2017-02-23.
Jak podaje Radio Watykan, papież Franciszek wysłał list do uczestników spotkania przedstawicieli Ruchów Ludowych (które odbyło się w Kalifornii w dniach 16-18 lutego) wyrażając swoje wsparcie dla „zintegrowanego rozwoju ludzkości”. Jego przesłanie piątkowe (odczytane 17 lutego) wywołało burzę w mediach konserwatywnych i przeszło bez echa w mediach głównego nurtu.
Spotkanie odbywało się pod hasłem trzech T – „Ziemia, Praca, Dom”, czyli jak to mówią Hiszpanie Tierra, Trabajo y Techo. Wzburzenie wywołało kategoryczne stwierdzenie Papieża, że nie ma muzułmańskiego terroryzmu. Tę tezę Papież lansował już wielokrotnie wcześniej, więc właściwie nic nowego. Chwaląc wysiłki Katolickiej Kampanii na Rzecz Rozwoju Ludzkości Papież mówił o swoim szczęściu na widok działań na rzecz sprawiedliwości i o budowaniu mostów między ludami i jednostkami. „Te mosty mogą przezwyciężyć mury wykluczenia, obojętności, rasizmu i nietolerancji.”
Bardzo to piękne, ale jak mówią, diabeł kryje się w szczegółach. To przesłanie warto przeczytać w całości (tu jest link do jego autoryzowanej, watykańskiej publikacji w języku angielskim), ponieważ wydaje się dobrze pokazywać sposób myślenia głowy Kościoła katolickiego (który skupia bądź co bądź ponad miliard wiernych).
Od dziecka słyszałem, że Kościół kocha ubogich. Zajmując się jednak później historią gospodarki natrafiałem na niezliczone dowody na to, że wysiłki tego Kościoła na rzecz zamienienia ubogich w zamożnych były skromne, raczej mało skuteczne i skłaniały czasem do wniosku, że były mało szczere. Na przestrzeni dziejów Kościół (mówiąc słowami poety) raczej zmierzał do tego, żeby zjadaczy chleba przerobić w anioły niż do tego, żeby zapewnić im owe trzy „T”. (Ani likwidacja niewolnictwa, ani likwidacja pańszczyzny, ani poprawa warunków płacowych robotników przemysłowych nie dokonały się w wyniku zabiegów kościelnej hierarchii, a raczej wbrew oficjalnej doktrynie Kościoła, chociaż byli oczywiście chrześcijanie działający na rzecz zniesienia niewolnictwa, pańszczyzny, wykorzystywania ubogich, czy walczący z dyskryminacją kobiet.)
W swoim przesłaniu papież Franciszek pisze o „niewidzialnej tyranii pieniądza”. Mogło by się zdawać, że tyrania despotów, religijnych fanatyków, zwolenników totalitarnych obłąkanych idei jest doskonale widzialna, zaś niewidzialna tyrania pieniądza wydaje się być pewnym skrótem myślowym, który może raczej ukrywać niż odsłaniać tę rzeczywistą i doskonale widoczną tyranię. Papież stwierdzał:
„Od pewnego czasu zderzamy się z kryzysem dominującego paradygmatu. Mówię tu o systemie, który powoduje niesłychane cierpienia ludzkiej rodziny, równocześnie uderzając w ludzką godność i w nasz Wspólny Dom, by podtrzymać niewidzialną tyranię pieniądza, która gwarantuje przywileje wyłącznie nielicznym.”
Czy wolno to uznać za krytykę systemu kapitalistycznego i wolnego handlu? Pochodzący z ultrakatolickiej Ameryki Łacińskiej papież, wydaje się kroczyć śladami świętego Tomasza Morusa i raz jeszcze proponować cokolwiek utopijne rozwiązania w postaci jakiegoś pierwotnego komunizmu. Katolicyzm jest mocno zakotwiczony w feudalizmie i w katolickiej mentalności idea, że ludzie mogą się bogacić razem, a nie jeden kosztem drugiego, i że to wolny handel otwiera drogę do skutecznej walki z nędzą i nierównością, wydaje się być kompletną aberracją.
