Wierszyk Gałczyńskiego zbyt jest znany, bym musiał go cytować w całości, a i w towarzystwie nie zawsze wypada.
Inna rzecz, że wyjątkowo trafnie, choć mało elegancko oddaje istotę sprawy.
Powoływanie się na narodowych bohaterów i wykorzystywanie ich do bieżących celów politycznych to nic nowego. Znamy to z PRL, a nasze wnuki poznają całkiem niedługo. Kto by pomyślał, że to wszystko jeszcze wróci, prawda?
Ale skoro już się o Kościuszce zgadało, to parę słów o naszym bohaterze, wykorzystywanym w przeszłości w sposób dość wybiórczy, czasem zaś pomijanym w historycznych dywagacjach.
Pomijano starannie np. zdanie Kościuszki na temat Napoleona, który przed II wojną był przyjętym odgórnie symbolem, na który złego słowa powiedzieć nie można było, gdyż „omal nam nie dał wolności”.
To, że nie miał nigdy takiego zamiaru, było oczywiste i dawniej i teraz, ale u nas zawsze lepiej przyjmuje się owe „omal”, niż szara, przyziemna rzeczywistość.
Kościuszko złudzeń nie miał, ostrzegał przed nim innych, więc na wszelki wypadek go nie cytowano. Nie docenił nawet nasz „ludowy bohater” tego co rewolucja napoleońska rzeczywiście niosła Europie – poważne zmiany w obrębie konstrukcji społeczeństw.
Za to jako odpustowa maskotka w krakusce przemierzał ochoczo karty podręczników zarówno przed II wojną, jak i po niej. Po niej szczególnie, nawet świeżo formowaną w Sielcach dywizję nazwano jego imieniem. Dlaczemu?
Z powodów „oczywistych” – Naczelnik przyjacielem ludu był i lud z poddaństwa chciał uwolnić. Uniwersał połaniecki omawiano, choć go nie cytowano na wszelki wypadek, przez co wszczepiono w umysły młodzieży (dziś już mocno dorosłej) rzeczy, których tam ani nie było, ani nikt ich tam umieszczać nie zamierzał.
Pisząc ostatnio o emigracji w Saksonii i organizowanym tam powstaniu po II rozbiorze wspominałem, że wśród konspiratorów był podział na lewicę i prawicę. Lewica to był gen. Zajączek i Jakub Jasiński – organizatorzy warszawskiego „klubu jakobinów”, rzeczywiście dość rewolucyjnie nastrojeni, szczególnie jak na tamte czasy. Powoływali się przy tym na Hugona Kołłątaja, który wprawdzie nie należał formalnie do ich grona, ale w przyszłości wcale mu to nie pomogło, o czym potem.
Prawica konspiracyjna nie chciała ogólnonarodowego powstania, nie umiejąc przewidzieć skutków poruszenia mas ludowych. Ten argument trzeba wziąć poważnie niezależnie od naszego dzisiejszego doń stosunku. Po prostu nikt wcześniej nie zajmował się tak egzotycznym tematem jak świadomość chłopska, natomiast zdawano sobie sprawę, że ze względu na potencjalną liczbę chłopów – powstańców, sprawa może mieć znaczenie kluczowe po ew. zwycięstwie i nie znajdzie się nikogo, kto będzie potrafił sobie z nią poradzić, co oznacza potencjalne niebezpieczeństwo dla potencjalnie odzyskanej Rzeczypospolitej.
Jak w tym wszystkim znajdował się sam Kościuszko?
Penetrując źródła historyczne odniosłem nieodparte wrażenie, że swoje myślenie podporządkował jednemu celowi. Chciał zebrać 100 tys. wojska i robił wszystko by ten cel osiągnąć. Z pospolitego ruszenia zrezygnował zaraz na wstępie, ponieważ wybierał się na wojnę, a nie na kolejną popijawę w którymś z magnackich dworów. Do tej pierwszej szlachta zupełnie się nie nadawała.
Pozostawali chłopi i mieszczanie. Trzeba więc było ich przyciągnąć do powstania, ale jednocześnie nie rozbudzać zanadto nadziei i nie obiecywać gruszek na wierzbie.
Wszyscy czytali o „spontanicznym” odruchu warszawskich mieszczan, którzy powywieszali zdrajców targowickich przebywających w areszcie, w tym biskupów. Z tą spontanicznością o tyle ciekawa sprawa, że wówczas nikt o niej nie opowiadał, ponieważ powszechnie było wiadomym, że działania te inspirowane były przez wspomniany klub jakobinów.
