2016-12-29.
Zgodnie z tymi relacjami 4 grudnia, podczas rekolekcji dla uczniów szkoły podstawowej, prowadzący rekolekcje ksiądz Janusz Filarski, dyrektor Domu Księży Emerytów w Płocku, miał unieść przy ołtarzu siekierę, mówiąc, że niedowiarków należy wyrąbać. Oczywiście było to połączone z starą przypowieścią (wykorzystywaną setki razy w literaturze religijnej i świeckiej) o ogrodniku, który musi odciąć suche gałęzie, żeby drzewo rodziło owoce.
Jest ironią, że parafianie przychodzą ze swoimi niepokojami do ateisty, być może jeszcze większą ironią jest to, że ta siekiera przy ołtarzu pojawiła się w Dobrzyniu nad Wisłą. To miasteczko, mające dziś mniej niż trzy tysiące mieszkańców, jest zdumiewającą kartą historii Polski, Niemiec, europejskiego chrześcijaństwa.
Nie ma tu żadnych zabytków, miasto jest słusznie dumne z tego, że ma najwięcej mistrzów świata w Polsce, a może nawet w Europie, na głowę ludności. Jest to zasługa człowieka, który wiele lat temu zakochał się w Windsurfingu. To inna i niesamowita opowieść, do której wrócę innym razem.
Dobrzyń nad Wisłą to jedno z najstarszych miast w Polsce. Gród kasztelański istniał tu w połowie XI wieku, tu, w tym mieście, zaczął się polski rozdział Zakonu Krzyżackiego. Właściwie nie wszystko jest do końca jasne. Zakon powstał w Palestynie, w 1191 roku, szybko z zakonu szpitalników zmienił się w zakon rycerzy, dzięki wsparciu papieży zdobywał coraz to nowe posiadłości w Europie. W Watykanie pojawiła się koncepcja założenia krzyżackiego państwa nad brzegami Bałtyku. Tymczasem Dobrzyń leżący na rubieżach posiadłości mazowieckich książąt był nieustannie nękany napadami Prusów, Jadźwingów i Litwinów. W kasztelanii załogę stanowili Bracia Dobrzyńscy i tu właśnie zaproszono pierwszych Krzyżaków, aby im pomogli. Ponieważ miasto zostało przekazane na własność Zakonu Braci Dobrzyńskich, Zakon Krzyżacki zrzeszając się z Braćmi Dobrzyńskimi uznał, że Dobrzyń jest automatycznie jego własnością. Konrad Mazowiecki nie uznał tego przejęcia, papież oczywiście opowiedział się po stronie Krzyżaków, ale po dwóch latach Krzyżacy zadowolili się nadaniem im Ziemi Chełmińskiej (która oczywiście nie należała ani do Konrada, ani do żadnego innego polskiego księcia, ale ponieważ cel był szlachetny – chrystianizacja Prus, więc nikt legalności tego nadania nie kwestionował).
W Dobrzyniu nie ma zabytków, trudno policzyć ile razy był spalony. W 1323 miasto spalili Litwini, paląc mordując i biorąc ludność do niewoli. W 1329 Krzyżacy opanowali zamek i osadzili na nim swoją załogę. Po pokoju kaliskim (1343) Dobrzyń wrócił do Polski. Kolejne pół wieku było niemal spokojne, dramat zaczął się na początku kolejnego stulecia. W historii miasteczka czytamy:
„Za ciemiężenie poddanych Władysław Jagiełło odebrał władzę nad Dobrzyniem Opolczykowi, w związku z czym Opolczyk oddał prawa do Dobrzynia w zastaw Krzyżakom za 40 tys. florenów. Spowodowało to konflikt prawny między Polską i zakonem krzyżackim, ponieważ Opolczyk dokonał felonii, czyli złamania obowiązków wasala. Wkrótce Krzyżacy opanowali Dobrzyń. W dniu 10 czerwca 1405 r. Dobrzyń został wykupiony przez Polskę. Po wybuchu wielkiej wojny zamek w Dobrzyniu został 20 sierpnia 1409 r. zdobyty przez Krzyżaków przy użyciu artylerii. Miasto zostało spalone, a dowodzący obroną starosta Jan Chełmicki z Płomian został ścięty przez Krzyżaków.”
