
Richard Dawkins i Jerry Coyne podczas dyskusji w Waszyngtonie.
2017-06-03.
Zawsze zdumiewała mnie nienawiść do Jurka Owsiaka deklarowana przez pobożnych opowiadaczy o bezgranicznej miłości bliźniego. Czegoż tu nie ma? Słyszymy, że Owsiak jest na usługach szatana, że zarabia miliony tylko udając, że pomaga, że jest żądny rozgłosu, że deprawuje młodzież, że Sodoma i Gomora. Osobiście podejrzewam, że jego główną i niewątpliwą winą jest podważanie kościelnego monopolu na dobroczynność.
Często słyszymy, że Bóg jest źródłem wszelkiego dobra. Pytanie – który bóg – wywołuje oburzenie, naraża na przykrości, czasem prowadzi do rękoczynów, włącznie z uszkodzeniem ciała. Religijna dobroczynność ma niemal zawsze wyraźną plakietkę. Najpierw dowiadujemy się, że jest katolicka, protestancka, prawosławna, muzułmańska, mojżeszowa, buddyjska, czy hinduska, a dopiero potem, że jest dobroczynnością. Religijne szkoły, religijne szpitale, religijna opieka nad biednymi często dostarcza posiłków pod warunkiem połknięcia właściwej strawy duchowej.
Kwestionowanie, że jest to pomoc realna, byłoby niesprawiedliwe, ujawnianie jak często to miłosierdzie połączone jest nie tylko z prozelityzmem, ale również z okrucieństwem, że bywa w konflikcie z głównymi celami szkoły, szpitala czy opieki nad biednymi, kwitowane jest nieodmiennie zarzutem antyklerykalizmu. Pytanie, jak często ta religijna dobroczynność połączona jest z religijną indoktrynacją, traktowane jest jako agresja zamykająca dyskusję.
Przekonanie, że wiara religijna czyni człowieka bardziej wrażliwym na nieszczęścia drugiego człowieka, wydaje się być powszechne i rzadko kwestionowane. Richard Dawkins był w Stanach Zjednoczonych, gdzie 24 maja miał godzinną publiczną dyskusję z Jerrym Coynem, oczywiście głównie o ewolucji. Po tym spotkaniu dopadli Dawkinsa dziennikarze, a wśród nich Scott Simon z National Public Radio, którego bardziej niż ewolucja frapował jednak ateizm i terroryzm.
Prezentując swojego gościa w studio Scott Simon powiedział, że Dawkins jest słynnym biologiem, sceptykiem i humanistą, podkreślając, że „oczywiście, być może jest najbardziej znanym ateistą na świecie”. Jego pierwsze pytanie dotyczyło terroryzmu i najnowszego zamachu w Manchesterze. „Jest pan niezłomny w swoim przekonaniu o tym, że religia odgrywa ważną rolę w terroryzmie”.
Dawkins odpowiada, że oczywiście, że niemal za każdym razem słyszymy okrzyk Allahu Akbar, a to jest wezwanie religijne, więc chociaż nie wszyscy muzułmanie są zwolennikami tych zamachów, to ta motywacja religijna jest prawdą. Dziennikarz nie jest pewien czy wszelki terroryzm jest motywowany religią, z czym oczywiście Richard Dawkins nie polemizuje, zwracając jednak uwagę na fakt, że za znaczną częścią terroryzmu kryje się motywacja religijna, że jeśli wierzysz, że twój bóg chce, żebyś został męczennikiem i zabijał ludzi, to będziesz to robić. Co więcej możesz wtedy sądzić, że robisz to ze słusznych powodów, i że jesteś dobrym człowiekiem.
