Piotr Stokłosa: Z Tocquevillem o demokracji

2017-03-05.

[dropcap]G[/dropcap]dy nachodzą mnie wątpliwości, sięgam po klasyków. Jednym z nich jest Alexis de Tocquville (1805-1859), błyskotliwy francuski arystokrata, który w wieku zaledwie dwudziestu sześciu lat wyruszył na zlecenie swojego rządu do Stanów Zjednoczonych Ameryki, by zbadać funkcjonowanie tamtejszego systemu penitencjarnego. Jako sumienny urzędnik raport o więzieniach napisał, jednak, o ironio, w wyniku swoich obserwacji z dziewięciomiesięcznej podróży po Nowym Świecie, stworzył też niezwykłe dzieło o wolności – genialną analizę zatytułowaną O demokracji w Ameryce (pierwsze wydanie: 1835 r.) którą do dzisiaj uważa się za jedno z najlepszych studiów społeczeństwa demokratycznego.

Muszę też pokrótce wyjaśnić, o jakie wątpliwości chodzi i dlaczego mnie naszły. Otóż jeden z moich bliskich znajomych w dyskusji na temat bieżącej sytuacji politycznej w Polsce, gdy zacząłem używać podniosłych argumentów o zagrożeniu demokracji, stwierdził nad wyraz jednoznacznie, że „demokracja nie jest dla niego wartością samą w sobie”. Zamarłem po tych słowach, bo oto ktoś zachwiał moim paradygmatem, zasadził się na moją najmojszą i najoczywistszą oczywistość, sprofanował świętość.

A potem zacząłem się zastanawiać. No bo czemuż niby demokracja miałaby być tak cenna, by warto jej bronić? Wiele narodów i społeczeństw przez dziesięciolecia – a nawet wieki – jakoś obywało się bez niej i mimo to przetrwało. Nie definiuje też sensu życia jednostek, które również jakoś egzystują i rozmnażają się w systemach całkowicie niedemokratycznych. Po cóż więc demokracja, skoro nie stanowi podstawy bytu ani społeczeństwa, ani pojedynczego człowieka?

Poczułem, że klucz do rozwiązania problemu zawiera się w słowie „jakoś”. Nie potrafiłem jednak sformułować wystarczająco przekonujących myśli, które to „jakoś” rozebrałyby na czynniki pierwsze. Udałem się więc po poradę do mego mistrza Alexisa, by zadać mu kilka pytać i w jego słowach znaleźć potwierdzenie, że „rządy ludu” to mimo wszystko najlepszy z wynalezionych systemów politycznych.

Drogi panie de Tocqueville. Tak wychwalasz zalety demokracji i samostanowiącego społeczeństwa obywatelskiego. Czyż jednak nie można przypuszczać, że znajdą się tacy, którzy mądrzej pokierują naszym narodem, gdy oddamy im pełnię władzy? Czy nie podejmą właściwszych decyzji ekonomicznych, nie zawrą korzystniejszych sojuszy, nie zatroszczą się lepiej o potrzebujących i nie zapewnią bezpieczeństwa? Zaś my, zwykli obywatele, będziemy mogli cieszyć się naszymi indywidualnymi wolnościami, bez zajmowania się skomplikowanymi sprawami władzy i podejmowania trudnych decyzji? Innymi słowy, czy autorytarny rząd centralny nie jest lepszy od tego całego chaosu, jaki niesie z sobą demokracja?

Władza centralna, jakkolwiek by była oświecona i przemyślna, nie jest w stanie sama objąć wszystkich szczegółów życia wielkiego społeczeństwa. Nie jest w stanie, ponieważ podobne przedsięwzięcie przekracza ludzkie siły. Jeżeli usiłuje sama stworzyć i puścić w ruch tyle różnych sprężyn, zadowala się bardzo miernymi rezultatami lub wyczerpuje w daremnych wysiłkach.*

Jednak autorytarna władza, jak sama nazwa wskazuje, może rozkazywać. Może dekretami i silną ręką wskazywać kierunek i kierować niezbędne siły tam, gdzie one akurat są najbardziej potrzebne. Tak jest szybciej i prościej niż w systemie demokratycznym z jego bezwładnymi procedurami.

Gotów jestem przyznać, jeżeli komuś na tym zależy, że miasta i hrabstwa Stanów Zjednoczonych byłyby skuteczniej administrowane przez obcą im centralną władzę, działającą z pewnej odległości, niż przez własnych urzędników. Gotów jestem nawet przyznać, że jeżeli administracja skupiona byłaby w jednym ręku, można by w Ameryce bezpieczniej żyć i robić lepszy użytek z zasobów sił społecznych. Lecz korzyści natury politycznej, które Amerykanie czerpią z decentralizacji, wystarczają im, by ten system przenosić nad przeciwny.

Ostatecznie cóż mi z tego, że władza jest wszechobecna, że czuwa zawsze nad tym, bym bezpiecznie zażywał przyjemności, że wyprzedza każdy mój krok, by usunąć mi z drogi niebezpieczeństwa, zanim zdążę o nich pomyśleć, jeżeli ta sama władza, która tak usilnie oszczędza mi przykrości, jest zarazem absolutną panią mojej wolności i mojego życia, monopolizuje wszelki ruch i wszelkie istnienie do tego stopnia, że wszystko usycha, kiedy ona marnieje, i wszystko usypia, kiedy ona zapada w sen — że wszystko umiera razem z nią?

