ECHA WYDARZEŃ: Stało się to, co stać się „nie miało prawa”! Piłkarze Legii zremisowali – 3:3 – z wielkim Realem, a mało brakowało, by w ogóle byli górą… Na tym m.in. polega urok sportu. Popsutego nadmiernymi pieniędzmi, zadopingowanego, podatnego na przeróżne kombinacje, ale wciąż z tyloma niewiadomymi, że adrenalina buzuje. Niemożliwe staje się faktem, i tak dalej.
Legii – cześć i chwała. Pokazała charakter. A i klasa ujawniła się niezła. Jeśli się przegrywa 0:2 i staje pytanie – ile będzie na ostatni gwizdek – ducha nie straciła. Ba, jakby sił mentalnych przybyło, a sportowa złość (że początek kiepski) wzmogła ochotę i agresywność. I to gdy gra się z rywalem będącym „parę półek” wyżej…
Ba, jeszcze atut własnego stadionu. Mawiają, że u siebie nawet ściany sprzyjają… Ale przecież puste trybuny (kibole kibicom szansę kibicowania odebrali – UEFA tylko dała pieczęć), to jak te ściany otuchę mają nieść? Raczej mogą obezwładniać w tej grze bez świadków. Nie obezwładniły, za co też Legii słowa uznania. A przecież nie piłkarze winni, że tak świetny mecz był z góry skazany na popis bez oprawy…
Są jakieś z tego wnioski pro domo sua? Nie ten, ciut satyryczny, że jeśli tak świetnie grywają bez dopingu trybun, to może niech tak zostanie…
Piękna niespodzianka ogólnego obrazu nie zmienia. Nadal klubowo jesteśmy daleko, nadal trzeba gonić. A to, że może Legia trochę popsuła realowy plan w Lidze Mistrzów – nie nasz kłopot, madrycki.
Gry gości nie recenzuję – ich strata, ich sprawa. Może mieli tzw. doła, może zapłacili mandat za lekceważenie… Przecież, gdy prowadzili 2:0, mając jeszcze w pamięci łatwe madryckie 5:1 mogli pomyśleć, że już mają „zaliczenie”…
Pamiętam z dawnych czasów, gdy wielki wówczas Górnik grał pucharowo (Puchar Zdobywców Pucharów) w Grecji i też już prowadził 2:0… Wtedy pozwolił sobie na błąd dekoncentracji i… też ledwie zremisował. W rewanżu było 5:0 dla zabrzan. Pamięć podpowiada, że było jeszcze granie w finale (!) i 1:2 z Manchester City… Widziałem ten ateński mecz, akurat opisywałem lekkoatletyczne mistrzostwa Europy. Pamiętam nastrój, jak się napinały nerwy… Bardzo trudno wrócić do apogeum koncentracji, gdy się już odpuściło. Może i Real dotknęła owa przypadłość? Nie Legii i nie moje zmartwienie, niech Zidane sobie duma…
Jeszcze zdanie o karaniu za kibolstwo pustymi trybunami. Nie tylko UEFA… „Komisja Ligi Ekstraklasy SA zamknęła stadion Arki na najbliższe spotkanie z Bruk-Bet Termalicą Nieciecza i zakazała wyjazdu kibicom z Gdyni łącznie na pięć spotkań. Kibice z Gdańska też otrzymali zakaz wyjazdu na pięć spotkań, do tego klub musi zapłacić 30 tys. zł. To kary za burdy podczas derbów Trójmiasta.”
W ogóle ta dyscyplinarna „kronika towarzyska” ma wiele wpisów. Po madryckim kibolowaniu tych, którzy zjechali za Legią: „Wysokie grzywny i zakazy stadionowe nałożono na siedem osób…. Najsurowiej potraktowano dwie osoby, które „były najaktywniejsze w trakcie incydentów, oskarżono je o rzucanie w funkcjonariuszy tępymi narzędziami”. Muszą zapłacić 10 tys. euro i przez dwa lata mają zakaz wstępu na obiekty sportowe w Hiszpanii. Łaskawszym okiem spojrzano na pozostałych: kibica, który „na stadionie zaatakował funkcjonariusza kulą ortopedyczną” (4 tys. euro, zakaz stadionowy na 6 miesięcy) i tego, który „zaatakował jednego z miejscowych sympatyków” (3,5 tys. euro i zakaz stadionowy na 6 miesięcy)”.