Po bitwie pod Grunwaldem zaczął się okres rozkwitu, który trwał do szwedzkiego potopu. W 1656 miasto zostało zdobyta przez armię szwedzką, ludność, która schroniła się w tutejszym kościele, spalono wraz z kościołem. Po tamtych wydarzeniach Dobrzyń już się nigdy nie podniósł.
Uczyłem się oczywiście w szkole o Dobrzyniu, nie sądząc, że kiedyś tu osiądę. Dobrzyń był dla mnie związany z nawracaniem mieczem, z siekierą przy ołtarzu, ale również z Pawłem Włodkowicem, z wielkim humanistą, który miał odwagę mówienia, że nawracanie mieczem jest sprzeczne z duchem chrześcijaństwa. Mieszkańcy Dobrzynia byli dziesiątki razy mordowani, a ich domy były plądrowane i palone przez innych chrześcijan, usprawiedliwiających swoje podłe czyny taką lub inną biblijną alegorią.
Związek Włodkowica z Dobrzyniem jest właściwie dość wątły. Ten wspaniały katolicki kapłan, prawnik, pisarz, rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego urodził się w Brudzeniu leżącym kilka minut drogi samochodem od Dobrzynia. Mówi się o nim, że był prekursorem religijnej tolerancji. Kiedy zbliżała się wojna z Krzyżakami studiował na uniwersytecie w Padwie. Wrócił do Krakowa i na soborze w Konstancy w 1414 reprezentował Polskę w sporze z Krzyżakami. To wtedy napisał swój traktat o grzechu nawracania mieczem, o tym, że nie ma miejsca dla siekiery przy ołtarzu. Ten fundamentalny spór o rozumienie chrześcijaństwa, papież kilkakrotnie rozstrzygał na rzecz miecza i siekiery, Włodkowic wielokrotnie reprezentował w tych sporach Polskę, pozostawiając liczne pisma świadczące o głęboko odczuwanej potrzebie łączenia chrześcijaństwa, humanizmu i tolerancji.
Po raz pierwszy usłyszałem o nim jako mały chłopiec. Czasami chodziliśmy do ulicy Grunwaldzkiej w Poznaniu ulicą Włodkowica, a ojciec często korzystał z nazw ulic, żeby opowiadać mi o historii. Po latach pamiętałem zaledwie strzępy z tych opowieści i poczucie bliskości do ludzi takich jak Paweł Włodkowic, czy Jan Ostroróg.
Nie przypuszczałem, że po burzliwym życiu moją ostatnią przystanią będzie małe miasteczko z niesamowitą historią. Czasem odwiedzającym nas ludziom pokazuję niepozorną górkę, na której stoi samotny krzyż. Znaczna część wzgórza osunęła się do rzeki, trudno sobie wyobrazić, że była tam warownia, że tu właśnie sprowadzono Krzyżaków, że tu butna odmiana chrześcijaństwa tak często pokazywała swoje paskudne oblicze niosąc grozę mieszkańcom. Tu, a raczej w pobliżu, zaczęła się droga życiowa jednej z najpiękniejszych postaci europejskiego chrześcijaństwa. Nie wiemy właściwie nic o rodzicach Pawła Włodkowica, a przecież to oni dali mu fundament, przygotowali go do długiej drogi wroga siekiery przy ołtarzu.
Nie, nie jestem w stu procentach pewien jak dokładnie wyglądała ta lekcja moralności prowadzona przez kapłana z siekierą w dłoni. Niepokój ludzi, którzy mi o tym opowiadali, wydaje mi się uzasadniony. Poznałem w tym miasteczku wielu wspaniałych ludzi, którzy czasem znają, czasem nie znają dziedzictwa Pawła Włodkowica, ale swoją wizję chrześcijaństwa wydają się łączyć raczej z jego tradycją, niż z innym, bardziej wojowniczym nurtem chrześcijańskiej tradycji.