Oczywiście dziennikarz podrzuca możliwość ucieczki od logicznego wniosku i powiada, że wtedy „ci ludzie nie są naprawdę religijni”. Dawkins tłumaczy jak dziecku, że wiara ma ogromną moc motywacyjną i że może popychać ludzi do rzeczy strasznych. Tu jednak pada ciekawy argument, przy którym warto się zatrzymać. Scott Simon mówi:
„Chciałbym… no wie pan, szanuję ateistów i ateizm, ale chciałbym podjąć fajny argument, o którym dyskutowaliśmy co parę lat z pana przyjacielem, Christopherem Hitchensem. To znaczy – można respektować ateizm. Byłem wiele razy korespondentem, widziałem wojny, głód, tragedie. I wydaje mi się, naprawdę, w każdym miejscu gdzie byłem, gdzie ludzie cierpieli, jest mnóstwo zakonnic, księży, duchownych lub tylko ludzi religijnych, którzy pracują bezinteresownie i odważnie dla dobra innych istot ludzkich. Nigdy nie spotkałem zorganizowanej grupy ateistów którzy to robią.”
Dawkins odpowiada dość mętnie, że nie przeczy, iż jest wielu ludzi religijnych czyniących dobre rzeczy, więc dziennikarz ciśnie mówiąc: „Nie chciałbym tego sugerować, ale zastanawiam się, może nie widzę poprawnie, ale nie widać wielkich rzesz ateistów poświęcających swoje życie poprawianiu świata?”
„Może nie patrzył pan wystarczająco uważnie” – odpowiada Dawkins, ale nie rozwija swojej odpowiedzi, więc siedząc wygodnie w fotelu próbowałem pociągnąć ją trochę dalej.
Zacznijmy od matematyki. Lekarzy jest więcej niż zakonnic, wśród lekarzy jest więcej ateistów niż wśród zakonnic, lekarze są lepiej przygotowani do ratowania życia niż zakonnice. Jak często jesteś świadomy, że lekarz-ateista uratował ci życie? Że co? Nie da się tego wyliczyć? Może dlatego, że ateiści nie mówią “najpierw wyrzeknij się swojego boga, a potem będę cię leczył”. Oczywiście można powiedzieć, że lekarz to zawód, lekarz bierze za swoją pracę pieniądze, a zakonnice modlą się za nas i podają nam szklankę wody podobno bezinteresownie. Z tą bezinteresownością jest poważny problem, w normalnych okolicznościach wolę fachowca pomagającego mi za pieniądze od dobrego człowieka, którego umiejętności są wątpliwe a motywy podejrzane, ale i to rozumowanie jest ułomne, bo dziennikarz widział wielu ludzi pomagających rannym czy głodującym, widział kiedy mieli uniformy organizacji religijnych, ale nie wiedział kim są ci, którzy też pomagają, ale nie mają religijnych oznaczeń i nie łączą pomocy z taką czy inną modlitwą. Wszystko co mógł uczciwie powiedzieć, to że ateiści w odróżnieniu od ludzi religijnych nie afiszują się ze swoją dobrocią. Tego jednak nie zrobił.
Wśród wynalazców i innych ludzi nauki ateistów jest jeszcze więcej niż wśród lekarzy. Stwierdzenie amerykańskiego dziennikarza, że ateiści nie poświęcają swojego życia poprawianiu świata, wydaje się cokolwiek ułomne. Jeśli w praktyce niemal wszelka poprawa jakości naszego życia, ochrony zdrowia i zwalczania głodu i biedy jest głównie efektem postępu nauki (i raczej w znikomym efektem modlitw), to wkład ateistów w ten postęp nauki i poprawianie świata jest nieproporcjonalnie wielki w porównaniu do ich liczby w całej populacji ludzkiej. Wierzący nie zdają sobie sprawy z tego, jak często życie swoje i swoich dzieci zawdzięczają jakiemuś ateiście. Fakt, że ateiści nie zaprzęgają swojej pracy dla innych do jakiegoś ateistycznego prozelityzmu, można przerobić na zarzut, ale ten zarzut jest tyle wart, co modlitwa przy łóżku umierającego, któremu fachowiec mógłby jeszcze pomóc.
Oczywiście są lekarze w sutannach, chociaż osobiście z miłosiernej pomocy jego ekscelencji doktora Henryka Hosera wolałbym raczej nie korzystać.