Nawet na Wyspie, której przykład tak często przywołujemy błogiego spokoju wciąż nie ma: „Siedem osób zostało aresztowanych po derbach Londynu w 1/8 finału Pucharu Ligi pomiędzy West Ham United a Chelsea. To efekt zamieszek, do jakich doszło na byłym Stadionie Olimpijskim, gdzie teraz grają „Młoty”.
Zjazd wyborczy PZPN przyniósł umocnienie pozycji prezesa Bońka. Głosowanie dało mu wyniki lepsze, niż za pierwszą elekcją. „– Cieszę się, bo z wyjątkiem Michała Listkiewicza, który prezesował przez dwie kadencje, każdy, kto wchodził do związku na prezesa PZPN-u, wychodził z połamanymi nogami – powiedział stary-nowy prezes”. Gratulacje. Opozycja jakaś była, ale raczej śmieszna i strachliwa, bo zwiała przed głosowaniem… A teraz od sytego chwały oczekuję… No właśnie – żeby z piłką było coraz lepiej…
Nawiasem – nie dziwię się, że to środowisko jest bardzo pełne emocji wewnętrznych, a medialne zainteresowanie widać takie, jak zgoła w kwestiach rządzenia Ojczyzną. „Kasa – misiu – kasa”… jak głosił publicznie i na okładce pamiętnika znany trener. Jest czym zarządzać, a więc i …
Świeżutki przykład: „Lech Poznań otrzymał od UEFA 5,16 mln euro, a Legia Warszawa 4,79 mln za grę w minionym sezonie w fazie grupowej piłkarskiej Ligi Europejskiej …Łącznie do 56 klubów, które uczestniczyły w tych rozgrywkach, trafiło ponad 411 mln euro. Za samo uczestnictwo w fazie grupowej każdy z 48 zespołów zarobił 2,4 mln euro. Pozostała część zależała od wyników drużyn oraz wartości praw medialnych. Wynagrodzenie dla obu polskich klubów zostało też powiększone o nagrodę za pomyślne przejście eliminacji. Po 410 tysięcy euro otrzymały też Jagiellonia Białystok i Śląsk Wrocław, które odpadły w 2. rundzie kwalifikacji”.
Jest czym zarządzać, stadiony buduje podatnik, reklamodawcy się pchają, telewizje stoją w kolejce…
Po zdaniu o innych kwestiach:
- Siatkarze – mistrzowie świata wciąż dopiero „mają mieć” trenera. Z Antigą (osobiście bardzo go polubiłem) kontrakt rozwiązano, następcy związek jeszcze nie powołał. Podobno jest kilku kandydatów „z nazwiskami”. Nie zgłosił się do konkursu ani jeden rodak! Jak to skomentować? Wyznam, że nie wiem… Ale komplementu na adres środowiska szkoleniowego jakbym nie widział…
- Karina Szczepkowska-Horowska ( 28 października 1987 w Rybniku), została podwójną srebrną medalistka Olimpiady Szachowej – solo i w drużynie. „Rok temu skończyłam studia, uzyskałam tytuł magistra z socjologii. Od tego czasu poświęciłam się w całości szachom. Teraz już mogę powiedzieć, że mój zawód to szachistka. Traktuje szachy bardzo poważnie i jest to moje źródło utrzymania”.
- Nadal głośno o dopingu. W Skandynawii – wśród biegaczek, już nie tylko „astmatyczek”, przy okazji weryfikowania wyników coraz odleglejszej przeszłości, a także z racji narzekań na to co dziś… O Igrzyskach w Rio: „Bywały bowiem takie dni, gdy anulowano ponad 50 procent zaplanowanych kontroli”. Raport ujawnia, że zwłaszcza w sportach tak zwanego wysokiego ryzyka (m.in. podnoszenie ciężarów) udało się przeprowadzić bardzo niewiele kontroli krwi, podobnie sytuacja wyglądała w przypadku piłkarzy. Kontrolerzy notorycznie mieli problem ze znalezieniem konkretnych sportowców. Do tego występowały problemy z brakiem tłumaczy i odpowiednim transportem…”
Przepraszam, ale do luftu taki system… I sto furtek do obchodzenia reguł.