A jednak to wolny handel (i chęć zysku) wyzwala ludzką pomysłowość radykalnie zmieniając jakość życia nie tylko tych nielicznych, jak to imputuje papież Franciszek, ale miliardów i to szczególnie tych ludzi, którzy wcześniej traktowani byli jak bydło robocze.
Tomasz Morus był również pełen empatii dla ubogich i rozdzierał szaty z powodu tyranii pieniądza, która popychała właścicieli ziemskich do porzucenia troskliwej opieki nad chłopami, przerzucając ich zainteresowanie na paskudne owce.
Nie mogę wykluczyć, że w przesłaniu Papieża ukrywa się więcej niż umiałem odczytać, gdyż Papież mówił o znakach czasu, o dehumanizacji, o tym, że straciliśmy już wiele czasu i że kryzys, to nie tylko zagrożenie, ale i okazja. (O czym zaświadcza sposób w jaki słowo „kryzys” zapisują Chińczycy.)
Wielkim niebezpieczeństwem – powiedział Papież – jest pozbawianie praw bliźnich. (Poczułem przypływ bliskości, co akurat z tym papieżem wydaje się łatwiejsze niż z poprzednim.) Wszystko jedno, czy powstrzymanie się od pozbawiania praw naszych bliźnich dyktuje nam religia, czy humanizm, rzecz jest naprawdę warta grzechu i przynosi stokrotne zyski. Papież przechodzi następnie do pytania, kim jest nasz bliźni i odwołując się do Ewangelii według świętego Łukasza, przypomina, że to nie chodzi tylko o krewnego, ani o rodaka, ani nawet wyłącznie o współwiernego.
Pojawienie się w tym miejscu dobrego Samarytanina było pewne jak w banku. Współczucie i miłość, powiada Papież – to nie są jakieś ulotne sentymenty, to wymaga od nas zaopiekowania się i zapłacenia rachunku.
Muszę przyznać, że w tym momencie uświadomiłem sobie, że opowieść o dobrym Samarytaninie właściwie nie zajmuje się bandytami, którzy pobili i okradli człowieka na drodze. Może słusznie, bo w takiej sytuacji najważniejsza jest szybka pomoc, a jednak coś mnie tu zaniepokoiło i z zaciekawieniem czytałem kolejny akapit przesłania.
„System ekonomiczny, w którego centrum są pieniądze i który czasami działa z brutalnością rabusiów z tej przypowieści, wyrządza krzywdy, które w karygodnym stopniu są lekceważone. Globalna społeczność często odwraca głowę udając niewinność. Pod przykrywką, że jest to politycznie poprawne lub ideologicznie modne, patrzy się na tych, którzy cierpią nie tykając ich. To są telewizyjne obrazy, o których rozmawia się używając eufemizmów, z pozorną tolerancją, ale nic nie jest robione, by wyleczyć społeczne rany lub przeciwstawić się strukturom, które pozostawiają w przydrożnych rowach naszych braci i siostry. Ta pełna hipokryzji postawa, odmienna od tego, co zrobił dobry Samarytanin, pokazuje brak prawdziwego oddania ludzkości.”
Byłem przekonany, że Papież ma tu głównie na myśli swoją rodzinną Amerykę nazywaną Łacińską, co jest eufemizmem na jej religijną tożsamość. Przypomniał mi się mój mistrz, też pochodzący z tego kontynentu, pierwszy i jak dotąd jedyny czarny laureat Nagrody Nobla w ekonomii, Arthur W. Lewis, który przeprowadził szczegółową analizę tak krajów w Ameryce Łacińskiej (w tym w Argentyny), jak i w Afryce, dochodząc do wniosku, że to nie kapitalizm i nie kolonializm uniemożliwiały przyznanie praw bliźnim, a ziemiaństwo, chciwość własnych elit, usprawiedliwiana i wspierana przez mentalność religijną. Dodatkową kulą u nogi, pisał Lewis, było ustawiczne zwalanie winy na innych, na Brytyjczyków i Amerykanów, którzy w żaden sposób nie zabraniali udostępnienia owych trzech T.
