10.08.2026
Bo tak wygląda z lotu ptaka komentatorski jazgot pod polemicznym artykułem Pana Wojciecha.
Z żabiej perspektywy nie lepiej: kumkanie, skrzek, rechot, na szczęście w języku ojczystym i obszarze jednego bajora, wszystko w opakowaniu premium z logo Studia Opinii.
Jeden tylko uczony łosoś ni z gruszki, ni z pietruszki wyrwał się z łacińską sentencją śląc imiennie zaadresowane: Simili similis gaudet. Miał być prztyczek, wyszedł dwuzdaniowy wtręt.
God bless him.
W jakich szuwarach, w tym z przymrużeniem oka symbolicznym bajorowisku, wylądowali Panowie Maciej i Marek Jastrząb ze swoimi stonowanymi, merytorycznymi komentarzami? Dobrze by było cofnąć taśmę i zaproponować interlokutorom powtórkę dyskusji, lecz bez zacietrzewienia, bez bezpodstawnego ciskania zarzutów i nademocjonalnego ich odpierania.
Szanowni Studioopiniowcy!
Studio Opinii jest jedno, opiniodawców grono do zliczenia, a opinii powinna być mnogość, by to forum, będąc nadal niszowym – tego nie przeskoczymy, było portalem pulsującym życiem. Nie twórzmy zakazów, nie wyznaczajmy kierunków, bo to krótka droga. SO ma Dyrygenta, zapracowanego, ale dopóki nie pojawi się grupa pojętnych i chętnych do przejęcia części obowiązków, nic się nie zmieni. Musimy polegać na Pana Wojciecha wyczuciu możliwości i smaku, życząc Mu wyśmienitego zdrowia i wielu jeszcze lat życia.
I piszmy, na Boga, żeby było w czym przebierać i czym szare komórki karmić.
WaszeR d. Londyński

Spojrzałem na komentarze pod felietonem W.Kuszko i powstrzymałem się zarówno od przeczytania, jak tez od napisania własnego komentarza. W takim razie umieszczę mój komentarz tutaj, gdzie jak na razie jest cisza i spokój. Oto on: teksty pana Bielejewskiego mogłyby być o jakieś 90% krótsze, zachowując ten sam ładunek informacji. Byłyby łatwiejsze do przeczytania, przyjemność byłaby większa, zaś korzyść byłaby taka sama.
Pewnie by i mogły teksty KB być krótsze i łatwiejsze do skonsumowania przyjmując formę zwięzłej depeszy.
Pewnie by mogły, ale…
Coś tam bąknąłem w poprzednim swoim tekście na temat stylów – umownie i ogólnie ujmując – twórczych.
Może nie mam racji, ale teraz powrócę do tego „ale” powyższego.
Równie dobrze można by przyczepić się do Picassa za chaos w jego Guernice, a już czytelność oka umieszczonego na środku czoła…
Zarzucić Chełmońskiemu, że zamiast namalować bociana z krwi i kości odstawił na płótnie kawał pastwiska z dwójką pastuchów.
Gaudiemu wytknąć, że w swojej katedrze „naprodukował” takie mnóstwo detali, zakamarków, architektonicznych udziwnień, na dyletancki rozum absolutnie świątyni zbędnych. I że jej budowa trwa od 1882 r.
A już Brueglowi starszemu zadać pytanie: to gdzie w końcu ten Ikar? – w jego Upadku Ikara.
Tak jak można wszystko skrytykować, tak można wszystko upakować, ujednolicić, wszystkie dziedziny sztuki zunifikować. Tylko – cel?
Nie biorę Krzysztofa Bielejewskiego w obronę, ani nie nobilituję powyższymi przykładami. Sam da sobie radę z krytyką.
Kto w dzieciństwie pokonał „W plastusiowym pamiętniku”, a w dorosłości próbował zgryźć „Ulissesa” doskonale rozumie, że twórczy styl, poziom i skala trudności, tak jak odbiór sztuki, są sprawą indywidualną I nie powinno być miejsca na tej sztuki ławą krytykowanie. W końcu można nie czytać, nie bywać w muzeach, nie zatracać się ekstatycznie w filharmonii. Ignorancja jest przypisana rodzajowi ludzkiemu. Wybór zawsze należy do ciebie.
Idealizowanie agory (w tytule) z dzisiejszej perspektywy wygląda niezbyt poważnie. Nawalanka, jaka się tam dokonywała, była nie mniejsza niż w SO, a nawet większa… Ta starogrecka instytucja skazała na śmierć Sokratesa (sądy skorupkowe), a nam chodzi o to, by trochę wyhamować faceta z ADHD.
O ile wiem (a nie wiem za dużo bo funkcjonuje poza mediami społecznościowymi) to pierwsza poważna debata w polskich mediach na temat roli AI w publicystyce. I to warto odnotować jako fakt nie tylko medialny. Nie posługuje się AI bo nie umiem, ale po tej debacie patrzę na jej możliwości z większa sympatia i nadzieja.
