
Camille Flammarion, ilustracja francuskiego astronoma do książki L’Atmosphere: Météorologie Populaire, wydanej w 1888 roku.
2017-06-15.
Dziesiątki razy spotykałem się z brzmiącym uczenie zarzutem wierzących, jakoby ateiści, racjonaliści, sceptycy, materialiści i oświeceniowego rytu humaniści wierzyli w naukę. Wyglądało to podejrzanie jak twierdzenie, nie jesteście lepsi od nas, też jesteście wierzący. Próby przekonania, że większe zaufanie do nauki niż do mitu ma pewne racjonalne podstawy, a co więcej, że to zaufanie nie ma wiele wspólnego z wiarą, rozbija się o mur niedowierzania, które na domiar złego, może być podparte licznymi przykładami niewierzących wierzących, którzy, podobnie jak ludzie religijni uprawiają sceptycyzm przerywany.
Stary argument głosi, że wszyscy jesteśmy ateistami, ale wielu robi wyjątek dla tego Boga, w którego wierzą. Naukowcy, również ci areligijni, mają czasem nabożny stosunek do takiej czy innej teorii, więc twierdzenie o „wierze” w naukę wydaje się mieć jakieś podstawy w rzeczywistości.
Zacznijmy od definicji. Jerry Coyne w swojej najnowszej książce Faith vs. Fact pisze, że nauka jest metodą poszukiwania prawdy, tej prawdy, którą Oxfrod English Dictionary definiuje jako:
„Zgodność z faktami; zgodność z rzeczywistością, dokładność, poprawność, autentyczność.”
Coyne zwraca uwagę, że chodzi o fakty, które mogą być racjonalnie potwierdzone przez niezależnych obserwatorów, które nie są oparte na jakimś objawieniu i jeśli znamy metodę weryfikacji tych faktów, to możemy je sprawdzić, potwierdzić lub podważyć. Te naukowe prawdy są tymczasowe, ponieważ nowe narzędzia i nowe obserwacje mogą zakwestionować dotychczasową wiedzę i nieustannie ją poszerzają.
„…powszechna zgoda naukowców o tym, że coś jest prawdą nie gwarantuje, że ta prawda nigdy się nie zmieni. Naukowa prawda nigdy nie jest absolutna, jest prowizoryczna, kiedy uprawiasz naukę nie ma dzwonka, który informuje cię, że dotarłeś do absolutnej i niezmiennej prawdy i nie ma powodu szukać dalej…”
Nasze zaufanie do nauki jest zaufaniem do metody opartej na sceptycyzmie, na nieufności i sprawdzaniu również tego, co wydaje się absolutnie pewne, jak to, ze Słońce wschodzi i zachodzi. Największe nagrody w nauce zdobywają ci, którzy podważają wczorajsze prawdy, dostarczając mocnych i sprawdzalnych dowodów, że nasza wczorajsza wiedza była bądź niepełna, bądź wręcz błędna. Ten sposób szukania prawdy pozwala nam bez obaw wchodzić na mosty, wsiadać do samolotu, ufać, że lekarz wie co robi wstrzykując nam jakiś płyn do żył. Most może się zawalić, samolot może mieć katastrofę, lekarz może popełnić błąd. Naukowa metoda dochodzenia do prawdy nie eliminuje możliwości błędu, opiera się na systematycznym sprawdzaniu hipotez i budowaniu coraz mocniejszych teorii.
To zaufanie do naukowej metody dochodzenia do prawdy nie ma nic wspólnego z wiarą w objawienie, czy z dogmatami. Jest to zaufanie do sceptycyzmu i sprawdzania z pełną świadomością, że błędy są nieuniknione, a postęp polega na odkrywaniu tego, czego wcześniej nie dostrzegaliśmy, czy to z powodu braku odpowiednich narzędzi, czy dlatego, że uparcie patrzyliśmy w niewłaściwą stronę.