Najwyraźniej jednak papież Franciszek pisząc te słowa nie miał na myśli swojej ojczystej Argentyny i jej historii. Mówił ogólnie o zagrożeniach ludzkości, wśród których na pierwszym miejscu wymienił kryzys ekologiczny. Zdawać by się mogło, że przypowieść o dobrym Samarytaninie powinna była uświadomić, że to nie globalne ocieplenie zabiło w ostatnich latach setki tysięcy ludzi w Syrii, że to nie globalne ocieplenie pozbawiło ziemi, pracy i domów dziesiątki milionów ludzi w Iraku, w Syrii w Pakistanie, Afganistanie i w wielu krajach Afryki. Ocieplenie jest faktem, ale zagrożeniem dalszym, z którym walka wymaga ogromnych ilości pieniędzy, których zawsze będzie za mało, więc warto rozmawiać o strategii i ich mądrym wydawaniu. W tym przemówieniu dziwi, że Papież zaczyna od sprawy, która z dobrym Samarytaninem kiepsko się kojarzy.
Mówiąc o klimacie Papież powołuje się na konsensus naukowców w sprawie globalnego ocieplenia, ale ciekawe, że natychmiast dodaje, iż nauka nie jest jedynym źródłem wiedzy. Stwierdza następnie: „Jest również prawdą, że nauka niekoniecznie jest ‘neutralna’, często ukrywa ideologiczne poglądy lub ekonomiczne interesy.” To akurat jest święta prawda, w szczególności w takich naukach jak socjologia, ekonomia, teologia i podobne, ale również w nauce o klimacie widać wyraźne ślady sporów ideologicznych, nie wspominając już o takich sprawach jak finansowanie badań nad komórkami macierzystymi, czy nad zapłodnieniem in vitro, gdzie obserwowaliśmy i nadal obserwujemy silne, motywowane ideologicznie, naciski, by to finansowanie ukrócić. Wracając jednak do klimatu, Papież wzywa byśmy nie popadali w zaprzeczenie i bronili Stworzenia, czyli „Siostry Ziemi”.
Dopiero na tym etapie pojawiają się słowa, które poruszyły braci dziennikarzy i siostry dziennikarki. Ten akapit trzeba przytoczyć w całości, bo już obrósł licznymi nieporozumieniami.
Inna refleksja, którą podzieliłem się podczas ostatniego Światowego Spotkania Ruchów Ludowych, a którą odczuwam za tak ważną, by powtórzyć ją ponownie: żaden naród nie jest przestępczy i żadna religia nie jest terrorystyczna. Nie istnieje chrześcijański terroryzm, nie istnieje żydowski terroryzm i nie istnieje muzułmański terroryzm. One nie istnieją. Nie ma narodu przestępców, narodu handlarzy narkotyków, ani gwałtowników. „Biedni i biedniejsi ludzie oskarżani są jednak o przemoc, nie mając równych możliwości, różne formy agresji i konfliktów znajdują żyzną glebę do rozwoju i ostatecznie eksplodują.” (cytat z Evangelii Gaudium §59). Są fundamentaliści i agresywne jednostki we wszystkich narodach i we wszystkich religiach – a przez nietolerancyjne generalizacje stają się silniejsi, ponieważ karmią się nienawiścią i ksenofobią. Reagując miłością na terror działamy na rzecz pokoju.
Trudno te słowa zinterpretować. To zapewne przez grzeczność i z miłości Watykan nie krytykował Hitlera ani Pinocheta. To zapewne przez grzeczność i z miłości ani ten papież, ani żaden inny nie reagował na masowe mordy organizowane na rozkaz Najwyższego Prawodawcy Islamskiej Republiki Iranu, to zapewne z powodu miłości nie słyszeliśmy z Watykanu krytyki wzywania przez przywódców religijnych do nienawiści i zabijania innowierców, to zapewne miłość kazała powstrzymywać się z krytyką programów szkolnych uczących dyskryminacji i potępiających nauczanie dziewczynek. To miłość zapewne dyktowała powstrzymywanie się od krytyki dosłownego interpretowania pism rzekomo świętych. A przecież taka dosłowna interpretacja pism rzekomo świętych nie była dziełem odosobnionych fanatycznych jednostek, jest nauczana w szkołach dla duchownych, jest masowo przekazywana z ambon, jest wspierana przez tyranów i ich służby bezpieczeństwa.
