Andrzej C. Leszczyński: Pulpa

192017–04–19.

[dropcap]P[/dropcap]ulpa, czyli miazga. Breja. Stan pozbawiony ziarnistości, struktury. Półprodukt ze zgniecionego materiału. Z drewna, owoców, makulatury. Także z ludzi poddanych ideologicznemu walcowi, co to przychodzi i wyrównuje. Ujednolica, pozbawia indywidualności. Zamienia w magmę. Spłaszcza. Zamazuje granice.

Szczególnego sensu nabierają w tym kontekście słowa Donalda Trumpa, mówiącego, że kocha źle wyedukowanych wyborców. Może nie myślał o dobrym wyedukowaniu ich, wydobyciu z ciemnoty, ale o tym, że łatwo takich wcisnąć do przygotowanej foremki?

Walec

[dropcap]Z[/dropcap]nany mikrobiolog prof. René Dubos w książce pt. „A God Within” (tytuł polskiego przekładu „Pochwała różnorodności” chyba lepiej oddaje jej treść) mówi o widocznym w naturze dążeniu do jedności, związanym ze wspólnym źródłem (pierwotną protoplazmą) życia. Podkreśla zarazem, że znacznie potężniejsza od tendencji unifikującej jest tendencja różnicująca, czego efektem jest trudna do ogarnięci różnorodność rzeczywistości nieożywionej, organicznej i społecznej. Właśnie różnorodność wydaje mu się interesująca. Pisze: „Wolę wydobywać to, co szczególne, niż to, co ogólne – nie podobieństwa, lecz różnice. Doceniam rzecz jasna znaczenie faktu, ze ludzie i małpy mają wiele cech wspólnych, bardziej jednak interesuje mnie ich niewątpliwa odmienność. I znacznie bardziej ciekawi mnie to, co poszczególny człowiek ma do powiedzenia, niż fakt, iż wszyscy normalni ludzie umieją mówić”.

Poszczególność tę widać na każdym kroku. Żyjemy w rzeczywistości zróżnicowanej pod względem językowym, kulturowym, rasowym, wyznaniowym, obyczajowym itp. Także biologicznym: wśród siedmiu miliardów żyjących dziś ludzi nie ma dwóch identycznych, a wśród kilkudziesięciu miliardów tworzących gatunek – nigdy nie było.

Ale widać też, że w ponowoczesnej kulturze zakres różnic maleje. Żywy w niej nurt posthumanistyczny podważa takie opozycje, jak natura – kultura, człowiek – zwierzę, naturalne – sztuczne. Zanika odmienność prawdy i fałszu (nazywanego postprawdą) czy rzeczywistości realnej i wirtualnej. Zamazują się podziały, które schematyzując rzeczywistość – są źródłem napięć i pragnień. Zostaje homogeniczna miazga.

Zajmowanie się tym co ogólne nie jest oczywiście nadużyciem. Rzecz w wyborze, w ukierunkowaniu uwagi, w uznaniu, że może rzeczywiście diabeł tkwi w szczegółach. Wiem że wszystko co mnie otacza jest rojem wirujących atomów, chcę jednak niektóre z nich nazywać krzesłem, inne książką, jeszcze inne kieliszkiem. Wiem, że realny świat to świat  dany mi w doświadczeniu wewnętrznym, chcę go jednak od tego doświadczenia odróżniać. Wiem, że pojęcie natury, która jest sama w sobie „niema, bezwonna i bezbarwna” (Russel Brain), ukształtowane jest kulturowo, chcę jednak odróżniać to, z czym już pojawiłem się na świecie od tego, co później stało się ze mną. I tak dalej.

Wiem też, niestety, że z kategoryzowaniem rzeczywistości łączą się takie zjawiska, jak rasizm, eurocentryzm czy ksenofobia. Wolę jednak, by były – i by można było z nimi walczyć – niż gdyby miały się rozmywać we wszechogarniającej magmie językowej, zatem i bytowej. A właśnie się rozmywa.

Ponowoczesny walec wyrównuje wszystko. Także to, co partykularne w przestrzeni społecznej. Wojciech Kass, poeta i kustosz Muzeum Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego w Praniu, mówi w wywiadzie, że  „wchodzimy w czas formatowania mas, a pojedynczość, poszczególność nie pasuje do formatów. I w dalszym ciągu przejmująco brzmi Majakowski, który mówił: »jednostka zerem, jednostka bzdurą«. Była to wtedy część ideologii komunistycznej, ideologii totalnej. Ale czym te czasy się różnią, jeśli chodzi o rolę jednostki? Jednostka zerem, jednostka bzdurą – dziś możemy powiedzieć za Majakowskim”.