Kiedy widzimy powrót do dogmatów, do szamańskich praktyk i nabożnego religianctwa mówimy o powrocie średniowiecza. Jak pisał niedawno Daniel Greenfield „jeśli wierzysz w naukę, to znaczy, że nie rozumiesz czym jest nauka”. Marksiści wierzyli w naukę, ale efektem było dekretowanie nauki przez partię. W czasach średniowiecza wierzono w nieomylność dogmatów ustanowionych przez Kościół, który korzystał z podszeptów Ducha Świętego. W komunizmie wierzono w nieomylność Komitetu Centralnego i pierwszego sekretarza, który kierował się instynktem klasowym, heretyków palono na stosach, a inaczej myślących w systemie komunistycznym albo rozstrzeliwano, albo zsyłano do łagrów, a w okresach wyjątkowej tolerancji pozbawiano możliwości badania, publikowania, uczestniczenia w dyskusjach.
Średniowiecze było oparte na wierze w niezmienną naukę Kościoła, marksizm i narodowy socjalizm oparte były na wierze w nauki nieomylnych przywódców. Dziś spotykamy różne ruchy postępowców przekonanych, że nauką jest to, w co oni wierzą.
Nauka jest jednak niekompatybilna tak z religią, jak i z każdym innym systemem totalitarnym. Muzułmański renesans miał miejsce w czasach rozpadu przerośniętego imperium na mniejsze jednostki i złagodzenia dyktatu religii. Renesans europejski podobnie, możliwy był dzięki politycznemu rozdrobnieniu i względnemu osłabieniu papiestwa.
„Obiektywność, a nie wiara jest właściwym podejściem do nauki – pisze Greenfield – ale lewica nie jest dobra w te klocki. Dla komunistów nauka to było jakieś tępe narzędzie industrializacji. To był rodzaj religii. Jednak nauka nie jest na usługach żadnej ideologii. To system starannie wypracowanych metod pozwalający na tworzenie zbiorów dynamicznych teorii. Kiedy zaczynasz wierzyć w naukę, nauka przestaje istnieć. Wszystko co zostaje to twoja idea fix.”
Socjalizm naukowy brzmiał niesłychanie atrakcyjnie, w praktyce miał jedną wadę – plus minus zero innowacyjności, nieudolne kopiowanie osiągnięć innych i zastój w nauce. No to może przynajmniej nie niszczono tak środowiska jak to robią ci okropni kapitaliści? Nie wiem czy dobrze pamiętam naukę serwowaną w szkole:
Dymią kominy, dym nad Dąbrową,
ponad Sosnowcem, Łodzią, nad Śląskiem,
dymią odświętnie, dymią na nowo,
jadą pociągi wciąż poprzez Polskę
Idą traktory, idą od świtu,
dzwonią kowadła, grają maszyny
rośnie piętrami RzeczpospolitaDymią kominy! Dymią kominy!
I dymiły jak jasna cholera, tylko w sklepach niczego nie było. Chyłkiem próbowaliśmy się dowiadywać jak się uprawia naukę tam, gdzie nie obowiązywały dogmaty naukowego socjalizmu, ignorując zapewnienia, że jest to burżuazyjna nauka, która prowadzi wyłącznie do udręki proletariatu z powodu wstrętnego konsumeryzmu. Rzecz interesująca, bo cenzura dopuszczała krytykę wiary religijnej, a ta pozwalała na słabo zamaskowaną krytykę wiary w naukowy socjalizm.
Ostatnia książka Isaaka Asimowa nie była fikcją literacką, Our Angry Earth (1991) była ostrzeżeniem, przed horrorem nauki. Greenfield przywołuje słowa Asimowa:
”Zbliżająca się katastrofa spowodowana jest czynami, które na pierwszy rzut oka nie wydają się złe. […] Ponieważ przeprowadziliśmy industrializację, żeby zdjąć z naszych karków przekleństwo fizycznej pracy, wypuściliśmy do atmosfery trucizny produkowane przez nasze spalinowe silniki. […] Ponieważ nauczyliśmy się wytwarzać nowe materiały, by ułatwić życie ludzi, zaczęliśmy produkować chemiczne trucizny, które skaziły naszą glebę i nasze wody.”