Podobnie jak bezmiar zacofania Ameryki Łacińskiej można w ogromnym stopniu przypisać religijnej mentalności, tak koszmarne zacofanie społeczeństw muzułmańskich jest związane z motywowaną religią odmową przyznania praw bliźniemu. Milczące tolerowanie tego nie ma żadnego usprawiedliwienia. Tak, to prawda, niemal wszystkie religie produkują fanatyków, tak, Biblia i Koran zawierają nieludzkie nakazy, które głęboko wierzący, czy jak woli Papież fanatyczni, tyrani wykorzystują do pozbawiania praw bliźniego i do pozbawiania życia, by terrorem ustanowić królestwo boże na ziemi. Był nazistowski terror, był komunistyczny terror, był chrześcijański terror i jest muzułmański, islamistyczny terror. Jego ofiarami są przede wszystkim muzułmanie, ale również mniejszości chrześcijańskie, jazydzkie, żydowskie, kurdyjskie, czy animistyczne (o gejach i ateistach nawet nie wspominając).
To zaprzeczanie faktu, że dzisiejsza fala terroru jest powiązana z religią muzułmańską, z ideologią religijnej supremacji, a zamachy przeprowadzane są przez ludzi, którzy oddają życie za wiarę, a nie dla poprawy swojego materialnego losu, nie z powodu tego, że światem rządzi pieniądz, ale krzycząc Allahu akbar – Allah jest większy.
Jedyna papieska krytyka islamu w naszych czasach delikatnie dotykała tego problemu. Benedykt XVI podczas wykładu w Ratyzbonie we wrześniu 2006 roku przywołał dialog między bizantyjskim cesarzem Manuelem II Paleologiem a wykształconym Persem. Ten dialog miał miejsce podczas oblężenia Konstantynopola na przełomie XV i XVI wieku (prawdopodobnie spisał go sam cesarz).
Benedykt XVI w swoim wykładzie cytował:
„W siódmej rozmowie (διάλεξις — kontrowersja) opracowanej przez prof. Khoury’ego, cesarz dotyka tematu dżihadu (świętej wojny). Cesarz musiał wiedzieć, że w surze 2,256 napisano: „Nie ma przymusu w religii”. Jest to jedna z sur wczesnego okresu, gdy Mahomet był jeszcze słaby i zagrożony. Ale oczywiście cesarz znał także przepisy, utworzone później i spisane w Koranie, dotyczące świętej wojny. Nie wchodząc w szczegóły, takie jak różnica traktowania przyznana tym, którzy mają „Księgę” oraz „niewiernym”, zwraca się do swego rozmówcy dość szorstko, zadając kluczowe pytanie na temat ogólnej relacji między religią a przemocą, w następujących słowach: „Pokaż mi, co przyniósł Mahomet, co byłoby nowe, a odkryjesz tylko rzeczy złe i nieludzkie, takie jak jego nakaz zaprowadzania mieczem wiary, którą głosił”. Cesarz kontynuuje, tłumacząc szczegółowo powody, dla których rozpowszechnianie wiary przemocą jest czymś nierozumnym.”
Moglibyśmy powiedzieć, przyganiał kocioł garnkowi. Bizancjum nie było imperium misjonarzy-mówców, jego militarną potęgę osłabiła dwieście lat wcześniej armia chrześcijańskich krzyżowców i ostatecznie upadło pod ciosami innej teokracji.
Uwagi Benedykta XVI wywołały wiele złej krwi i spowodowały kilka ofiar śmiertelnych, zaś postronny obserwator mógł odnieść wrażenie, że głowa Kościoła katolickiego mogła dla przyzwoitości wspomnieć, że chrześcijaństwo nie było tak słodkie jak je bizantyjski cesarz malował, chociaż historycy mają poważny problem z doliczeniem się, kto rozlał więcej krwi w walce o panowanie bożych praw.