Niewielu jest autorów, którzy dali tak przenikliwy opis spłaszczenia społecznego, jaki przedstawił Witold Gombrowicz w swej teorii Formy. Forma (zwana też gębą, pupą, kościołem międzyludzkim) jest bezwzględnym bóstwem podporządkowującym sobie świadomość indywidualną. Pisze w „Dzienniku”: „Jestem jak głos w orkiestrze, który musi dostroić się do jej brzmienia, znaleźć miejsce swoje w jej melodii; lub jak tancerz  dla którego nie tyle jest ważne co tańczy, ile to by złączył się z innymi w tańcu. […] myślę i odczuwam »dla« ludzi aby zrymować się z nimi”. Nieco później podobną diagnozę postawił Michel Foucault, mówiący o władzy tzw. dyskursu kulturowego – języka, który determinuje sposób posługiwania się językiem i myślenia poszczególnych ludzi.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że sformatowane są – sformatowały się? – same jednostki. Te same twarze polityków (właśnie wróciła twarz Leszka Millera) recytujących wyuczone kwestie. Ci sami dziennikarze, zadający te same wciąż pytania. Kapłani z niegasnącym zapałem wyklinający występki cielesne. Uczniowie i nauczyciele pilnujący odgórnie wyznaczonych programów. Naukowcy realizujący kumulacyjny, oparty na feudalnej hierarchii cechowej, model kariery („Ucz się i nie kwestionuj”). Wszystko to muł zalewający jakikolwiek przejaw osobności.

Siegfried Kracauer dziewięćdziesiąt lat temu wydał pracę zatytułowaną „Das Ornamenten der Masse”, która zyskuje wciąż na aktualności. Ornament z ludzkiej masy to społeczeństwo  wypreparowane, wyzbyte osobowych elementów, oderwane od własnej egzystencji, ujęte w formę „choreograficzną”. Kracauer odnosił swe określenie do struktury społecznej wyznaczonej przez kapitalistyczny sposób produkcji (ludzie to elementy mechanizmu zredukowane do swych funkcji). Pomyślałem o tej książce podczas oglądania filmu Kena Loacha pt. „Ja, Daniel Blake” (polecam!). Nic się nie zmieniło, o czym świadczy magmowatość dzisiejszego życia, powielanie form wyznaczanych przez społecznych kontrolerów, czy pokazana w filmie bezduszna biurokracja. No bo kto poza wyjątkami może znaleźć dla siebie taki azyl, jaki znalazła kontrabasistka jazzowa, Joëlle Léandre: „Jedyną muzyką, jaka powstaje na tej planecie bez odgórnych decyzji i struktur władzy i podległości, hierarchii i płci, jest improwizacja. To wspólne tworzenie muzyki w duecie czy trio. Kiedy grasz na swoim instrumencie, nie dbasz o to, czy grasz z mężczyzną, czy z kobietą. Grasz muzykę. Improwizacja to nie wojsko, nie opiera się na randze ani stopniu. Nie ma u nas generałów, kaprali, marszałków ani sierżantów”.

O wyrównującym narodowym walcu pisał Zbigniew Herbert („Rozważania o problemie narodu”).

„Z faktu używania tych samych przekleństw
i podobnych zaklęć miłosnych
wyciąga się zbyt śmiałe wnioski
także wspólna lektura szkolna
nie powinna stanowić przesłanki wystarczającej
aby zabić
podobnie ma się sprawa z ziemią
(wierzby piaszczysta droga łan pszenicy niebo plus pierzaste obłoki)

chciałbym nareszcie wiedzieć
gdzie kończy się wmówienie
a zaczyna związek realny
czy wskutek przeżyć historycznych
nie staliśmy się psychicznie skrzywieni
i na wypadki reagujemy teraz z prawidłowością histeryków
czy wciąż jesteśmy barbarzyńskim plemieniem
wśród sztucznych jezior i puszcz elektrycznych

prawdę mówiąc nie wiem
stwierdzam tylko
istnienie tego związku
objawia się on w bladości
w nagłym czerwienieniu
w ryku i wyrzucaniu rąk
i wiem że może zaprowadzić
do pośpiesznie wykopanego dołu

[…]”.