Panie hrabio, przyznaj jednak, że wiele było narodów, które poprzez nakazane z góry działania i zcentralizowany nadzór nad ich realizacją osiągnęło zdawałoby się nieosiągalne cele.

Myślę, że centralizacja administracyjna służy wyłącznie temu, by pozbawiać energii podporządkowanych jej ludzi, ponieważ usilnie się stara osłabić ich obywatelskiego ducha. To prawda, że centralizacja administracyjna jest w stanie spowodować koncentrację sił narodu w określonym czasie i miejscu, lecz ogromnie utrudnia regenerację tych sił. Doprowadza naród do tryumfu w dniu walki, lecz na dłuższą metę wycieńcza go. Może więc przyczynić się do przelotnej chwały jednego człowieka, lecz nie zapewnia trwałej pomyślności narodu.

Wielu moich pobratymców powiada, że po latach liberalnych rządów pojawiła się potrzeba uporządkowania pewnych spraw, skorygowania błędów, rozliczenia nieuczciwych i nieudolnych? Mówią, że gdyby w swoim czasie tamte sprawy były nadzorowane przez silną centralną władzę, pewnie nadużyć i błędów byłoby znacznie mniej.

Centralizacji bez trudu udaje się nadać różnym sprawom bieżącym pozory porządku, umiejętnie doglądać szczegółów publicznego ładu, poskramiać niewielkie zaburzenia i drobne wykroczenia, utrzymywać społeczeństwo w pewnym status quo, które nie oznacza ani upadku, ani postępu, wreszcie zachowywać pewną ospałość życia publicznego, którą administratorzy zwykli nazywać ładem i spokojem. Krótko powiedziawszy, centralizacja celuje w zapobieganiu, nie zaś w działaniu. Kiedy chodzi o to, by głęboko poruszyć społeczeństwo, by spowodować jego przyspieszony rozwój — jej siły zawodzą. Gdy ta ogromna machina musi odwołać się do pomocy jednostek, ujawnia natychmiast swą słabość — ze zdumieniem stwierdzamy, że jest bezsilna. (…) Człowiek jest istotą, która przenosi bierność nad zniewolone dążenie ku nieznanemu sobie celowi.

Zgodzisz się jednak, że na przykład przy wydawaniu środków publicznych na poziomie lokalnym dochodzi często do nieprawidłowości i marnotrawstwa. Czy nie będzie lepiej, jeżeli to władza centralna podejmie się gospodarowania tymi pieniędzmi?

Europejscy stronnicy centralizacji utrzymują, że władze rządowe lepiej administrują poszczególnymi częściami kraju, niż mogłyby to czynić one same. Jest to być może prawdziwe wtedy, kiedy rząd jest światły, a władze lokalne prymitywne, kiedy rząd jest czynny, a władze lokalne bierne, kiedy rząd wreszcie nawykł do działania, a władze lokalne do posłuszeństwa (…).Uważam jednak, że nie jest to prawdziwe w odniesieniu do społeczeństwa oświeconego, które ma świadomość swych interesów i nauczyło się o nie dbać, tak jak to się dzieje w Ameryce. Jestem wręcz przekonany, że w tym wypadku zbiorowa siła obywateli będzie zawsze skuteczniej działała na rzecz społecznego dobrobytu niż władza rządowa.

A czy uważasz, że my Polacy możemy się zaliczyć do takich oświeconych społeczeństw?

Są w Europie kraje, których mieszkańcy uważają się jakby za osadników obojętnych na losy ziemi, na której żyją. Największe zmiany dokonują się w kraju bez ich udziału. Nie wiedzą nawet dokładnie, co się dzieje, zaledwie się czegoś domyślają i przypadkowo dowiadują się o niektórych wydarzeniach. Co więcej, stan ich miasta, spokój ich ulicy, los ich kościoła i plebanii wcale ich nie zajmują. Sądzą, że wszystkie te sprawy w żadnej mierze ich nie dotyczą i że należą do potężnego nieznajomego, zwanego rządem. Ludzie ci cieszą się swymi dobrami tak, jak cieszą się nimi przejściowi użytkownicy, albowiem wyzbyci są zmysłu posiadania oraz chęci ulepszania czegokolwiek. (…) Ludzie ci, którzy tak całkowicie wyzbyli się wolnej woli, nie kochają zresztą poddaństwa bardziej niż inni. Ulegają, to prawda, samowoli najmarniejszego urzędnika, lecz gdy tylko ustąpi siła, pastwią się nad prawem jak nad pokonanym przeciwnikiem.

Czy to jednak źle, jeżeli większość ludzi nie interesuje się polityką, lecz po prostu cieszy się życiem i jedyne, czego pragną, to „święty spokój”?

Jeżeli naród dojdzie do takiego stanu, musi zmienić swe prawa i obyczaje lub zginąć, ponieważ wyschło w nim źródło cnót publicznych. Ma jeszcze poddanych, ale nie ma obywateli.

Dziękuję, nie mam więcej pytań.

Piotr Stokłosa


*) Wszystkie zacytowane „wypowiedzi” Alexisa de Tocqueville pochodzą z polskiego wydania O demokracji w Ameryce, PIW, Warszawa 1976, w tłumaczeniu Marcina Króla.

 

Print Friendly, PDF & Email

8 komentarzy

  1. j.Luk 2017-03-05
    • A. Goryński 2017-03-06
  2. Mr E 2017-03-06
  3. andrzej Pokonos 2017-03-06
  4. slawek 2017-03-06
    • andrzej Pokonos 2017-03-06
  5. Sir Jarek 2017-03-08
  6. aquinus 2017-03-12
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com