Nauka, czy modlitwa o powrót do średniowiecza? Zapowiedzi nieuniknionego końca świata spowodowanego naszymi grzechami są starsze niż ewangelie. Irracjonalne propozycje odkupienia również. Kiedy Malthus pisał swoje złowieszcze przepowiednie o masowym wymieraniu z głodu, właśnie zaczynał się wielki biznes na nawozach, guano ogłoszono nowym (niezbyt ładnie pachnącym) złotem. Nauka, zaspakajając naszą ciekawość, nieustannie otwiera nowe pola naszej niewiedzy i stawia nowe pytania; nauka odpowiada na wyzwania (te, które stawia przed nami natura i te, które wyłaniają się z naszych działań) i zmienia nasze życie, a postęp nieuchronnie tworzy nowe problemy, na które odpowiedzią nie jest powrót do średniowiecza, a nauka właśnie.
Tak niedawno grożono nam, że skończy się węgiel, który był podstawą pierwszego etapu industrializacji. Dziś zastanawiamy się, jak od niego uciec, zasoby ropy naftowej miały się wyczerpać dziesięciolecia temu, dziś zastanawiamy się czym ją zastąpić, nie dlatego, że się skończyła, ale dlatego, że szkodzi środowisku, a zyski z niej napędzają terroryzm. Nie ma żadnego dowodu, żeby sądzić, że klimat zmienia się wyłącznie z powodu grzechów industrializacji, ani nawet, że człowiek jest głównym sprawcą zmian klimatycznych, ale nie to jest centralnym problemem, a pytanie o racjonalne strategie reagowania na obserwowane zmiany klimatyczne.
Żyjemy w czasach, w których czerwone flagi ostrzegające przed zbliżającym się końcem świata stawiane są coraz gęściej, a ponieważ autorytet Ducha Świętego i zdradzających nam tajemnice aniołów cokolwiek podupadł, więc pojawili się wierzący w naukę wieszczący za pośrednictwem mediów nieuchronny koniec świata. Myśl, że są prorokami starej średniowiecznej mentalności nie przychodzi im do głowy. Wołają na zatłoczonej puszczy donosząc na grzeszników i powołując się na autorytet wybranych utytułowanych proroków.
A więc tak, są wierzący w naukę, to ludzie poszukujący straszydeł, szukający dowodów, że koniec świata jest blisko i nie pozostaje nic innego jak włosiennica, pokuta i samobiczowanie.
Tyle tylko, że to nie jest ani zaufanie do nauki (wręcz przeciwnie), ani zainteresowanie nauką, ani wreszcie rozumienie czym jest nauka. Nauka nie jest ideologią, ani instrumentem mającym podpierać ideologię. Naukę się uprawia, naukę powinno się popularyzować, przybliżać również dla laików. To jednak wymaga porzucenia lekkiego chleba zarabiania na horrorach. O nauce nie da się opowiadać po uważnej lekturze czterech tabloidów i głębokim namyśle czego chce szef.
Czy brak wiary jest korzystniejszy niż wiara? Jerry Coyne przekonuje, że tak, pozwala bowiem na spokojną dyskusję, na rzetelne poszukiwanie prawdy oraz daje lepsze prognozy na znajdowanie rozwiązań dla dręczących nas problemów. Wbrew pozorom nie grozi również ani upadkiem moralności, ani upadkiem sztuki, otwiera oczy, ale wielu tego właśnie obawia się najbardziej.

„Tyle tylko, że to nie jest ani zaufanie do nauki (wręcz przeciwnie), ani zainteresowanie nauką, ani wreszcie rozumienie czym jest nauka”
Więcej, to najczęściej oszustwo, bo trudno nazwać inaczej wybiórcze potraktowanie sprawdzalnych faktów bez wzmianki, że są i inne, że omawiany problem „ma na składzie” setki i tysiące elementów, spośród których NIE WOLNO wybierać sobie tych pasujących „pod tezę” itd.