A jak zareagował Naczelnik Kościuszko na ten akt obywatelskiego patriotyzmu?
Dość ciekawie – nakazał natychmiastowe rozwiązanie klubu jakobinów!
Kiedy pod wodzą Jasińskiego utworzono w Wilnie centralę rewolucyjną na Litwę i ogłoszono jej program – jak łatwo przewidzieć – radykalny do granic, Kościuszko natychmiast rozwiązał organ.
Trochę nam to nie konweniuje z „ludowym bohaterem”, prawda?
Pragmatyk Kościuszko nie życzył sobie zbytniego poruszenia wśród szlachty niezdatnej wprawdzie do wysiłku na rzecz Ojczyzny, ale wciąż zdolnej do zepsucia wszystkiego co się da w wysiłkach podejmowanych przez innych.
A co ze sławnym uniwersałem połanieckim?
Stare sztychy pokazują czasem Kościuszkę siedzącego z piórem nad kartą papieru i myślącego o doli prostego ludu, w pozie niemal romantycznego poety, piszącego kolejne wspaniałe linijki wiekopomnego uniwersału.
Rzeczywistość jest z jednej strony mniej romantyczna, z drugiej chyba jednak ciekawsza. Między Naczelnikiem, a powołaną przez niego grupą wykonawczą, czymś w rodzaju rządu powstańczego, wyraźnie pojawiła się różnica zdań.
Istniejące źródła wskazują, że daleko przed ogłoszeniem uniwersału w Połańcu i grubo przed bitwą pod Racławicami Naczelnik nadesłał swoim współpracownikom projekt ulotki, która nie ujrzała wówczas światła dziennego, ale która świadczy, że Połaniec nie był żadnym wyrazem „wdzięczności za Racławice” jak to się zwykło przedstawiać, ale przemyślanym ruchem dla osiągnięcia wciąż tego samego celu – zwiększenia liczby rekrutów.
Pierwszy druczek o tytule „Odezwa za włościanami o ulgę w pańszczyźnie i ludzkie z nimi obchodzenie się”, niedatowana, ale z datą dziś już znaną, pochodzi z marca 1794 roku.
Jak widzimy, nie ma w niej mowy o żadnym „uwolnieniu z pańszczyzny” , ale o uldze.
Na dodatek czytając dalej (oraz następne druczki) widzimy, że nawet ta ulga nie była przewidziana dla wszystkich, a jedynie tych, którzy stanęli do walki z Moskalem.
Bardziej wprost mówi o tym drugie ze wspomnianych pisemek Naczelnika „Odezwa o względy dla walecznego Wojciecha Głowackiego” z 13 kwietnia 1794 roku.
Może kogoś zaciekawi jego pełna treść. Oto ona:
Wojciech Głowacki, grenadier Regimentu milicji krakowskiej, rodem ze wsi Rzędowiec starosty Szuyskiego, na potyczce dnia czwartego miesiąca i roku bieżącego okazał męstwa swego dowody, pierwszy skoczywszy na baterię nieprzyjacielską; jego odwagę nagradzając placowałem onego Chorążym w tymże Regimencie Grenadierów Krakowskich.
Komisja Porządkowa zobowiąże starostę Szuyskiego, aby o tego poczciwego oficera żonie i dzieciach miał staranie.
Dan w obozie pod Bosutowem dnia 13 kwietnia 1794 r.
Tadeusz Kościuszko
P.S. Ja też sam zanaszam prośby do starosty Szuyskiego za nim, aby raczył ulżyć pracy i familii jego raczył stać się ojcem w niebytności jego.
Jak widać, nie ma tu ani śladu narzucania swej woli szlachcicowi, żadnego przymusu, a prośba. Uzasadniona – jak najbardziej, ale – prośba.
Inna rzecz, ze pan starosta Szuyski wykazał się zrozumieniem sprawy i polecił swemu rządcy:
Mości panie Strawiński! Za odebraniem tego listu obliguję WPana, abyś dyspozycję moją wypełnił co do słowa, a to w tym sposobie. Przeszły Wojtek Bartos, a teraźniejszy Wojciech Głowacki Chorąży Grenadierów Krakowskich, dystyngował się czwartego tego miesiąca skoczywszy na baterię nieprzyjacielską, dał dowody męstwa swego dla miłości Ojczyzny.