Przypadek: płeć

[dropcap]C[/dropcap]hcę zatrzymać się przy wybranym przykładzie zanikającej różnorodności. Rzecz dość arbitralna, bo jest wiele innych dziedzin, gdzie ujednolicanie pokazuje swe groźne skutki. Arbitralna – i ryzykowna, bo umiejscowiona jest blisko drogi wydeptanej przez narodowych tradycjonalistów, na której nie chciałbym się znaleźć. Chodzi mi o coraz bardziej odczuwane – i coraz powszechniej sankcjonowane kulturowo – unieważnianie odmienności związanej z płcią biologiczną. Owszem, podkreśla się dziś znaczenie różnic i potrzebę akceptacji inności. Jednak w tym akurat wypadku odmienność ta bywa bagatelizowana czy nawet ignorowana.

Różnice płciowe zachowuje wciąż  język. Chłopczyk, dziewczynka – zapewnia przyszłą mamę sąsiadka na podstawie kształtu brzucha albo upodobań kulinarnych, informuje lekarz obsługujący ultrasonograf, oznajmia położna przyjmująca poród. Rodzice mówią o swoich dzieciach jako o synach bądź córkach. Nie zanikają rodzaje zaimków osobowych: ona, on. Na drzwiach toalet widnieją wciąż kółka i trójkąciki. Głosy męskie (bas, baryton czy tenor) odróżnia się od głosów żeńskich (sopran, mezzosopran, alt). Ach panie, panowie, czemu ciepła nie ma w was, słyszymy w piosence słowa Agnieszki Osieckiej. „Kobieta i mężczyzna” to tytuł filmu Claude`a Leloucha; „Męski–żeński: 15 scen z życia” – film Jeana-Luca Godarda.

Pojawiają się jednak zmiany. W niektórych językach zachodnich dąży się do eliminacji płciowości, np. w języku szwedzkim zaimki hon [ona] i han [on] próbuje zastąpić hen [ono], w polszczyźnie odnoszące się do człowieka „nieukształtowanego”, czyli dziecka. Angielskie policeman [policjant] i policewoman [policjantka] ma zastąpić neutralne police person [„osoba policyjna”].

Rollo May w książce pt. „Miłość i wola szuka” opisuje płciową odmienność w perspektywie bardziej uniwersalnej. „Istnienie pierwiastka męskiego i żeńskiego jest wyrazem fundamentalnej biegunowości całego świata. Najdrobniejsza nawet cząstka uzyskuje swoją dynamikę dzięki temu, że posiada w sobie dodatni i ujemny ładunek, między którymi istnieje stałe napięcie. Posługując się analogią do cząsteczek molekularnych materii i energii Alfred North Whitehead i Paul Tillich uznają, że na poziomie ontologicznym rzeczywistość zawiera w sobie negatywno – pozytywną biegunowość. […] Z tej perspektywy można patrzeć na heglowską triadę tezy, antytezy i syntezy. Tillich pisał, że Hegel rozpoczynał od filozofii miłości. Można bez przesady stwierdzić, że schemat dialektyki Hegla jest abstrakcją stworzoną na bazie intuicji o naturze miłości, która polega na rozdzieleniu i ponownym połączeniu”.

Neurolodzy, m.in. prof. Anna Grabowska, a także zmarły dopiero co prof. Jerzy Vetulani, uznają że płeć przypisana jest mózgom (kobiety mają m.in. więcej neuronów w obszarach odpowiedzialnych za mowę). Wojciech Eichelberger, buddysta, mówi że cechy płciowe ma  dusza. Podobne intuicje widoczne są w orientalnych teoriach mówiących o wszechobecnej w Wszechświecie binarności i komplementarności pierwiastków jangjin. Taoistyczna mandala ukazuje je jako dopełniające się, całkowicie symetryczne kształty: czarny tworzy biały, biały tworzy czarny, każdy z nich ma w sobie element drugiego.

Nie podważają powyższych stwierdzeń przypadki osób nie mieszczących się w męsko–żeńskiej dualności – nie dlatego, że stanowią jakość statystycznie mało znaczącą, lecz dlatego, że ujawniają wspomnianą binarność znajdując ukrytą drugą płeć w sobie (trans–seksualizm) bądź taką samą u drugiej osoby (homo–seksualizm). Odmienności płciowe potwierdza dobitnie (choć może mimowiednie) ideologia feministyczna.

Poeta i dramatopisarz (także aktor), Bogusław Kierc, opisuje płeć nie w kategoriach relacyjnych, lecz substancjalnych. Mówi: „Kobieta to nie jest nie–mężczyzna, a mężczyzna to nie jest nie–kobieta. Istnieje wyjątkowość kobiety” (zatem i mężczyzny). Porządek matriarchalny oparty na kobiecym Bogu („Magna Mater”) trwał około trzydzieści tysięcy lat (od paleolitu, a z pewnością od neolitu). Ostatnie pięć tysięcy lat, to kultura mężczyzn z takimi ich osiągnięciami, jak wiedza naukowa, prawa stanowione, przede wszystkim wojny, kilkadziesiąt tysięcy wojen. Kultura matriarchalna – jej cień – pojawiła się na mgnienie oka w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku jako bunt hippisów. Powłóczyste stroje i miłość zamiast wojny. Przytaczane czasami formuły mówiące o kobiecej duchowości (np. angielskie „Men are building houses, women are building homes”) pozostały już tylko pustymi frazesami.