Myślę, że zasady rządzące nauka powinny być wpajane ludziom na jak najwcześniejszym etapie edukacji, choćby w szkole średniej. Dziś nawet uniwersytety traktują to po macoszemu.
Co zaś do wiary, to i ona ma swoje granice.
Wspomniał Pan o średniowieczu. Kiedyś opracowywałem temat słynnej dżumy, która wykosiła prawie pół Europy.
Otóż okazało się, ze papieski lekarz, by uchronić swego pacjenta nie miał żadnych oporów, by najpierw korzystać z wiedzy swych muzułmańskich kolegów, a potem zamiast uciekać się do wiary w Ducha Świętego, zaczął eksperymenty (bardzo odważnie – na sobie), które pozwoliły mu znaleźć remedium.
Z drugiej strony znam pewna zakamieniałą ateistkę, która gdy mąż zachorował na raka, oblatywała wszystkie możliwe kościoły zawracając głowę panu Bogu i wszystkim świętym.
Na dobrą sprawę Autor mógł ograniczyć się do napisania samego tytułu: „W naukę się nie wierzy, naukę się uprawia”. Wystarczyłoby! Reszta jest już tylko powtórzeniem.
W świecie rosnących szowinizmów religijnych, pseudo religijnych oraz całkiem niereligijnych jednym z istotnych zagadnień jest problem pogodzenia religii (wierzeń) z nauką. Zajmują sie tym kolejni papieże, imami, filozofowie i wielu ludzi zupełnie prywatnie. Jak hierarchia kościelna jest na bakier z nauka widziomy na codzień – choćby w zupełnym niezrozumieniu gender (skądiną naukowych studiów nad płcią), in vitro czy środków antykoncepcyjnych. Przewrót kopernikański KK uznał dopiero pod presją opinii publicznej, tylko po to aby nie wyjść na zupełnych idiotów. W ciagu najbliszych 10 lat nauka dokona takich postepów, że KRK straci wszelkie argumenty rzeczowe w dyskusji i skoncentruje sie na gusłach, zabobonach, przesadach zwanych popularnie „wiarą”. Wiarą bedacą widomym dowodem bezradności hierarchii wobec zjawisk współczesnego świata.
Podobny proces będa przeżywać ludzie ulegającym róznym iluzjom, przesądom czy zabobonom. Ostatni taki masowy ruch lekkomyślności odrzucajacy naukę to ruch rodziców przeciw szczepieniom niemowląt i dzieci. Nawiasem mówiąc on już daje złowrogie rezultaty – we Włoszech i innych krajach europejskich zaczyna sie szerzyć epidemia odry. Ile młodych istnień musi stracić życie aby rodzice poczuli się odpowiedzialni?
Zamiast wiary w naukę należy upowszechniać wiedzę czym nauka jest a czym nie jest i być nie może. Zgadzam się, że we współczesnym świecie upowszechnianie wiedzy na ten temat powinno byc zwielokrotnione, tym bardziej że internet obniża koszty takiej popularyzacji.
W nauce mamy sprawy proste- na przykład, możemy podać benzopireny organizmom żywym i zobaczyć jak reagują. Reagują marnie, i kwestionowanie szkodliwości tych związków jest bezsensowne. Są też sprawy niezwykle skomplikowane- kilkadziesiąt różnych parametrów, często wzajemnie powiązanych. Na przykład, klimat. W tym przypadku trzeba być bardzo ostrożnym, bo bardzo łatwo dać fałszywą prognozę. Niestety, wielu naukowcom bardzo trudno przechodzi przez gardło „nie wiem”. Dlatego mamy i w nauce różne religie, gdzie wiara jest ważniejsza od wiedzy.
„Nie ma żadnego dowodu, żeby sądzić, że klimat zmienia się wyłącznie z powodu grzechów industrializacji.”
Jest to dość zgrabne i bezpieczne zdanie z kluczowym słowem „wyłącznie”. Nie do obalenia. Czy napisałby Pan to samo zdanie zamieniając „wyłącznie” na „głównie”?
@Hazelhard.