Pewne wydaje się jedno, demokracje, w których rządzi pieniądz, a raczej w których bliźni mają równe prawa i mogą swobodnie sprzedawać owoce swojej pracy, nie tylko powodują mniej cierpień, ale skutecznie redukują nędzę i cierpienia. Natomiast walczący o ustanowienie królestwa bożego na ziemi w formie nowego kalifatu produkują nieustannie coraz więcej nędzy i cierpienia. Jeśli papież Franciszek tego nie widzi, to może być to skrzywienie zawodowe. Jest rzeczą zrozumiałą, że z racji swojej funkcji chciałby Bogu nieba przychylić, negując jednak, że islamistyczny terroryzm ma religijny charakter i dopatrując się winy za działania fanatyków w niesprawiedliwościach kapitalizmu może poważnie utrudniać skuteczną pomoc ofiarom islamistycznego terroru.
Hasło „wierzący wszelkiej maści łączcie się” nie wydaje się specjalnie racjonalne, a może również przybliżać przelanie się religijnych wojen na obszary świata, na których udało się położyć im kres.
Papież Franciszek kończy swoje przesłanie obietnicą modlitwy i prośbą o modlitwę. W tym samym czasie muzułmańska aktywistka w Ameryce przekonuje, że szariat jest piękny, a jak islam zwycięży, to my również będziemy mieli banki udzielające pożyczek bez procentów. Ona też walczy o lepszy świat, w którym nie ma rządów pieniądza (uciekła z niego i naprawdę wie, jaki jest piękny).
Linda Sarsour, bo o niej tu mowa, była niedawno twarzą Marszu Kobiet w Waszyngtonie, Niektórzy uznali to za kiepski dowcip i jak ona sama pisze, dostała sporo agresywnych maili, ale i wiele wyrazów poparcia.
Wsparła ją modlitwą na twitterze Maria Dautruche pisząc:
#MódlsięzaLindę „Niech Bóg ją uzbroi i niech porazi jej wrogów tam gdzie stoją!… AMEN pokój & moc z tobą.”
Do tej modlitwy (zachowując własną liturgię), dołączyła organizacja obrońców praw człowieka Human Rights Watch tweetując:
„Stoimy zjednoczeni z aktywistką i wiceprzewodniczącą #MarszuKobiet @lsarsour i potępiamy nienawistne ataki przeciwko niej. #MaszerujzLindą”


Papiez odrzucil Panska smiala teze utozsamiajaca islam z terroryzmem islamskim i politycznymi islamistami – wspolczuje Panu, ale to papiez ma racje w tym sporze. Dowodem jest kobieta, ktora wspomnial Pan na koncu swojego niekrotkiego artykulu: p. Linda Sansour, walczaca z dyskryminacja mulzumanow w Nowym Jorku, zbierajaca warunkach supersprawiedliwego kapitalizmu i globalizacji liche 55 000 USD na odnowienie cmentarza zydowskiego zniszczonego przez wandali, uznajaca w publicznych wypowiedziach prawo Izraela do istnienia [1], co moze swiadczyc o szalenczej odwadze, jesli wierzyc choc w polowe Panskich „dowodow” na wrecz „animalna” nienawisc Palestynczykow do Zydow i Izraela. No ale Pan widac musi ja opluc a’la Jaroslaw Kaczynski, tzn. blizej niesprecyzowana insynuacja o zaprowadzaniu szariatu, bo ta straszna kobieta wspiera rowniez pokojowa walke Palestynczykow o swoje prawa pod okupacja izraelska i krytykuje, razem z takimi „znanymi antysemitami” jak Barack Obama, izraelska polityke na terytoriach okupowanych. Czasem naprawde mi Pana szkoda, gdy Panska publicystyka staje sie niepokojaco podobna do wypowiedzi ludzi, ktorych metody i dzialania krytykuje Pan jakze slusznie w warunkach polskiej polityki.