Gdzie ukrywa się błąd w tym rozumowaniu amerykańskiego dziennikarza? Religie są zazwyczaj ideami totalitarnymi, dostarczają kompletnego światopoglądu z kodeksem moralnym pochodzącym rzekomo od samego boga, z wyraźnym (lub nieco mniej wyraźnym) przykazaniem, żeby na konkurencyjne idee totalitarne pluć, bo są fałszywe i wyznają je źli ludzie. Ateizm jest zaledwie wnioskiem logicznym z wiedzy o świecie i samodzielnie nie dysponuje ani kodeksem moralnym, ani nie jest światopoglądem. Odmowa wiary w boga prowadzi oczywiście do pytania: co jest dobrem, a co jest złem, i jak możemy to ustalać. Tu jednak ateiści muszą korzystać z podpórek, z dziedzictwa humanizmu (również tego religijnego), filozofii i innych nauk. Efekty są różne, bo nie ma ani papieża, ani biskupów, ani nawet szkół, w których uczono by, że wiara w boga jest grzechem, i że nie można być równocześnie człowiekiem wierzącym i dobrym.
Wielu ateistów mówi o konflikcie między nauką i religią i ten konflikt dość łatwo pokazać. Wielu ateistów pokazuje również, iż religia, a dokładniej duchowi przywódcy, bardzo często namawiają do czynów, które w świetle uniwersalnego pojęcia dobra są amoralne. Tu również dość łatwo wskazać na przykłady, a że są one wystarczająco oczywiste nawet dla ślepych i głuchych na niewątpliwe fakty, to widać najlepiej, kiedy taki Scott Simon gorąco zapewnia, że „to nie są ludzie prawdziwie religijni”. Utopii, że religie są samym dobrem, nie da się w żaden sposób utrzymać, ale jeśli się bardzo chce, to można zawsze powiedzieć, że ksiądz pedofil nie jest prawdziwym katolikiem, albo że podrzynający gardła muzułmanin nie jest prawdziwym muzułmaninem, że kłamiący zakonnik nie jest prawdziwie religijny. Przy tak głębokiej wierze, oczywiście pomagający ateista nie jest prawdziwym ateistą, a sprawdzanie jak często zawdzięczamy życie ateistom mogło by zakrawać na grzech śmiertelny.
Powtórzymy, jeśli żyjemy dziś dłużej i w większym komforcie niż nasi przodkowie, w niemałym stopniu zawdzięczamy to ateistom, którzy nie robili tego na chwałę ateizmu, ale dlatego, że kochali swoją pracę i lubili pomagać innym. Scott Simon nie tylko nie widział, on bardzo nie chciał widzieć.
P.S. A dlaczego Richard Dawkins podczas spotkania w Waszyngtonie miał skarpetki w różnych kolorach? Sądziłem, że to proste. On wiedział, że Jerry przyjdzie w kowbojskich butach, a jak wiadomo ateiści lubią zwracać na siebie uwagę. To były jednak moje spekulacje, które nie wytrzymały krytycznego spojrzenia, bowiem sam Richard Dawkins wyjaśnia to tak.
.

Pięknie przedstawiony dezonansu pomiędzy kościołem a Owsiakiem!
Jednak Dawkins nigdy nie przestaje mnie zaskakiwać swoją intelektualną jednostronnoscią – intencjonalną ignorancją. Jego sławne stwierdzenie że religie były powodem wszystkich wojen i dlatego powinniśmy wyzbyć się religii jest fascynujące – I & II wojna światowa, koreańska, wietnamska, zimna wojna nie miały podłoża religijnego lecz ideologii (ateistycznych). Zachłanność (fundament kapitalizmu) jest początkiem podziału między ludźmi. Pragnienie, tego co inny pragnie, jest początkiem rywalizacji mimetycznej i wynikają z niego konfliktu – Rene Girard. Właściwie 10te przykazanie jest próbą powstrzymania tej właśnie destruktywnej dynamiki międzyludzkiej.
Dawkins jest proponentem ewolucji, lecz z socjologicznego punktu widzenia nie widzi ewolucji każdej cywilizacji dzięki mitologicznym (religijnym) fundamentom. Joseph Campbell wyliczyłby mu wiele.
