej na początku. Tak się stało z Wenezuelą, teraz z Filipinami, nie zapominając o Rosji, Białorusi, Węgrach i wielu innych rządów satrapów z Kaczyńskim włącznie. Na tym tle pani Clinton nie wypada najgorzej. Na pewno nie ma całkiem czystych rąk, ale w historii Stanów może to być jeden z najbardziej doświadczonych polityków kandydujących jako pierwsza kobieta w historii na stanowisko prezydenta USA.
W obozie Republikanów podobał mi się Jeb Bush i Kasich. Reszta to karierowicze a wygrał najgorszy z możliwych kandydatów, Trump. Jeb Bush jak sam stwierdził, startował, bo chciała tego jego rodzina. Na pewno byłby lepszym prezydentem od swego ojca czy brata, ale zdaje sobie sprawę z obciążeń pozostałych po tym drugim. A Kasich nie miał w sobie potrzebnej charyzmy aby się przebić. Ten polityk z polskimi korzeniami miał dla mnie wiele rozsądku i bardzo duży dystans do tego, co sobą reprezentują dziś amerykańscy Republikanie. Szkoda. Bo Trump tylko dołoży swoją bombastyczną kandydaturą do wielkiego lania jakie czeka Republikanów w nadchodzących wyborach parlamentarnych.
ostatnio slyszalam bardzo ciekawa analize w mediach polskich pana Lewickiego, z Studiow Amerykanskich, jesli sie nie myle, kolegi pana profesora Obirka, ktora bardzo powiela sie z parsa francuska i opinia moich znajomych amerykanow zamieszkalych w Paryzu. Po pierwsze, obydwaj kandydaci na prezydenta USA sa niskiego lotu, co zaskakujace w tak wielkim kraju, o swietnej tradycji demokratycznej dwie miernoty ubiegaja sie o najwyszy urzad panstwowy. Clinton, to znakomity urzednik, biegala w roznych gierakch, ale nie ma wizji ni wielkosc, ponadto reprezentuje ten stary etablishment jej meza, ktory odbija sie czkawka wsrod wyksztalconych amerykanow. Mozna chyba ja porownac do aktualnej PO, do Schetyny- na bezrybiu i rak jest dobry 🙂 Zreszta wiele intelektualistow demokratycznych krytykowalo kandydature Clinton publicznie. Trump, zachcianka miliardera aby zostac prezydentem, i nagle sie wystraszyl ze jest to zajecie strasznie nudne, siedzenie w gabinecie i czytanie roznych raportow, technicznych, wojskowych, z karju, ze swiata.. wysluchiwanie expertow, przegladanie analiz… uf! a mialobyc wesolo i na luzie. Dlatego, niereaguje na wpadki, a raczej jescze je poglebia. Moze przyhamowuje, aby Kongres niepadl w rece demokratow. Sanders, to byl kandydat na miare czasu, ale partia demoktaryczna rekami Clinton wszytko robila aby go zbic z tropu, ze stolka. I powtarzam za Lewickim, gdyby Sanders wygral wybory demokratow, nie byloby tego cyrku z Trumpem. Ale problem pozostaje, i to powiekszony. Nie wydaje sie, aby Clinton mogla, potrafila zazegnac ten kryzys spoleczny, bo nie mozna zostawic wyborcow trumpa na samowypasienie. Bo wowczas powroca z podwojona sila przy nastepnych wyborach.
@Małpa z Paryża, cytuję: „Po pierwsze, obydwaj kandydaci na prezydenta USA sa niskiego lotu, co zaskakujace w tak wielkim kraju, o swietnej tradycji demokratycznej dwie miernoty ubiegaja sie o najwyszy urzad panstwowy. Clinton, to znakomity urzednik, biegla w roznych gierakch, ale nie ma wizji ni wielkosc, ponadto reprezentuje ten stary etablishment jej meza, ktory odbija sie czkawka wsrod wyksztalconych amerykanow. ”
Zgodzę się że Trump to miernota. Jednak dziwi mnie że Pani jako kobieta deprecjonuje kandydaturę Hilary Clinton. I na dodatek wymawia jej brak wizji! To bardzo silna osobowość o poglądach wcale nie tak odległych od idealisty Berniego Sandersa. Wydaje mi się, że idzie Pani bezkrytycznie za owczym pędem wszelkich doradców, którzy chcieliby usadzić politykę amerykańską na modłę swojego widzimisię. Intelektualiści i akademicy amerykańscy są bardzo lewicowi. Jak Berni Sanders lub nawet bardziej. To bardzo dobrze. Bo nie wierzą w cuda i stąpają twardo po ziemi widząc nadchodzące zagrożenia polityczne, ekonomiczne czy przyrodnicze (np ocieplenie klimatu). Czy na prawdę wierzy Pani, że idealista Berni Sanders zapewniłby Stanom dobrobyt i harmonijny rozwój wprowadzając swoje słuszne w istocie idee w czyn? Jemu się śni prawdziwa socjalistyczna rewolucja. Kogo na to stać?