[1] https://en.wikipedia.org/wiki/Linda_Sarsour
Kiedy człowiek czyta polemikę uczonego wikipedysty staje przed trzema możliwościami: zignorowania (najbardziej wskazane), obszernej odpowiedzi merytorycznej (np. dlaczego organizatorzy Inkwizycji byli chrześcijanami, a nie tylko jakąś grupką fanatyków nie mającą nic wspólnego z Kościołem, dlaczego zbiór tweetów pani Sarsour i przegląd jej wypowiedzi mówi nam więcej niż lukrowana notka w wikipedii oraz dlaczego badacze uważają, że cały świat islamski jest przesiąknięty irracjonalnym i morderczym antysemityzmem, a Palestyńczycy są bardziej morderczo antysemiccy niż inne grupy muzułmańskie), lub krótką, najlepiej w formie obrazkowej. Wybrałem tę ostatnia opcję.
Zagladnalem na Twitterowe konto p.Sarsour i znalazlem tam straszne rzeczy: wezwania do roznych akcji wspierajacych Partie Demokratyczna i zwalczajacych Donalda Trumpa. Czy dobrze rozumiem, ze to jest dla Pana rownoznaczne z pozbawianiem kobiet i gejow ich praw obywatelskich? Poki nie poda Pan jakiegos niefejkowanego cytatu, pozostaje Pan Jaroslawem Kaczynskim Studia Opinii – czekam z niecierpliwoscia na Panska merytoryczna odpowiedz.
Nawet w pogardzanej przez Pana Wikipedii sa linki do kontrowersji otaczajacych p. Sarsour, ale :
1. sa firmowane przez takich gigantow obiektywnego, opartego na faktach dziennikarstwa jak Fox News i Toronto Star, co budzi zrozumiala ostroznosc i wzmaga dociekliwosc
2. linkowane artykuly nie podaja doslownych cytatow, ani zrodel, ani zadnych weryfikowalnych faktow, poza deklaracja, ze p. Sarsour to zlo wcielone zwalczajace kobiety i gejow i chodzace do tego w chustce na glowie, czyli dostarczaja mnostwa kukizopodobnego hejtu i insynuacji a’la Jaroslaw K – dla mnie to belkot ideolo. Na tej samej zasadzie uchodzcy roznosza pierwotniaki, Tusk zaprzedal sie Merkel, a Obama jest antysemita. Zrodel brak.
Moze Pan uznaje takie dziennikarstwo za miarodajne. Jesli tak, prosze zaczac korzystac z dorobku komentatorow wSieci i niezaleznej – to chyba mniej wiecej ten sam poziom rzetelnosci dziennikarskiej.
Dla osób zainteresowanych osobą pani Sarsur podrzucam dwa linki (niestety oba są do tekstów po angielsku:
https://areomagazine.com/2017/01/27/the-trouble-with-linda-sarsour/ oraz http://abuyehuda.com/2017/02/the-sarsour-gambit/
Niepotrzebnie tak ostro, panowie. To jest problem, a nie znam takiego, który rozwiązano w ostrym starciu.
Nie wiem czy papież ma rację czy nie, ale już nazwa „Katolicka Kampania na Rzecz Rozwoju Ludzkości” mówi mi, że to kolejny wysiłek na rzecz odzyskania przez KK roli „rozgrywającego”, którą to rolę w większej części świata już na dobre utracił.
Kiedyś zajmowałem się z konieczności historią ekumenizmu i to co było gołym okiem widoczne, to właśnie wysiłek, by wszystkiemu przewodzić, wszędzie mieć głos decydujący.
I to się wtedy udało. Dziś mało który katolik wie, że ruchy ekumeniczne nie miały na początku nic wspólnego z KK, wręcz przeciwnie – były przezeń zwalczane i wyszydzane. Jeszcze w 1925 roku w „Historii Kościoła” pisanej przez włocławskiego biskupa Krynickiego czytamy o porozumieniach między anglikanami i prawosławnymi, pisane z wyraźną uciechą „ale nic im z tego nie wyszło”.
Potem zaczęło wychodzić i stwierdzono, że skoro nie udało się tego zwalczyć, to trzeba to opanować.