Chrześcijaństwo (nie koniecznie kK) to zaś całkiem inna szkoła jazdy, wprowadza w rozwój ludzkości coś ponadczasowego, sensownego i wyzywającego – ale to już inny zakres myślowy aniżeli ten do którego Dawkins chciałby go sprowadzić. Używając jego własną metodę względem niego – Dawkins nie przyczynia się do ewolucyjnego rozwoju ludzkości lecz go bardziej chaotyzuje… – chyba że będziemy używać dialaktyki Heglowskiej.
Koronny zarzut używany wobec wszelkiej maści fundamentalistów religijnych wobec ateizmu, że oto dwa najbardziej zbrodnicze systemy XX w. były ateistyczne, czyli komunizm i nazizm, ergo ateizm jest be, dość łatwo odeprzeć zmieniając z lekka punkt widzenia. (Oczywiście nie przeczę, że i wśród ateistów są tacy, którym w głowach niecne czyny). Otóż komunizm, faszyzm, nazizm, chrześcijaństwo (w większości wydań), islam i co tam jeszcze to są w gruncie rzeczy KOLEKTYWIZMY. I to właśnie kolektywizmy wszelkiej maści w całej historii ludzkości są pra-przyczyną zdecydowanej większości nieszczęść. [Niejako na marginesie przywołam fragment utworu z filmu „Paint your wagon” w wykonaniu Lee Marvina. Jest tam taki oto fragment o głębokiej, filozoficznej treści:
„Mud can make you prisoner, and the plains can bake you dry; Snow can burn your eyes, but only people make you cry”, czyli „błoto może cię uwięzić, preria spiec na wiór, śnieg może palić w oczy, ale tylko ludzie przyprawią cię o płacz”. ]
Otóż odsyłam do pism Ayn Rand, która m.in. zadaje pytanie: kto ma być beneficjantem pracy/działalności Kowalskiego? W ciągu historii ludzkości padały na to pytanie przeróżne odpowiedzi: faraon, władca, wódz, kacyk, król, Pan Bóg, capo di tutti capi, Ogół, społeczeństwo itd. Są to odpowiedzi niby różne, ale właściwie jednakowe, bo wymienieni zostają najróżniejsi beneficjanci, oprócz jednego: oprócz samego Kowalskiego. Otóż wedle A.R. przeciwstawieniem kolektywizmu, bez względu na maść, jest indywidualizm. Czyli po prostu: beneficjantem pracy Kowalskiego ma być sam Kowalski. I w tym momencie wszystko to, co od tysięcy lat stoi na głowie, zostaje postawione na nogach. Oczywiście nie miejsce tu na szczegółowy wywód.
Do pierwszego zdania „Koronny zarzut używany wobec wszelkiej maści fundamentalistów religijnych wobec ateizmu,” wkradł się błąd, miało być „Koronny zarzut używany przez wszelkiej maści fundamentalistów religijnych wobec ateizmu,”
@AQUINUS. A może by pociągnął Pan ten wywód, bo zaintrygował mnie pogląd o immanentnym złu tkwiącym w kolektywiźmie, czyli społeczeństwie i państwie (państwo to umowa społeczna). Rozwój cywilizacji był w końcu możliwy dzięki organizowaniu się w grupy, plemiona, potem państwa. A rozwój społeczny, dzięki kolektywizmowi — powstały ubezpieczenia społeczne, zabezpieczenie na starość, na wypadek choroby i kalectwa, klęsk życiowych. Gdyby ludzie zostali w indywidualnych jaskiniach, nadal byśmy w nich tkwili. Albo na drzewach.
.
Prosta teza, że Kowalski jest benfecjentem pracy Kowalskiego nie bierze pod uwagę przypadku, kiedy Kowalski nie pracuje, bo nie może, jest chory, jest kaleki. Teza nie odpowiada też na pytanie o tzw. dobro wspólne: bezpieczeństwo wewnętrzne (pomińmy już zewnętrzne, skoro wojen ma nie być), wymiar sprawiedliwości, leczenie, edukacja, infrastruktura, środowisko naturalne , etc.
Tego nie da się wyjaśnić w trzech zdaniach, tu jest potrzebny cały dłuższy wywód filozoficzny. Spróbuję jednak na zasadzie wypunktowania.