panie Andrzeju, czy jako kobieta musze slepo popierac kazda kobiete? przeciez sa kobiety madre, inteligetne a tak samo mamy karierowiczki, cynicznki etc pod tym wzgledem nie roznimy sie od mezszczyzn! 🙂
moja opinia o Clinton, zostala wyrobiona po przez przeczytanie kilku artkulow w Le Monde, i musze przyznac ze bylam bardzo zdziwiona, co pozwolilo mi spojrzec na nia innym okiem. Po drugie dyskucje jakie tocza moi zanjomi amerykanie ( przewaznie sa to byli profesorowie) potwierdza ze Hilary Clinton nie jest dobrym kandydatem na prezydenta USA. Nie napislam ze sanders bylby swietnym prezydentem, tylko ze tak wielki kraj nie mogl wystawic dobrego konia do wyscigu!
@Małpa s Paryża: warto patrzeć na stosunki Francji z USA z dystansem. Francja była wielkim beneficjantem powojennej pomocy ekonomicznej, którą udzieliły jej Stany. Ale zamiast się odwdzięczyć zaczęła podkładać nogę Ameryce gdzie się dało. Była uwikłana w interesy s Rosją. Nawet poczytny na całym świecie Le Monde (założony w 1944 r) został oskarżony kilkanaście lat temu o współpracę i reprezentowanie interesów rosyjskich (ściślej Le Monde był przedstawiony przez Mitrokhin Archive jako wtyczka KGB do szerzenia anty-amerykańskiej i pro-radzieckiej propagandy. To poważne oskarżenia. Stosunki USA z Francją pozostają złe od dekad, np Francja praktycznie nie sprzedaje swoich samochodów w Stanach, a w kulinariach dominuje tu kuchnia włoska a herb de provance zastąpił italian dressing…
.
To wszystko jest ważnym tłem do Pani wypowiedzi i do większego dystansu co się we Francji mówi o polityce amerykańskiej. Na pewno Trump byłby tam milej widziany, bo podobnie jak Francuscy politycy i biznesmeni flirtuje z Putinem. Kto wie, czy w nadchodzących wyborach prezydenckich we Frwncji nie zwycięży popularna Marine Le Pen, z finansowanego przez Rosjan Frontu Narodowego. Clinton będzie miała zawsze złą prasę we Francji, choćby z powodu bardzo negatywnego stosunku do rządów Putina. Ale dla mnie to bardziej zaleta niż wada.
czy przypadkiem Pan nie zajechal za daleko?
Francja nie lize d.. Ameryce tak jak moi rodacy, stara sie miec swoje zdanie i swoja polityke. artykuly jakie czytalam byly to przedruki z New Times i Washinston Post. I pwtarzam ze elita amerykanskla glosuje na Clinton tylko z rosadku a nie z milsoc do niej, bo zamaist wyprowdzic kraj z kryzysu pograzy go jescze bardziej, moze mniej skutecznei niz trump.
a co do Le Pen, to jest typowa pôlityka wszytkich rzadow od de Gaulle rozwarstwianie spoleczenstwa i prowadzenia ekonomi neoliberalnej.. mamy skutki na calym swiecie.
@Małpa z Paryża: jak powyżej, nawołuję do dystansu. Tak w Polsce jak we Francji czy w Stanach rozgrywającym jest pan Putin, jego ludzie, hordy troli i pożytecznych idiotów. Roaja nie ma nic do stracenia. Bezwolny naród wierzy w samodzierżawie zamiast własne siły, gospodarka się wqli a kraj usbrojony po zęby z żadnymi władzy aparatczykqmi jest stale zagrożeniem dla świqtowej demokracji. Clinton nie jest głupia, stąd jest na celowniku. Mnie jej kandydatura nie przeszkadza. Nie zaszkodzi Ameryce, nie powtórzy błędów Obamy. Może być niezłym prezydentem.
trole, oczywiscie , ze to jest wojna ” internetowa” bo kazde metody aby zadac cios przeciwnikowi sa dobre. Niestety homo sapiens to perfidne zwierze. Ale wzniesmy sie ponad ta wojenke i spojrzmy co przedwtawia pani Clinton. a bedzie ona prowadzila, kontynuowla ta sama retoryke ktora powoli doprowdza nas wszytkich w slepy zaulek. Rosja, jak pan swtierdza, ze jest to narod bezwolny, ale ma taka sile w sobie, ktorej zadne ine panstwo nie posiada , moze Chiny, ale nie Europa, ni USA. a wiec trzeba przatrzec z respektem na nich a nie walczyc z nimi.. bo przegramy. I tak juz jestemy na lini przegranej. bo kazda cywilizacja ma swoj koniec.