Nie, to nie naukowcy od klimatu uprawiają „religię”. To Ty takową „antyreligię” uprawiasz, bo nie przyjmujesz żadnych argumentów. A naukowcy od klimatu nie mówią „wiem wszystko”. Czy podawany przez IPCC prawdopodobny zakres czułości klimatu 1.5-4.5C na podwojenie stężenia CO2 to wg Ciebie twierdzenie „wiem wszystko”? To raczej przyznanie się, że ciągle wiemy za mało.
Trzeba się w ogóle pogodzić z tym, że niektórych rzeczy nie da się i pewnie nigdy nie będzie się dało stwierdzić na pewno. Ale to nie znaczy, że zawsze musimy się poddać i nie przewidywać niczego. Żaden fizyk teraz i pewnie nigdy nie będzie w stanie zasymulować na ile części rozbije się zrzucona ze stołu szklanka (a nawet czy się w ogóle rozbije) i Hazelhard mógłby przekonywać, że trzeba być ostrożnym w przewidywaniach, bo nie wiemy na pewno, może się nie rozbije, „łatwo dać fałszywą prognozę”. Oczywiście łatwo się z tego śmiać, bo eksperyment ze szklanką każdy z nas nie raz w życiu przeprowadzał, a z klimatem takiego eksperymentu się przeprowadzić nie da. Ale naukowcy od klimatu nie mówią „klimat się na pewno ociepli o X”, ale, że jest to najbardziej prawdopodobny scenariusz. I podają widełki. I nawet zaznaczają, że widełki nie są pewne. A twierdzą to wszystko nie z powodu wiary w magię albo dlatego, że lubią straszyć, ale wychodzą z tej samej fizyki (oraz z obserwacji), którą tak bardzo kochasz. A co z tą wiedzą zrobią politycy i społeczeństwa, to już jest zupełnie inna para kaloszy.
@Poszi. Histeria w sprawie CO2 spowodowała, że kilkanaście lat temu wprowadzono regulacje, które zmusiły producentów samochodów z silnikami diesla do modyfikacji. Modyfikacje te spowodowały, że emisje tlenków azotu i cząstek stałych wzrosły. Zaszkodziło to grubym tysiącom, jak nie milionom, ludzi. Być może nieco mniejsza emisja CO2 z tych silników spowoduje, że temperatura nie wzrośnie o 1,125 stopnia, a o 1,124 stopnia, ale wątpię, czy to ma jakiekolwiek znaczenie. Przykład powyższy daję, żeby powtórzyć swoją „mądrość”: Histeria na temat CO2, który być może coś złego zrobi, a może nie, odwraca naszą uwagę od trucizn, które jemy, pijemy i wdychamy, a co do tego, że są to trucizny nikt nie wątpi, bo to bardzo łatwo eksperymentalnie sprawdzić.
@Hazelhardzie.
Częściowo się z Tobą zgodzę (emisje trucizn są gorsze niż CO2, chociaż w tym wypadku przynajmniej trujemy siebie, a nie zrzucamy problemu na przyszłe pokolenia), ale przedstawiasz bardzo uproszczony obraz. To prawda, że Europa postawiła na diesle, co było dużym błędem, ale
1. To jest jeden z bardzo nielicznych wyjątków. Niemal zawsze redukcja CO2 redukuje też emisje zanieczyszczeń. Wiatraki, panele PV, elektrownie jądrowe, auta elektryczne, to wszystko jest dużo czystsze od używania węgla czy ropy. Nawet spalanie gazu redukuje emisje CO2 na jednostkę energii oraz bardzo redukuje emisję zanieczyszczeń.
2. Nie widzę w tym winy klimatologów. Klimatolodzy nie maja wpływu na głupie decyzje polityków.
3. Redukcja CO2 to był tylko jeden z czynników, a w zasadzie jedynie pretekst. Diesle to w dużej mierze efekt lobbyingu niemieckich koncernów samochodowych, bowiem one widziały w tym przewagę konkurencyjną wobec zarówno japońskich, jak i amerykańskich producentów.