Człowiek tym się różni od zwierzęcia, że o roślinie nie wspomnę, że wszystko, co mu do życia potrzebne, musi a) znaleźć, b) ukraść, albo c) wyprodukować. Wersja a) jest możliwa tylko na etapie zbieractwa, b) jest niedopuszczalna, poza tym sprawca stawia się wtedy obok tasiemca, glisty itp., a więc pozostaje c). Jeśli człowiek nie potrafi czegoś wyprodukować, to musi to wymienić w zamian za to, co produkować potrafi. Jak wymienić? Na zasadzie WOLNEGO handlu i swobody zawierania umów! I tu już mamy punkt wyjścia do pieniądza, ekonomii, państwa – strażnika wolności umów/przestrzegania umów, prawa, wymiaru sprawiedliwości itd. Nieuchronnie pojawia się problem ochrony przed zagrożeniem ze strony innego plemienia oraz współplemieńców. Pojawia się problem, do czego ma służyć państwo. (Proszę zauważyć, że jeszcze w ogóle nie zająknąłem się o tym, jakie to państwo ma być, bo to jest kwestia WTÓRNA, albo i siedemnastego rzędu.). Zakładam, tzn. randyzm zakłada, że państwo ma monopol na stosowanie przemocy, ale tylko w celu odparcia niesprowokowanej przemocy.
Wszystkie wspomniane przez Panią kwestie są w ogóle nieistotne, tzn. o bardzo niskim priorytecie, tymczasem u nas w Polsce utarła się fatalna w skutkach maniera, że oto jeszcze nie rozstrzygnęliśmy spraw zasadniczych, a już ktoś wrzuca tematy bardzo niskiej rangi, inaczej mówiąc, mówimy o fundamentach państwa, a ktoś wychodzi z biednymi sierotkami z Downem, daltonizmem, HIVem i w 17 miesiącu ciąży, a na dokładkę na wózku inwalidzkim. Tymczasem życie jest/bywa brutalne, jeśli trzeba uratować 12 osób, a w łodzi mieści się 8, to w pierwszej kolejności zabieramy tych, którzy są w stanie wiosłować. Podobnie jest z gospodarką i społeczeństwem, w pierwszej kolejności poza kolejnością należy pomyśleć o „motorze”, czyli o tych, którzy są w stanie wytworzyć dochód do podziału, a nie o dzieleniu tego dochodu, tym bardziej, że to dzielenie prawie zawsze jest pretekstem do zalegalizowanej grabieży. Dlatego jeszcze raz powtórzę: każdy człowiek musi wyprodukować to wszystko, co mu potrzebne do życia (oczywiście również jego dzieciom i w ogóle najbliższej rodzinie) i w związku z tym beneficjentem pracy Kowalskiego jest Kowalski, a nie kacyk, klan, imperator, czy ojdyro. Organizacja społeczeństwa, a więc takie instytucje, jak armia, policja, sądy itp., to jest rzecz nieuchronna, ale to też musi być ustawione w sensowny sposób. Przede wszystkim, państwo ma chronić obywatela przez zagrożeniami zewnętrznymi, ale muszą być też mechanizmy chroniące tegoż obywatela przed własnym państwem i współobywatelami. (Nie muszę chyba dodawać, że państwo działa – z założenia – tylko w sferze publicznej i wara mu, podobnie jak współobywatelom, przed naruszaniem sfery prywatnej).