Ta odwaga daje mi okazję najsłodszą w życiu moim, że go uwalniam od wszelkiej powinności, również z żona i dziatki jego, a tę zagrodę, z której robił wiecznymi czasy dla jego żony i dziatek daruję, żadnych robocizn nie pretendując, przy czym zboża wydać żonie jego na wyżywienie: pszenicy korcy trzy, żyta korcy cztery, jęczmienia korcy cztery i tę moja dyspozycję bez odwłoki wykonać proszę i obliguję dopełnić wszystkiego.
kniaź Szuyski
P.S. Z obory mojej najlepszą krowę wybrać i dać jego żonie, wieprzka i maciorę dać obliguję.
Nie wszystkie apele kończyły się w taki sposób. Szlachta w większości sabotowała prośby Naczelnika, bo zbliżał się czas robót polnych, a tu im mówią by chłopom ulgi dawać. Kto to słyszał w taki czas? Nie mógł Naczelnik poczekać do zbiorów? Wojna wszakże nie zając, nie ucieknie.
Trzecia ulotka miała więc ograniczoną zdolność oddziaływania. Nosiła tytuł „Odezwa za familią włościan do walczenia z nieprzyjaciół wezwanych z zakazem uciemiężenia i zaleceniem, aby od robocizn wolni byli”.
Zwracam uwagę na język. „Zaleca się” – bezosobowo i niezobowiązująco. W sytuacji powstania, które pod względem militarnym szło mocno średnio trudno było pisać inaczej.
Wreszcie słynny połaniecki uniwersał, który narobił tyle zamieszania w naszej historii (a który, podobnie jak Konstytucja 3Maja) nigdy nie wszedł naprawdę w życie.
Pkt. 2 zaczyna się wspaniale.
„… osoba wszelkiego włościanina jest wolna, i że mu wolno przenieść się gdzie chce …”
ale zaraz potem:
„ … byleby oświadczył Komisji Krajowej gdzie się przenosi i byleby długi winne i krajowe podatki popłacił”.
Jeszcze lepsze wyjaśnienie jest w pkt. 3.
„ … że lud ma mieć ulżenie w robociznach, tak iż ten który robi 5 lub 6 dni w tygodniu, ma mieć dwa dni odpuszczone. Który robił 3 lub 4 dni ma mieć 1 dzień odpuszczony.”
Ulga to niewątpliwa, ale do „uwolnienia z pańszczyzny” jeszcze bardzo daleko.
Na dodatek z dalszego ciągu uniwersału dowiadujemy się skąd ta szczodrobliwość Naczelnika.
„Dobrodzieystwo Rządu w ulżeniu ludowi ciężarów zachęcić go powinno bardziey jeszcze do pracy, do rolnictwa, do obrony Oyczyzny.”
I ciekawy fragment:
„ … Gdyby więc jacyś hultaje […] odwodzili lud od pracy, buntowali przeciwko Dziedzicom, odmawiali od obrony Oyczyzny Komissye Porządkowe takowych łapać będą i do Sądy Kryminalnego przekażą”.
Trochę to inaczej wygląda, niż w podręcznikach, prawda?
Kościuszko jako się rzekło, był pragmatykiem, nie miał w sobie za grosz radykała, wręcz przeciwnie – radykałów zwalczał konsekwentnie i zważywszy cel jaki mu przyświecał – miał rację.
Musiał lawirować między różnymi grupami interesów i aż szkoda, że powstanie zakończyło się tak szybko, bo polityków tak przytomnych mieliśmy niewielu w historii.
Jego stosunek do chłopów był podobny jak Kazimierza Wielkiego, nie żadna tam miłość do ludu, ale chłodne wyliczenie strat i zysków.
Szkoda, że tego nie uczy się dziatwy szkolnej zamiast wzniosłych bzdurek, bo jeśli historia naprawdę ma być magistra vitae, to te mechanizmy powinny być znane na pamięć młodzieży przynajmniej licealnej.
Idę o zakład, że mielibyśmy wówczas zupełnie innych wyborców i innych polityków.
Dlaczego więc się tego nie robi?
Odpowiedź jest ta sama: ktoś zrobił bilans zysków i strat i wyszło mu, że lepiej dla niego jest wypchać umysły pseudopatriotycznymi, nic nie znaczącymi hasełkami.
I trzeba przyznać – jest w tym wyjątkowo konsekwentny.
Jerzy Łukaszewski
P.S. Zgadało się o Kołłątaju, więc na koniec ciekawostka. Kiedy po upadku powstania co znaczniejsi działacze emigrowali, rząd pruski wysłał za Kołłątajem list gończy. Wyjątkowo interesujący był podany powód: „… brał udział w warszawskim poruszeniu i wyjechał zabierając ze sobą dużą sumę pieniędzy”.Piękne, prawda? Też skądś to znamy. Cóż bowiem znaczy „zabierając ze sobą”? Ukradł, zagrabił?