4. Diesle emitują mniej CO2, bo spalają mniej paliwa. Przyczyną „sukcesu” diesli była też rosnąca cena paliw, a że w Europie paliwa są wyjątkowo drogie, konsumenci mieli dużą motywację do ich zakupu. Nawet bez regulacji, diesle byłyby w Europie popularne.
5. Błąd postawienia na diesle nie był taki oczywisty kilkanaście lat temu. Dopiero skandale z fałszowaniem testów pokazały, że diesle nie są w stanie spełnić pokładanych w nich nadziei.
Tak, Poszi. Ze wszystkim się zgadzam, tylko nie z punktem 2. Politycy zostali podpuszczeni przez klimatologów. Al Gore by sam globalnego ocieplenia przez CO2 nie wymyślił.
@MH Czy zamieniłbym na „głównie”, zdecydowanie nie. Nie mam do tego wystarczających postaw, co więcej, byłoby to dość dziecinne. Wiemy, że klimat się zmienia. Zawsze się zmieniał, procentowy udział różnych czynników wpływających na te zmiany jest trudny do określenia, a być może wręcz niemożliwy. Nasz ludzki wkład jest oczywisty, ale trudny do dokładnego zmierzenia. Przewidywania tempa zmian klimatycznych oparte na symulacjach komputerowych okazują się wadliwe, lub jak kto woli niedoskonałe. Osobiście zamiast sporów „strzyżono-golono” w tej akurat sprawie preferuję podejście Copenhagen Consensus Center, gdzie dyskutuje się nie o tym czyje na wierzchu, a o strategiach przeciwdziałania skutkom ocieplenia, koncentrując się na priorytetach i kalkulacji kosztów i strat.
W środkach masowego p0rzekazu dominuje podejście emocjonalne, które z punktu widzenia nauki jest grzechem śmiertelnym, a z punktu widzenia skuteczności jest bardzo niebezpieczne. W naukach ścisłych emocjonalne podejście kończy się zachwytem dla głupawych autorów różnych opowieści w stylu „Frankesteina”. Już nie pamiętam, który z piszących fizyków opowiadał o różnicy między fizykiem i metafizykiem. Mamy dwóch piekielnie inteligentnych ludzi. W tym samym czasie mają genialne pomysły. Jeden idzie do laboratorium, robi jeden eksperyment, drugi, trzeci, setny, tysięczny. W końcu idzie do pubu i mówi kumplom: Słuchajcie to był genialny pomysł, miał tylko jedna wadę, nie zgadzał się z rzeczywistością. Tymczasem metafizyk publikuje trzecią książkę i bryluje na salonach.
Ja osobiście byłem socjologiem, uciekłem od tego, bo to nie jest nauka, zająłem się historią gospodarki, bo tam trzeba się trzymać faktów. We wszystkich naukach społecznych grozą wieje po stokroć większą niż tam, gdzie jednak mocne hipotezy wypierają słabsze.
W naukach społecznych praktycznie rzecz biorąc dominują spory ideologiczne; Historyk Efraim Karsh pisał:
Had such professional misconduct occurred in the natural or physical sciences there would have doubtless been serious consequences: e.g. the collapse of a bridge following phony engineering calculations…Yet it would seem that when it comes to the social sciences or the humanities… the researcher can escape punishment for the worst kind of malpractice…In this Orwellian world where war is peace and ignorance is strength, not only are the falsifiers not censured – they are applauded.