Internet zmienił wiele. Małe miasteczka nie są już odcięte od świata, mieszkając tu, żyję sprawami, które dzieją się daleko ale często związane są z religią i polityką. Polityczny islam jest tą odmianą religii, która gloryfikuje przemoc, nienawiść do wierzących inaczej, gdzie przywódcy duchowi nie tylko potrząsają w świątyniach nożami i siekierami, ale otwarcie nawołują do mordów.
Są również wśród muzułmanów wspaniali ludzie, którzy chociaż nie znają nazwiska Pawła Włodkowica dobrze znają ten nurt w teologii, który jest obecny również w ich religii i protestują przeciwko obecności siekiery przy ołtarzu.
Od wielu lat obserwuję irackiego duchownego i polityka, który z rozpaczą patrzy na piekło tworzone przez religijnych przywódców z nożami w zębach. Właśnie opublikowano jego najnowszy wywiad. Przez wiele dni wahałem się, czy pisać o tej nieszczęsnej siekierze w dobrzyńskim kościele. Słuchając słów irackiego, szyickiego duchownego i demokraty przypomniałem sobie ulicę Włodkowica i swoje własne dziecinne pytania.
Poniżej jest wywiad z irackim muzułmańskim duchownym i nie mówcie, że nie ma nic wspólnego z siekierą na ołtarzu.
Muzułmański demokrata, który przestał wierzyć w demokrację
Iracki szyicki teolog i były parlamentarzysta marzył o demokracji dla Iraku, dziś marzy już tylko o powrocie dyktatury, która przerwie niekończące się mordy i zniszczenie. (Więcej filmów o podobnej tematyce znajdziesz na stronie http://www.listyznaszegosadu.pl/)
Islamskie Państwo, o którym mówi w tym wywiadzie, nadal istnieje i pokazało z dumą film na którym pobożny morderca, który zastrzelił polskiego kierowcę i użył jego ciężarówki, by wjechać nią w tłum ludzi przygotowujących się do świąt Bożego Narodzenia, przysięga na wierność kalifowi.
Niemiecka prasa pokazywała później zdjęcie muzułmanina modlącego się na miejscu zbrodni.
Dziennikarze zapomnieli dodać, że ci modlący się muzułmanie pochodzili z sekty Ahmadiyya, która wybrała drogę religijnej tolerancji i której członkowie po tej straszliwej zbrodni, na znak solidarności z chrześcijanami rozdawali w Berlinie koszulki z nadrukiem: ”Miłość dla wszystkich, nienawiść wobec nikogo”. Oni też są z tej samej tradycji Pawła Włodkowica i też są obiektem nienawiści i nieustannych napaści. Wspólnota przeciwników siekiery przy ołtarzu nie jest związana z jedną religią, ani z jednym krajem, jest wspólnotą ludzi czerpiących z długiej tradycji humanizmu.


Widziałem Dobrzyń tylko raz kiedy jechałem z Warszawy do Włocławka i sprawił na mnie wrażenie spokojnego, przyjaznego miasteczka. Wraz z wiekiem coraz bardziej doceniam takie miejsca. A takich miejsc, z których już po lekkim drapnięciu wytryska źródełko historii jest w Polsce wiele, tylko szukać.
Co zaś do historii opisanej przez Pana, to jest to tylko przykład, jak cienka jest warstewka chrześcijaństwa w Polsce. Jak Polska Polską zawsze czyjś interes bardzo ziemski przeważał tu nad ideą. Kiedy się przyjrzeć wszystkiemu co teoretycznie sprzeczne z religią oficjalnie wyznawaną i dziś znowu państwową to widać, że zawsze ktoś miał w tym cel bardzo konkretny, namacalny. I to on zawsze zwyciężał.
Nie wiem jak to wygląda w islamie, ale kto wie – może podobnie.
Miałem kiedyś do czynienia z grupką księży tuż po ukończeniu seminarium. Byłem przerażony stanem ich wiedzy, także w zakresie biblistyki. Zastanawiałem się czego ich uczono przez 6 lat? Potem wyjaśniono mi, że seminaria przygotowują „administratorów parafii”, a nie księży zdolnych do jakiejkolwiek dyskusji. Reszta zależy od tego gdzie taki młody trafi, jakich będzie miał zwierzchników itd.
Co zaś do interesów to mamy przecież stare przysłowie „kto ma księdza w rodzie …” itd.