Nieważne. Ważne, że „zabrał ze sobą”, a już setki chętnych będą uważnie rozglądać się po gościńcach, czy przypadkiem nie przemyka się gdzieś ksiądz Hugon z workami złota.
Pod tym względem nic się nie zmieniło.



Panie Jerzy, tytuł książki jakiej od Pana oczekuje Naród, mógłby brzmieć: Poznacie prawdę a prawda was zadziwi.
O ile w Polsce pod zaborami taki wyidealizowany portret Kościuszki był zrozumiały i odrobinę usprawiedliwiony w II RP o tyle po 1989 roku był i nadal jest szkodliwy. Odmitologizowanie historii i sprowadzenie bohaterów z obłoków na ziemię więcej zrobiłoby dobrego niż hagiograficzne mity. Cóż począć, kiedy u władzy mamy zwolenników natchnionego kłamstwa historycznego zamiast realistów. Może kolejni Kołłątajowie powinni zabierać ze sobą znaczne sumy pieniędzy?
Sugestywny obraz tamtych czasów daje Karol Zbyszewski w swojej książce „Niemcewicz od przodu i tyłu”. Nie wiem na ile zgodny z prawdą, ale nawet jeśli tylko trochę to jest tragikomiczny. Chętnie poznałbym opinię Autora na ten temat.
Mam książkę Zbyszewskiego i bardzo ją lubię, ale gdybyż się autor zdecydował czym ona miała być 🙂
Nie wiem czy w wydaniu, które Pan zna jest adnotacja, że przedstawił ją jako pracę doktorską. Tych wymogów ona w sposób oczywisty nie spełnia, Zbyszewski zbyt często daje się ponosić emocjom i choć dziś „sztywnych” akademików razi język, to mnie bardziej brak „aparatu”, bez którego trudno nawet ją cytować, bo informacje podane w taki sposób są niesprawdzalne, czyli nie spełniają podstawowego wymogu pracy naukowej.
Za to jako publicystyka historyczna jest to książka rewelacyjna. Osobiście włączyłbym ją do lektur szkolnych w liceach. Naprawdę.
Bardzo dziękuję za tę opinię. Mam ebooka z wydania 2. z przedmową (odpowiedzią recenzentom) Zbyszewskiego i wstępem Stanisława Mackiewicza z 1939 roku. Może faktycznie na doktorat się nie nadaje ale czyta się rewelacyjnie. Wątpliwości co do przedstawionych faktów mam dlatego, że z jednej strony Zbyszewski przywołuje ogromną bibliografię, z drugiej Józef Hen w posłowiu do swojej książki o Stanisławie Auguście Poniatowskim przedstawia go jako zwykłego paszkwilanta. Losy Rzeczpospolitej przemawiają za Zbyszewskim.
@J.LUK z zainteresowaniem przeczytałem książkę Karola Zbyszewskiego teoretycznie poświęconą Niemcewiczowi. Podzielam wiele jego ocen, chociaż razi mnie jego namiętność emocjonalna, w tym zwłaszcza zaś jednoznaczna niechęć (jeżeli nie nazwać tego mocniej) wobec Stanisława Augusta Poniatowskiego. Ponieważ nie jestem historykiem chętnie przeczytałem również recenzje tej pracy dostępne w internecie. Chętnie przeczytałbym Pańską recenzję tej pozycji, bo właśnie mam wyraźny dysonans poznawczy – ile w niej jest prawdy historycznej a ile (uzasadnionych) pretensji do naszych przodków, że doprowadzili do upadku własnego państwa. Podobnych rozterek nie miałem przy lekturze Jasienicy.
Niewykluczone, że przygotuję taką recenzję. Zbyszewski rzeczywiście czasem wygląda na uprzedzonego do jakiejś postaci, a tego historykowi robić nie wolno. Stąd pewnie opinia Hena. Historyk lubić bądź nie lubić może kogoś prywatnie, na niwie naukowej ma pokazywać, wyjaśniać i odkrywać mechanizmy. Nie może być recenzentem.
Natomiast całkiem dobrze szło Zbyszewskiemu wykazanie błędów historyków, na których polska historiografia opierała się całe dziesięciolecia.
Dlatego zaliczam ją do kategorii „publicystyka historyczna” i w niej jest na niezłym miejscu.
Styl Jasienicy rzeczywiście inny, ale to już kwestia charakteru autora, który przy publicystyce ma prawo wyłazić na wierzch.