Nie jestem klimatologiem, więc nie pozostaje mi nic innego jak ufać klimatologom, podobnie jak ufam naukowcom-lekarzom, którzy twierdzą, że szczepienia dzieci na różne choroby są konieczne. Klimatolodzy doszli do konsensusu w sprawie kluczowego wpływu działalności człowieka na ocieplenie klimatu i jego niekorzystnych skutków, więc jako laik w tym temacie, nie mam żadnych podstaw, aby ten konsensus negować. Niedawno byłem na pewnym szkoleniu ze swojej branży informatycznej i podczas luźnych rozmów uderzyło mnie, że WSZYSCY obecni traktowali temat globalnego ocieplenia jako fanaberię i spisek firm dostarczających technologię „zielonej” energii. Postprawda w całej okazałości. Nie mieli żadnych kompetencji (podobnie jak ja), żeby wypowiadać się na ten temat, ale z całym przekonaniem opowiadali bzdury o wulkanach, lodowcach i Grenlandii zaczerpnięte z forów onetu. Trochę zmienili ton, gdy zaproponowałem, żeby zapytać obsługę gastronomiczną w ośrodku szkoleniowym, co sądzi o zaletach i wadach rozwiązania pewnych problemów informatycznych, nad którymi pracowaliśmy. Zbyt dobrze znam Pana twórczość, żeby posądzać Pana o „onetową” znajomość tematu, niemniej bardzo jestem ciekaw, czy bliższe jest Panu podejście Copenhagen Consensus Center z powodów stricte naukowych, czy też jest to wynik rozważań okołonaukowyuch (polityka, gospodarka, niechęć do IPCC itp.).
Jeśli chodzi o socjologię, którą przestał Pan uprawiać, to jestem głęboko przekonany, że nadejdzie w tej dziedzinie przewrót kopernikański spowodowany integracją człowieka z chmurą obliczeniową (dawniej zwaną Internetem) nawet na poziomie interfejsu biologicznego, więc może znowu się Pan tą dziedziną zainteresuje 😉
W nauce nie zawsze większość ma rację, a jest sporo wybitnych naukowców, którzy w sprawie klimatu wypowiadają się inaczej niż inni: https://en.wikipedia.org/wiki/List_of_scientists_opposing_the_mainstream_scientific_assessment_of_global_warming
Bardzo ładny artykuł…
I przyszły mi do głowy w związku z nim dwa teksty:
1. „prawdziwy naukowiec nie wierzy nawet we własne teorie”
2. (buddyjski, o tym samym znaczeniu!) – „Jeśli spotkasz Buddę – zabij go!” (paradoksalny, nie wprost do interpretacji..
a @ Poshi – Hazelhard – przynajmnie w tym tekście- nie twierdził, że to meteorolodzy tak mają, że nie potrafią powiedzieć, że nie wiedzą.
pisał, że „niektórzy naukowcy” – i potwierdzam (zez autopsyji), że takowi istniją
@MH – Warto zwrócić uwagę, że ani Copenhagen Consensus Center (zespół naukowców z różnych dziedzin, w tym kilku noblistów) ani dyrektor tego zespołu, Bjorn Lomborg, nie negują ocieplenia. Ocieplenie jest faktem. Więc jest tu zasadnicza różnica z Pana kolegami twierdzącymi, że samo ocieplenie jest wymysłem zielonego lobby. CCC dyskutuje o strategiach reagowania na ocieplenie, a to jakby inna bajka. Wiemy, że stawka na wiatraki i panele okazała się nieskuteczna. Zero efektu przy horrendalnych kosztach. Co gorsza ta strategia uderza najmocniej w najbiedniejszych. (Czy jest alternatywa? Jedna z propozycji głosi, że należy zlikwidować subwencje na nieopłacalne technologie, a zwiększyć nakłady na rozwój zielonych technologii.) Warto zastanawiać się jak ustawić priorytety, żeby skąpe zasoby finansowe przynosiły stosunkowo najlepsze efekty. Czy są to powody stricte naukowe? No cóż, przy wyborze priorytetów kierujemy się innymi względami, przy szacunku kosztów i strat analizujemy dostępne dane. Przy wyborze priorytetów CCC kieruje się takimi kryteriami jak śmiertelność niemowląt, choroby, głód, nędza. Nie umiem powiedzieć, czy czysto naukowe jest analizowanie, ile zysku przyniesie nam zainwestowany dolar (przy założeniu, że tym zyskiem jest dobrostan ludzi).