Powyższa moja wypowiedź wymaga pewnych uzupełnień z uwagi na pośpiech, w jakim ją pisałem. Otóż „randyzm” to w istocie skrót myślowy obejmujący filozofię obiektywizmu wykoncypowaną przez Ayn Rand, istotą której to filozofii jest etyka egoizmu racjonalnego. (Egoizmu w tym rozumieniu w żadnej mierze nie wolno utożsamiać z egoizmem rozumianym potocznie. Egoizm racjonalny polega na tym, że człowiek zajmuje się własnymi sprawami i osiąganiem własnych celów, co samo w sobie jest etycznie OBOJĘTNE, natomiast nie jest już etycznie obojętne, w czym te cele upatruje. Czym, w ujęciu etycznym, człowiek różni się od zwierzęcia/rośliny? To jest dość proste, roślina jest skazana na swoje podłoże: glebę, wodę, powietrze, temperaturę. Gdy któryś z tych składników zawodzi, roślina ginie. Tu nie ma miejsca na wybory, a więc nie ma etyki. To samo ze zwierzętami: lew poluje, bo musi, nie ma żadnego wyboru. Komar/pchła ssie krew, bo musi, nie ma żadnego wyboru, koza skubie trawę, bo nie ma żadnego wyboru. Z człowiekiem jest inaczej: jest jedynym gatunkiem, który ma zdolność działania w kierunku autodestrukcji. Człowiek ma wybór, a więc jakiś system etyczny jest mu niezbędny. Powtarzam, „jakiś”, nie przesądzam, jaki. Ale jest jeszcze jedna, głębsza różnica między człowiekiem i innymi istotami: człowiek rodzi się bez naturalnych schematów („procedur”) postępowania „na każdą okoliczność”, człowiek musi je wypracować, musi oceniać sytuację, analizować ją – własnymi zmysłami, umysłem, wykorzystując wiedzę (zdobytą!) i doświadczenie (zdobyte!). [A to już nie są wartości kolektywne, lecz wręcz przeciwnie, indywidualne. Nie istnieje zbiorowa inteligencja, wzrok, słuch itd.]. Dlaczego mowa o filozofii obiektywizmu? Ano dlatego, że opiera się na najbardziej elementarnej alternatywie, jaką można sobie wyobrazić: byt albo niebyt. Czyli życie albo śmierć. Gwoli uzupełnienia, obiektywizm traktuje jednostkę ludzką jako cel sam w sobie, dla którego celem samym w sobie jest istnienie. A więc wszystko to, co sprzyja istnieniu/bytowi, to DOBRO, wszystko to, co sprzyja nieistnieniu/niebytowi, to ZŁO. I nie ma tu miejsca na żadne arbitralne kryteria do wierzenia, żadnych kamiennych tablic ani dekalogów, wziętych nie wiadomo, skąd. To są OBIEKTYWNE kryteria DOBRA i ZŁA. Dalej, dla obiektywizmu podstawowym elementem społeczności jest pojedynczy człowiek, a nie rodzina, grupa, klan itd. Jak ktoś bada dzikie kaczki, to zacząć powinien od zbadania pojedynczego egzemplarza chyba, czyż nie?
Usilnie zalecam dwa pomnikowe dzieła Ayn Rand, dostępne w języku polskim, „Źródło” i „Atlas zbuntowany”. Ostrzegam, to są tomiszcza po ponad 1000 stron i raczej nie do poduszki lektura.
Jeśli można się wtrącić, mam wrażenie, że trzeba się cofnąć do narodzin demokracji i do konfliktu Sparty z Atenami. Kolektywizm, tak jak go się rozumie w literaturze, to system, w którym życie jednostki podporządkowane jest kolektywowi, demokrację kojarzymy z indywidualizmem. A więc poddany versus obywatel. W demokracji umowa społeczna przestaje być symboliczna, nie ceduję mojej wolności na suwerena w zamian za opiekę. Systemy totalitarne, czy to religijne czy oparte na ideologii, są niezmiennie koletywistyczne. Indywidualizm demokratycznego systemu nie jest przeciwieństwem kolektywu, w pewnym sensie przeciwnie, nadaje każdej jednostce w tym kolektywie podmiotowości. Oczywiście bywało tak w przeszłości i być może jesteśmy świadkami ponownie, zrzekania się wspólnoty ludzi wolnych na rzecz kolektywizmu z silnym wodzem i ideą, że jednostka jest bez znaczenia, i ma przede wszystkim służyć kolektywowi. Jest to jednak przeciwieństwo tego, co wydaje się być w Pani komentarzu wartością wspólnoty.
„Jest to jednak przeciwieństwo tego, co wydaje się być w Pani komentarzu wartością wspólnoty.”