Nie trzeba być wcale męskim szowinistą, by – jak Kierc – zauważyć, że kobiety wyrzekają się dziś swojej istotowej odmienności, że utrwalają porządek patriarchalny przejmując właściwe mu role. Jak tylko mogą, wzmacniają i utrwalają tę strukturę wchodząc w męskie buty i wpisując się w męski model życia i kariery. U Witkacego („Pragmatyści”, 1919) karykaturą takiego stanu jest Kobieton, „osoba bezpłciowa, zaakcentowana jednak więcej w stronę kobiecości”. Agnieszka Pilaszewska (aktorka, premier Szydło z „Ucha Prezesa”) wie, że kobiety „potrafią być okrutne i bezwzględne jak nikt” (daje przykład carycy Katarzyny) i ma nadzieję, że w ramach harmonii po okresie dominacji mężczyzn nastąpi dominacja kobiet. (Coś w rodzaju kadencyjnego duopolu w ramach tej samej patriarchalnej struktury?). Audrey Wollen mówi w „Wysokich Obcasach” wprost, że oczekuje od mężczyzn, by wreszcie zamknęli się i usunęli robiąc miejsce dla kobiet. Bez trudu mogę sobie wyobrazić męską kulturę budowaną wyłącznie przez kobiety. Świat po udanym skoku na kasę, zawłaszczony ale nie zmieniony. Patriarchalizm bez mężczyzn? Dlaczego nie, skoro istnieje antysemityzm bez Żydów…

Czytałem niedawno – też w „Wysokich Obcasach” – artykuł zatytułowany „Dlaczego mężczyźni rezygnują z seksu?”. Wcześniej po swojemu mówił o tym śląski prozaik, Szczepan Twardoch (w „Wyborczej”, w rozmowie z Dorotą Wodecką): „Jak można sypiać z kimś, z kim zasady pożycia negocjuje się jak kontrakt? W tym jest tyle seksu, co w umowie o dzieło. Jakby to  spółka była, nie coś, co się dzieje między dwojgiem ludzi w łóżku i potem przy stole, i w życiu w ogóle. Przecież nawet licealne »mój chłopak« czy »moja dziewczyna« albo seryjny i niedokonany »narzeczony« jest lepszy od tego pierdolonego »partnera« czy »partnerki« rodem z kodeksu handlowego”.

Bardzo podobny obraz kreśli prof. Eva Illouz z Uniwersytetu Hebrajskiego („Miłość w kapitalizmie”). W jej opisie rzeczywistość społeczna kształtowana jest dziś pod dyktando Rozumu – metodycznie, systematycznie, przy pomocy zaplanowanych środków przydatnych do osiągania celów. Jest to rzeczywistość zimna, otrzeźwiona, odczarowana i odczarowująca relacje międzyosobowe, które upodobniają się do relacji marketingowych. Zdaniem autorki na dzisiejszy kształt miłości bardziej niż cokolwiek innego wpłynął feminizm, który zracjonalizował miłość oraz seksualność i skłania kobiety do uświadomienia sobie „relacji władzy, jakie zachodzą na poziomie więzi intymnych […] wpaja takie zasady wzajemnych relacji, które umacniały symetryczną wymianę i wprowadzały większą przewidywalność i jednakowość relacji miłosnych”.

Znajoma poetka po sześćdziesiątce, z którą rozmawiałem na temat tekstu Evy Illouz, stwierdziła, że autorka uogólnia postawy dość odosobnione i że feministyczne hasła nie znajdują oddźwięku u większości kobiet. Chciałbym się z nią zgodzić, choć sądzę, że nie bierze pod uwagę tempa zmian pokoleniowych.

Andrzej C. Leszczyński

Print Friendly, PDF & Email

8 komentarzy

  1. Magog 2017-04-19
  2. Obywatel RP 2017-04-19
  3. Sir Jarek 2017-04-20
  4. acleszcz 2017-04-20
    • Sir Jarek 2017-04-20
    • Sir Jarek 2017-04-20
  5. Magog 2017-04-20
  6. Zbyszek123 2017-04-20
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com