Dziś w Polsce wielu wierzy, że ekumenizm to łaska JPII, który ten ruch stworzył.
Do p. Koraszewskiego jedna uwaga.
„Od dziecka słyszałem, że Kościół kocha ubogich. Zajmując się jednak później historią gospodarki natrafiałem na niezliczone dowody na to, że wysiłki tego Kościoła na rzecz zamienienia ubogich w zamożnych były skromne, raczej mało skuteczne i skłaniały czasem do wniosku, że były mało szczere.”
Nie stawiałbym takiej tezy o braku „szczerości”. Nigdy i nigdzie nikt nie powiedział, że kochając ubogich KK zamierza uczynić ich bogatymi. Takiej deklaracji nie było i nie ma zarówno w Biblii jak i w praktyce Kościoła. To co najlepsze ofiarowuje im się po śmierci. W Ewangeliach ma Pan coś wręcz przeciwnego – wyzbywanie się bogactw i brutalna kara za ich ukrywanie przed wspólnotą.
Na tym zresztą polegała odmienność i religii żydowskiej i chrześcijaństwa od innych wyznań obecnych w starożytnym Rzymie i było powodem nazywania ich „zgubnym zabobonem” (chociaż nie było powodem prześladowań, jak chcą historycy kościelni).
Chyba jedynym wyznaniem, które bogacenie się doczesne chwaliło był kalwinizm, co wcale nie przeszkodziło mu być najbardziej brutalnym odłamem chrześcijaństwa w swoim czasie.
Faktycznie religia katolicka nie obiecuje ubogim poprawy jakości życia, co nie znaczy, że nie było możliwości zmiany tego stanowiska, księża społecznicy, księża katoliccy w ruchu spółdzielczym to był interesujący ruch (który nie znalazł poparcia Watykanu, ani lokalnej hierarchii). U nas w początku lat 90. wygrzebałem kilka niesamowitych postaci księży, próbujących ożywić ruch spółdzielczy. Rozmawiałem o tym z publicystą „Tygodnika Powszechnego” i pytałem dlaczego ich nie pokazują. Odpowiedź mnie dobiła – „nie będziemy przecież naśladować socjalistycznej prasy i lansować bohaterów pozytywnych”.
Kapitalna odpowiedź 🙂
Też znam historię pewnego księdza z Kaszub z pocz. XXw, który organizował banki ludowe, wyjazdy za pracą itd. Od biskupa dostał w nagrodę zakaz kontynuowania pracy naukowej, którą planował.
Oczywiście, że uderza brak troski o życie doczesne, ale skoro doktryna wyraźnie mówi, że to „marność nad marnościami” to dla wielu kościelnych decydentów może być wygodnym alibi. Najdziwniejsze, że obiecywane życie wieczne też nie jest specjalnie atrakcyjnie ukazywane 🙂
w jednej z buddyjskich świątyń natrafiłem na wąskie drzwi do jednego z pomieszczeń, naokoło straszyły przerażające przeciskających się smoki lecz zapisane nieopodal wyjaśnienie uprzejmie informowało, że aby przez nie przejść należy najpierw odpowiednio schudnąć. Papież zapisał swoje przekonania dotyczące tego co ludziom wierzącym przeszkadza na ich drodze a odnosząc się do wielu religii wskazał jego zdaniem na ich funkcję najbardziej istotną, pozytywną, i zwrócił uwagę na zagrożenia. Nie namawiając do ascezy podzielił się przekonaniem jak należałoby postępować żeby mieć więcej szczęścia a znana buddyjska przypowieść mówi o braku potrzeby zabierania ze sobą łódki po przepłynięciu przez rzekę.
Przyglądając się rozwojowi światowej gospodarki, ekonomista zwróciłby uwagę na zagrożenia wynikające z globalnego systemu nierównowagowego rozwoju a zasady społecznej odpowiedzialności biznesu prowadzą także do większej efektywności. Pro captu lectoris habent sua fata libelli, także mogłem tu czegoś nie zrozumieć, być może chodzi o to kto jest lepszy, lecz wtedy wystarczyłoby aby wszyscy zaczęli lepiej postępować.