Andrzej Lewandowski



Rozumiem — drogi Przyjacielu – miłość do tzw. sportu. Kiedyś, w młodości, też tak miałem; Tobie zostało, mnie przeszło. W każdym razie od momentu, w którym zorientowałem się, ze większość dyscyplin sportowych (włącznie z moimi ulubionymi — tenisem i lekkoatletyką) działa dziś na zasadzie niegdysiejszego wrestlingu: wedle ustawionych poza stadionem scenariuszy i za kolosalne pieniądze dla aktorów (najczęściej: bardzo przy tym kiepściutkich warsztatowo — niezmiernie łatwo dostrzec różne udawane kontuzje, „faule taktyczne” itp. świństwa), jakimi stali się zawodnicy. Przy jednoczesnym notorycznym używaniu wszelkiego typu „wzmacniaczy”. Tzw. działaczy uważam w ogromnej większości za zwyczajnych prymitywnych mafiosów; w najlepszym wypadku za szefów normalnej kapitalistycznej korporacji. Ich poziom intelektualny wydaje mi się przerażający: czy „to” w ogóle kiedyś przeczytało książkę albo było na koncercie w filharmonii?
Sport dla mnie kończy się na poziomie Szkolnego Klubu Sportowego i kółka miłośników trekingu dla seniorów. Cała reszta — to biznes i cyrk, czyli w sumie obrzydliwość. A kibole — faszystowska okropność. Nazywanie zaś chamskich ryków i odpalanych rac „oprawą widowiska” budzi we mnie odruch wymiotny. A zachwyty na ten temat — majaczeniami idiotów albo cyników; przy okazji: ukłony dla jednego z naszych najprominentniejszych bossów od pewnego znanego gangu „sportowego”…
Arcymistrzu! Wielbię różnice zdań i zawsze tęsknię za takimi komentarzami. Kocham prowokację, bo skłanianie do myślenia uznaję za lepsze niż bicie braw i przymrużanie oka. Ty jednak wprowadzić raczyłeś coś więcej niż zdanie polemiczne- walnąłeś w pryncypia, pośrednio sugerując mi złamanie pióra, Może rzeczywiście przyjdzie złamać… Ja też widzę wiele cech skandalicznych, ale patrzenie to najwyżej diagnoza, nie terapia. A z terapią kłopot- bo inni, nam współcześni zaakceptowali, weszli w nastrój swego rodzaju mentalnej masturbacji i… jest, jak jest. Niezależnie od naszych, czasem skrajnie odmiennych ocen. Jak w politycznych przywództwach- wybrani rządzą, nawet, jeśli ich nie znosimy… Fakt, deformacje sportu są ogromne, wiele fortun przy nim powstałych warto lepiej obejrzeć- pewnie od fiskusa poczynając, ale wylać tę dziecinę z kąpielą? To kto nam poziom adrenaliny będzie regulował- tylko rząd i parlament! Mistrzu, walczmy o lepsze jutr0, ale nie zasadzie pradawnego buntu w Manchesterze! Drobiazg- o którym bosie z gangu pisałeś? Znam kilkunastu…
Więc tak. W gruncie rzeczy niezbyt się różnimy podejściem do naszych ulubionych obszarów działalności ludzkiej (w Twoim wypadku chodzi o sport, w moim – o naukę, ze szczególnym uwzględnieniem nauk ścisłych) – obaj śledzimy, obaj komentujemy i obaj mamy dystans. Z żalem widzimy patologie i nadużycia. Cóż, człowiek bez pasji – nie ma racji istnienia, jak sądzę; a już dziennikarz na pewno. Choć kręcę nosem na różne panie piszące o modzie (okropne słowo „szafiarki”) czy w ogóle dziennikarstwo „lifestylowe”, to – gdy widzę u piszącego pasję, czasem nawet czytam. A ciebie czytam zawsze, bo (tu będą komplementy) masz poza umiłowaniem i głęboką znajomością tematu swój osobisty niepowtarzalny styl. Twoje pisanie zawsze poznam, nie musisz się podpisywać. I nie jest tak, że potępiam sport wyczynowy w czambuł; są tu ludzie wspaniali, jak nasza Wielka Narciarka, pani dr Justyna Kowalczyk. Ale jakby takich było coraz mniej; w każdym razie tak to widzę w ciągu ostatnich – powiedzmy – 70 lat. A z tzw. działaczami jest jeszcze gorzej: jak czasami patrzę na ich zatyte i zapijaczone mordy – scyzoryk mi się w kieszeni otwiera.