Czego więc się po nich spodziewać?
Siekiera to rekwizyt, a już w XVI w. jezuici zaczęli robić z kościoła teatrzyk (choćby wyposażenie wnętrz – cały barok) widząc w tym doskonałe narzędzie do sprawowania rządu dusz. Widz podatny na emocje chłonie widowisko i z czasem zaczyna się identyfikować z jego przesłaniem.
I to się raczej nie zmieni.
J.LUK2016-12-30
„…to jest to tylko przykład, jak cienka jest warstewka chrześcijaństwa w Polsce.”
Przepraszam, ale jakiego chrześcijaństwa? Krzyżackiego, czy św.Franciszka? T. Rydzyka czy ks. J. Tischnera? Grubszą warstewką wydaj mi się chrześcijaństwo w Polsce takie jak Hosera, Jędraszewskiego, że o Głodziu nie wspomnę. To są „prawdziwe busole” chrześcijaństwa w Polsce. Pytanie, czy to w ogóle jest jeszcze chrześcijaństwo. Ale mam nadzieję w otrzeźwienie Polaków i zwycięstw o rozumu.
W latach 90. spotkałem mego b. ucznia, wówczas kleryka ostatniego roku seminarium duchownego w Olsztynie. Spytałem, co u nich mówi się o Eliadem i der Leeuwie (z trudem przebijałem się przez jego „Fenomenologię religii”). Do dziś pamiętam bezbrzeżne zdumienie malujące się w oczach przyszłego kapłana. Nic się nie mówiło, a on tych nazwisk nie znał i nie rozumiał, dlaczego o nich pytam. Po latach zrozumiałem, że ustawiłem poprzeczkę zbyt wysoko. Dlatego uznaję pana Międlara, ks. Kneblewskiego i przedsiębiorcę Rydzyka za typowych, ba – wzorcowych chrześcijan w Polsce. I choćby przyszło tysiąc Lemańskich, to nie udźwigną…
Witam. Pozwolę sobie skomentować pewną drobnostkę.
Zauważyłem, że większość ludzi ma jakąś dziwną obsesję na punkcie słowa „duma”. I co więcej – używa go w nieprawidłowym kontekście. Np. Pan napisał: „miasto jest słusznie dumne z tego, że ma najwięcej mistrzów świata w Polsce”.
Brzmi to lekko absurdalnie. Jak można być dumnym z czegoś na co nie miało się absolutnie żadnego wpływu ?? Można być zadowolonym, ukontentowanym, etc. ale nie dumnym. Nawet słownik podaje jako pierwsze określenie dumy „1. «poczucie własnej godności i wartości»”. Idąc tym tropem można być dumnym, że coś się osiągnęło (własnym wysiłkiem czy pracą). Ewentualnie można być dumnym z kogoś – ale tylko w przypadku gdy miało się bezpośredni wkład – czyli np. z własnych dzieci. Bo poświeciliśmy czas i energie na wychowanie i naukę i teraz możemy być dumni.
Natomiast już całkowitym szczytem absurdu jest powiedzenie „Jestem dumny, że jestem Polakiem / Proud to be an American / etc.”. Czyli jesteśmy dumni z całkowitego przypadku. Masakra…
Pozdrawiam
Pozwolę sobie zwrócić uwagę na pewną drobnostkę. Otóż warto być dumnym z tego, co się samemu dokonało. No więc, żeby nieco rozjaśnić nazbyt skomplikowane. Był sobie w małym miasteczku stolarz (przedsiębiorca, kiedy tu przyjechałem robił prace stolarskie podczas remontu mojego domu). Dowiedział się o Windsurfingu i oszalał. Oglądał, marzył, pojechał na jakiś kurs, kupił pierwszą deskę. Uczył się sam, uczył swoich synów, zaczął uczyć inne dzieciaki. Zdobywał pieniądze, a jego uczniowie zaczęli zdobywać dyplomy. Zabrało to lata, mistrzostwa krajowe, mistrzostwa Europy, mistrzostwa świata. Wysiłkiem tego jednego człowieka, a potem grupki innych, miasteczko stało się centrum sportów wodnych i potęga w tej jednej dziedzinie. Jest słusznie dumne z osiągnięć Romana Przybytka, twórcy tego wszystkiego, jego synów (wszyscy są medalistami) kilkunastu innych światowej klasy zawodników. Miasto jest słusznie dumne (chociaż samorząd pomagał rzadko i niechętnie). Chociaż zgadzam się z Panem, że szczytem absurdu jest duma z tego, że ktoś gdzieś się urodził, warto być dumnym z dokonań, a nie warto być dumnym z braku wiedzy o arystotelesowym pojęciu człowieka „słusznie dumnego”.