Jest tu inny spór, już nie związany z CCC, a mianowicie spór między fachowcami (w którym zapewne Pan miałby znacznie więcej do powiedzenia niż ja) o wiarogodność przewidywania w oparciu o symulacje komputerowe. Te symulacje, które robiono w latach 90 okazały się w znacznym stopniu błędne (tempo wzrostu ocieplenia jest zdecydowanie mniejsze). Klimatolodzy wbrew pozorom nie osiągnęli pełnego konsensusu, zgoła przeciwnie i byłoby delikatnie mówiąc, błędem wyciszanie dyskusji, a niestety te próby są widoczne. Co gorsza często stosowane są chwyty poniżej pasa, czyli próbę dyskusji o sprawach technicznych i metodologii wycisza się nieprawdziwymi oskarżeniami o negowanie faktów. (A to już nauce szkodzi.)
Przecieram oczy ze zdumienia. Klimat to jeden z przykładów w artykule, a nie temat artykułu. IMO
I.
Jeśli ktoś [1] mówi „wierzę w naukę”, to znaczy, że wierzy w nią podobnie jak ja wierzę np. że Kamil Stoch wygra Puchar Czterech Skoczni. Wierzę, że Stoch robi wszystko, aby wygrać, jestem pewna, że wierzy w siebie i w wygraną, ale rozumiem [2], że wiara w wygraną nie jest wyznaniem wiary w Boga, rozumiem, że wygrana zależy nie tylko od Kamila (nie jest zagwarantowana, pewna).
Choć wygrana tylko w pewnym zakresie zależy od zawodnika/naukowca, to nie znaczy, że Bóg ma w tym swój udział, jak to próbuje przedstawiać Kościół. Kościołowi udaje się mamić lud, bo nie można dowieść, że Bóg nie maczał palców w wygranej. Żadne logiczne argumenty nie wygrają z dowodem, a dowodu na to, że nie istnieje to, co nie istnieje nie ma, (a może już jest?).
Zdaniem ateistów i naukowców nie też ma dowodu na istnienie Boga, ale z tym „brakiem” Kościół świetnie sobie radzi. Jeśli np. wyzdrowieje ktoś ciężko chory, to dowód na istnienie Boga, a nie skuteczność nauki (Bóg posłużył się nauką).
Tak formułując zdanie nieświadomie przyznaje Pan rację stawiającym ten zarzut.
Prawica zawłaszczyła wiele słów (np. wierzyć, wartości, etyczny, moralny), to jedna ze skutecznych strategii marketingowych. Kto ich używa automatycznie przenosi rozmowę na pole (dominującej) religii (wiary), marki.
„Istnieją marki, które zawłaszczyły sobie dany rzeczownik, np. Adidas, na wszystkie buty sportowe, niezależnie do tego, jakiej są marki, mówimy w Polsce adidasy. Identyczny efekt osiągnął Jeep, Junkers czy firma Pampers”. Tej techniki używa Kościół, a teraz także Jarosław K.
Odpowiadając na taki zarzut warto pamiętać, kto go stawia.
Ludzie religijni (wierzący w Boga) porządkują dane inaczej niż ateiści (i naukowcy). Dla nich Wszechświat jest utworem (został stworzony), podczas gdy dla ateistów/naukowców, utworem jest religia/mit.
Ludzie religijni myślą >Skoro ateiści/naukowcy odrzucają Boga i „naukę kościoła”, i kierują się wiedzą naukową (nauką), to znaczy, że wierzą w naukę, bo się nią kierują. Innej możliwości nie ma.<
Ci ludzie nie potrafią myśleć inaczej, bo ich świat skonstruowany jest na wierze, a przecież każdy mierzy swoją miarą. Kot myśli jak kot, a pies, jak pies.
[1] – ktokolwiek to mówi,
[2] – ja ateistka, osoba religia nie rozumie tego w taki sposób, ona rozumuje a-logicznie, "kupuje" sofizmaty.
Zdanie, którego dotyczy mój komentarz:
„Dziesiątki razy spotykałem się z brzmiącym uczenie zarzutem wierzących, jakoby ateiści, racjonaliści, sceptycy, materialiści i oświeceniowego rytu humaniści wierzyli w naukę.”