100% racji! Jeżeli ma być wspólnota, to na zasadzie wspólnoty interesu, czyli na zasadach kupieckich, „do ut des”, „daję, abyś i ty dał”, a nie dlatego, że mamy wszyscy wspólnego, mitycznego przodka albo, że wszyscy mamy słuchać jakiegoś duce, caudillo, fiurera (nie poprawiać!) albo kaczora, a jeszcze w dodatku wierzyć, albo udawać wiarę, w te same brednie.
A jeśli chodzi o motywację ateistów, to tylko przypomnę jako możliwość, a niekoniecznie regułę: prawo moralne we mnie. Niebo gwiaździste to już tylko ozdobnik.
Z tym gwiaździstym niebem to faktycznie, tylko żeby ładniej było. Gdy niebo pochmurne, to moralność miałaby przestać działać?
Ale jak się pojawiają chmury, to niebo gwiaździste przestaje istnieć?
Po prostu przestaje zachwycać.
Swoją drogą jestem pełen obaw przed ludźmi przekonanymi o tym, że wszelkie prawo moralne jest w nich (i tylko w nich) i próbują innych tymże uszczęsliwić i osądzają innych, których te prawo moralne w zachwyt nie wprawia.
Nie chodzi o to, żeby prawo moralne było w ludziach (choć lepiej, jeśli ludzie mają je w sercach i umysłach, niż tylko w gębach), chodzi o to, by te prawa moralne trochę zobiektywizować tak choćby, jak czyni to filozofia obiektywizmu.
„ateiści w odróżnieniu od ludzi religijnych nie afiszują się ze swoją dobrocią.”
Ateistów nie widać, bo „widoczność” nie jest ich celem. O widoczność troszczymy się wtedy kiedy chcemy się lansować, kiedy chcemy coś sprzedać albo kogoś zwerbować.
Kilka dni temu zaproszono mnie do jury konkursu plastycznego (nieodpłatnie). Zaproszono także proboszcza (po co? dlaczego?).
Poświęciłam tej sprawie trzy godziny, w środku dnia, (co w moim przypadku oznacza nie tylko czas, ale przerwany tok twórczy, czyli stracony dzień). Wszyscy inni, choć podobnie jak ja nie otrzymali honorarium, robili to w godzinach swojej pracy etatowej (byli oddelegowani). Mój wkład/koszt był największy. Teoretycznie mogłabym odmówić, ale jestem „misjonarką edukacji estetycznej”.
Co pomyślą uczestnicy i obserwatorzy tego zdarzenia? Wszyscy zapamiętają, że pomagał ksiądz (habit=mem) i jacyś inni (na 100% ludzie religijni, bo razem z księdzem). Nikomu przez myśl nie przejdzie, że był jakiś ateista, że ateista mógłby współpracować z księdzem. Ludziom religijnym to się nie mieści w głowie (więc tego nie widzą, choć widzą), ponieważ statut tego kolektywu (Katechizm Kościoła Katolickiego) stwierdza, że ateizm jest grzechem (> grzech jest złem> ateista jest zły, a ksiądz jest dobry, więc nie mógłby robić czegoś z kimś z definicji złym).
Gdyby to był jakiś ważny konkurs, korespondent zauważyłby obecność ” duchownych lub tylko ludzi religijnych, którzy pracują bezinteresownie i odważnie dla dobra innych istot ludzkich”.
Gdyby zdarzenie było wodą, ksiądz ją „zabarwił” swoim kolorem. Uczestnicy zdarzenia nie wiedzieli, że jestem ateistką. Ateiści nie noszą mundurów, ani habitów. Nie można ich rozpoznać po wyglądzie. Czy to źle, że się nie wyróżniają? O czym to świadczy? Czy powinni się ujawniać? Po co? Dlaczego? Czy w przyszłym roku, kiedy kolejny raz poproszą mnie o pomoc powinnam się zgodzić? Powinnam się ujawnić? Powinnam postawić jakieś warunki (albo ja albo ksiądz? 😉
„Ateistów nie widać, bo “widoczność” nie jest ich celem. O widoczność troszczymy się wtedy kiedy chcemy się lansować, kiedy chcemy coś sprzedać albo kogoś zwerbować.”