Co do emocji: nie włączają mi się zupełnie, jeśli w tyle głowy pojawia się nawet cień podejrzenia o „ustawkę”. Dlatego skreśliłem w ogóle z jadłospisu futbol, który w dodatku rozbudza w całym świecie emocje najgorszego rodzaju, czyli nacjonalistyczne. Dlatego ostatnie doniesienia o dopingu w tenisie tak mnie zabolały.
A na marginesie: marzę o sytuacji, w której nie będzie żadnych flag narodowych, hymnów, zbiorowego narodowego kibicowania, ani reprezentacji… Powiedzmy, chciałbym widzieć na Olimpiadzie w jakimś biegu – 10 najlepszych na świecie, i jeśli się tak okażę, że wszyscy są Amerykanami lub Chińczykami – to fajnie, niech tak będzie. W takich imprezach jest miejsca dla Kowalskiego, nie dla Polaka. Co oczywiście jest zupełnie nierealne z mnóstwa powodów. I zapewne też nie uchroniłoby mnie – widza – przed oglądaniem spektaklu cyrkowego. A do cyrku nie chodzę programowo.
Aha: nie wpuszczaj mnie w maliny z tym bossem. Nie lubię bywać w sądzie.
Tuśmy się spotkali! Znów! Aż się zarumieniłem, jak panienka… A z tenisem- to od dawna podejrzewałem, że się muszą wspomagać. Jeśli połowa życia polega na graniu, a druga na podróżach, to… Różne strefy czasowe i klimatyczne, największy luksus nie zmieni biologii. Fachowcy już za czasów igrzysk w Meksyku ( wysoko, a dla Europy jeszcze daleko) doszli do wniosku, że często godzina róznicy to dla organizmu potrzeba dnia adaptacji. A oni ( one) tylko wędrują i grają. Wspomaganie farmakologiczne aż się pcha, prawda? Bo w ogóle umowna kasa w wielu sportach stawia sportowcowi takie wymagania, że kontuzje usuwa się „objawowo”, start goni start, czasu na naturalnę regenerację brak. Że zawód, więc… Kierowcy tirów też z zawodu żyją, a mają godzinowe normy, załogi samolotów również… Sport jakoś tego w ogóle nie zauważa.
O to właśnie idzie. To jest przecież błędne koło: ogromniejąca kasa > wzrost zainteresowania > kasa z transmisji rośnie > trzeba się wspomóc > lepszy wynik > rośnie kasa… Ja to rozumiem, ale tęsknię do czasów, w których cieszyliśmy się że Czesio ustanowił rekord Mazowsza w rzucie dyskiem, Staszek Kuch został po raz pierwszy mistrzem polski w łyżwiarstwie, Staszek Magierowski go gonił, a ja zdychałem na bieżni pruszkowskiego Znicza po przebiegnięciu 1000 m w 3:20… (tak jest, jak zupełny paralityk, ale robiłem to, bo było trzeba) podczas gdy Jurek przebiegł setkę w 11,1. I to było czyściutkie amatorstwo, bo byliśmy uczniami liceum. Nawet nikomu do łba nie przyszło, że można brać za to kasę albo wspomagać się pigułami. Zawodowstwo zabiło radość sportu – a i urok widowiskowości. Jak mówię – to teraz w większości gladiatorzy.
A co do tenisa – też się tego spodziewałem. Ale jednak miałem cień nadziei, że nie. Modelowym sportowcem był dla mnie mój wuj, który w wieku 65 lat jeździł w Wyścigu Dookoła Mazowsza. Był wciąż ostatni albo przedostatni. Ale rżnął wszystkie etapy. I był regularnym zawodnikiem LZS.