Dorzucę do dumy : Najzdrowszą opinię „w temacie” zawiera – jak często – stary dowcip. Pytają żyda, czy rzeczywiście jest żydem. „Tak, i jestem z tego dumny!” Na pytanie, z czego konkretnie, wyjaśnia : „Gdybym nie był z tego dumny, tak czy inaczej byłbym żydem. To co mi szkodzi być dumnym?”
***
Do siekiery: łagodniejszym rekwizytem byłaby kosa, jako przykład ze starszej niż ks. Tischner góralskiej historyjki. Tam jednemu wykosili i zebrali nocą poletko jęczmienia (może owsa) . Czemuście to zrobili, przecież to kradzież? Ale on w Boga nie wiezy !
Paralela do warszawskiego, z ulicy : nie bij go, weź mu lepiej coś z ubrania!
Widzę, że próbuje być Pan złośliwy a mimo to w najmniejszym stopniu nie wyjaśnił Pan na swoim przykładzie słusznego użycia pojęcia dumy. Co to znaczy, że miasto jest „słusznie dumne” ? To jest zwykły farmazon. Duma powinna być zarezerwowana dla czegoś faktycznie dużego gdzie miało się swój wkład ! W przeciwnym razie jest to tylko pusty frazes. Bo każdy może być dumny ze wszystkiego. Nie tylko z własnych osiągnięć ale również z osiągnięć obcych ludzi. Jestem dumny z bycia Polakiem. Jestem dumnym warszawiakiem. Jestem dumny z drużyny piłkarskiej. Jestem dumny z drogowców bo wylali nowy asfalt przed moim domem. Jestem dumny z Żabki bo wprowadzili moje ulubione chipsy. W takim wypadku „duma” sprowadzona jest do nic nieznaczącego banału, który każdy może używać bez najmniejszego zastanowienia, sensu a przede wszystkim WŁASNEGO WKŁADU. A chyba nie o to tutaj chodzi.
Mógłbym dorzucić jeszcze trochę przemyśleń na ten temat ale nie ma sensu – bo przecież Pan ma już wyrobione zdanie i klapki na oczach 🙂 Pozdrawiam
Czasem jesteśmy słusznie dumni z rzeczy małych. Przyjaciel skończył wielkie badania i przed publikacją w fachowym piśmie czekał na recenzje kolegów po fachu. Czekając odmalował kuchnię i opowiadał, że był potem bardziej dumny z tej kuchni niż z publikacji artykułu. Ja jestem czasem dumny, kiedy udaje mi się powstrzymać przed odpowiadaniem na niezbyt mądre zaczepki. Moje miasteczko jest dumne ze swojego klubu żeglarskiego, co przekłada się na wpłaty od przedsiębiorców, różne prace dla klubu, aktywność młodzieży i inne. Dalszych przemyśleń raczej niech pan ludzkości oszczędzi, obawiam się, że pana duma z nich może być odrobinę na wyrost.
@janwojciech różnica między Krzyżakami, a św. Franciszkiem polegała na tym, że on nie sprawował nigdzie władzy świeckiej. Oni tak. I wtedy wychodziło jak w praktyce traktuje się chrześcijańskie przesłanie. Czyli to o czym mówię.
Natomiast dysputy nad kształtem i formą religii, oraz jej praktycznym zastosowaniem zawsze wiedli nieliczni (by nie rzec margines). Reszta chłonęła. I to się nie zmieniło, nie wiem na czym opiera Pan swoją nadzieję.
Dziękuję, że nie wspomniał Pan Głódzia. Ja też nie wspomnę 🙂