Otóż właśnie! Ciśnie się zatem pytanie, o co chodzi? O propagandę/agitację, czy o istotę?
https://www.newscientist.com/letter/mg19626240-700-spooky-socks/
Co do skarpetek: https://www.newscientist.com/letter/mg19626240-700-spooky-socks/
Koraszewski: „Gdzie ukrywa się błąd w tym rozumowaniu amerykańskiego dziennikarza?”
Spróbuję odpowiedzieć.
Scott Simon: „W każdym miejscu gdzie byłem, gdzie ludzie cierpieli, jest mnóstwo zakonnic, księży, duchownych lub tylko ludzi religijnych, którzy pracują bezinteresownie i odważnie dla dobra innych istot ludzkich. Nigdy nie spotkałem zorganizowanej grupy ateistów którzy to robią „nie widać wielkich rzesz ateistów poświęcających swoje życie poprawianiu świata?”
„Kan. 781 – Ponieważ cały Kościół jest ze swej natury misyjny, a dzieło ewangelizacji winno być uznane za fundamentalny obowiązek Ludu Bożego, stąd wszyscy wierni, świadomi swojej odpowiedzialności, winni wnosić swój udział w dzieło misyjne.”
1. ” W każdym miejscu gdzie byłem, gdzie ludzie cierpieli” – jest wiele miejsc gdzie ludzie cierpią, gdzie nie było Simona, i nie ma duchownych, ani ludzi religijnych. Są ludzie bezimienni, którzy bezinteresownie pomagają.
2. ” Tam (są duchowni i ludzie religijni), „którzy pracują bezinteresownie i odważnie dla dobra innych istot ludzkich”. >>> AD. Kan. 781
– duchowni (podobnie jak żołnierze) nie pomagają bezinteresownie. Są w określonym miejscu i czasie, bo tak im polecono/rozkazano, bo to ich misja (obowiązek/służba). Osoby religijne choć pracują nieodpłatnie, są „interesowne”, liczą na miejscówkę w Niebie, na błogosławieństwo czy odpuszczenie grzechów. Chcą uniknąć kary. Odwaga nie zawsze polega na tym, że jesteśmy na froncie, czy tam gdzie nas widać.
Kościół (duchowni i wierni) funkcjonuje podobnie jak wojsko. Nikt nie porównuje zaangażowania wojska z zaangażowaniem cywilów. To inne porządki – zbiór jednostek i organizacja. To trochę tak jak gdyby oczekiwać, że piasek (ateiści) będzie miał takie same właściwości jak beton (Kościół).
3. „Nigdy nie spotkałem zorganizowanej grupy ateistów”
– Jest wiele świeckich organizacji niosących pomoc.
– Duchowni też nie są „zorganizowaną grupą katolików”, lecz działają z ramienia organizacji, której są członkami, (podobnie jak wierni), która ma obowiązek nieść pomoc, służyć. AD. Kan. 781
Istotą ateizmu jest brak przynależności wyznaniowej (nie istnieje kościół ateistów), więc nie mogą się organizować jako ateiści. Pomagają jako ludzie. Nie reprezentują (jako ateiści) żadnej instytucji, firmy, organizacji ani bóstwa (nawet jeśli działają z ramienia organizacji). Nie stoją na straży interesów/korzyści/racji stanu ateizmu. To niezależne jednostki, reprezentują samych siebie. Nigdy nie będą tak widoczni jak korporacja, wojsko czy Kościół. Nigdy nie będą mieli takiej siły oddziaływania.
[Jeśli duchowni i wierni to np. kolor czerwony, to gdziekolwiek się pojawią zobaczymy ten kolor. Ateizm jest bezbarwny. Gdziekolwiek jest ateista, jest niewidoczny. Kiedy stanie się widoczny, będzie miał barwę, więc nie będzie sobą (ateistą). ]
4. „nie widać wielkich rzesz ateistów poświęcających swoje życie poprawianiu świata?”
– Nie widać ich, czy ich nie ma? Simon uogólnia własne doświadczenie, co jest nieuprawnione (stwierdza „nie widziałem” = „nie ma”).
– sugeruje, że wartość pomocy jest wprost proporcjonalna od ilości ludzi niosących pomoc. To fałsz.
Powinno być „wprost proporcjonalna do ilości”