„patrzę na jej możliwości z większa sympatią i nadzieją.” Ojej. Niedobrze. W publicystyce (i nie tylko) celem powinno być przekazanie własnej myśli, a nie powtarzanie cudzej. Pierwsze jest warte pracy, a drugie to jest plagiat. Sztuczna Inteligencja to jest z samej zasady plagiator doskonały, który do tego został stworzony. I dlatego warto raczej trzymać się z daleka. Moze napiszę to jeszcze inaczej: korzystanie z AI to trochę tak, jak kupowanie zegarka od kieszonkowca. Nie warto. A jeśli warto, to warto się nad tym zastanowić.
Wojtku, skąd pewność, że tylko sieć neuronowa zbudowana z białek przetwarza to czego się nauczyła, a ta zbudowana z krzemu potrafi to jedynie cytować. Byłbym ostrożny w formułowaniu kategorycznych stwierdzeń na temat tego czym wielkie modele językowe są „z samej zasady”, bo tego do końca nie wiedzą nawet ci, którzy je tworzą i badają. Polecam Ci książkę profesora Andrzeja Dragana „Quo vAIdis”, w której rozważa on czy sztuczna inteligencja to wyłącznie plagiator i najwyraźniej nie jest tego tak pewny, jak Ty. Może więc napisz jeszcze inaczej: „Wszystko mi mówi, że korzystanie z AI to …, ale nie mam na ten temat pełnej wiedzy”. Chyba, że ją masz.
Nie wiem do końca. Ale wiem, ze to wielki biznes oparty nie na pożytku, bo ten jest dyskusyjny, ale na samej bardzo sprytnej nazwie. Gdyby oficjalna nazwa brzmiała „model językowy”, to powstałoby kilka dużych centrów rządowych. Ale oficjalna nazwa pachnie wielkimi pieniędzmi. I to jest najważniejsze osiągniecie, kosztem rujnowania środowiska i całych społeczności. Skorzystają bilionerzy. To jest dla mnie ważniejsze niż korzyści, które oczywiście bywają.
Artykuł WaszeRa d. Londyńskiego jest błyskotliwy literacko, ale nie odnosi się do kwestii merytorycznych.. Autor używa metafory bajora, żabiej perspektywy, kumkania i skrzeku, aby zdyskredytować całą dyskusję, ale nie wskazuje, który konkretny argument jest błędny, fałszywy lub nieuczciwy. Autor ucieka się do estetyzowania sporu – zamiast rozstrzygać merytoryczne kwestie, sprowadza je do poziomu „magla” i „zaścianka”.
WaszeR diagnozuje kilka rzeczy: dyskusja pod artykułem Kuszki stała się emocjonalna i personalna; niektórzy komentatorzy używali ostrych określeń; portal potrzebuje więcej autorów i świeżych głosów; redaktor nie powinien dźwigać całego ciężaru moderacji sam; lepiej pisać niż tworzyć zakazy i wyznaczać kierunki.
Problem w tym, że artykuł nie odpowiada na główny argument, który pojawił się w dyskusji. Nie chodziło wyłącznie o to, że Bielejewski pisze dużo, lecz o to, że powtarzalnie przyjmuje rolę recenzenta, mentora i nieformalnego moderatora cudzych wypowiedzi. WaszeR zamienia ten problem w ogólną krytykę „komentatorskiego jazgotu”, a następnie sugeruje, że rozwiązaniem jest „pisać więcej”. To nie jest odpowiedź, lecz unik. Można mieć wielu autorów i jednocześnie mieć jednego autora, który dominuje w komentarzach. Liczba tekstów nie rozwiązuje problemu proporcji i tonu dyskusji.
Metafora bajora jest efektowna, ale niesprawiedliwa. W dyskusji pojawiły się rzeczowe uwagi o protekcjonalnym tonie, konkretne przykłady komentarzy Bielejewskiego, analiza jego sposobu odpowiadania, propozycje zasad kultury polemiki. Nazwanie tego „maglem” i „zaściankiem” pozwala uniknąć odniesienia się do treści, ale nie obala żadnego argumentu. To zabieg retoryczny – zdyskredytować formę, aby nie odpowiadać na treść.
Wtręt „Simili similis gaudet” („podobny podobnemu się raduje”) był celny jako pointa. Wyjaśnia, dlaczego akceptacja Bielejewskiego przez niektórych czytelników wynika z podobieństw.
WaszeR proponuje „cofnąć taśmę” i powtórzyć dyskusję bez zacietrzewienia. To szlachetne, ale nierealne. Dyskusja już się odbyła. Pytanie brzmi, czy uczestnicy są w stanie wyciągnąć z niej wnioski.
Najważniejszy wniosek nie dotyczy „wszystkich po trochu”, lecz jednego powtarzalnego schematu: autor, który stale komentuje, ocenia i domyka cudze wypowiedzi, uzyskuje przewagę nad rozmówcami, którzy mają tylko jeden komentarz. To nie jest „magiel”, lecz strukturalna nierówność, której nie rozwiąże samo wezwanie do pisania.
Panie Sławku, zaczynam się o Pana trochę martwić.
Nie dlatego, że się Pan ze mną nie zgadza. To byłoby zdrowe. Niepokoi mnie natomiast, że od pewnego czasu, gdziekolwiek na Studiu Opinii pojawi się nazwisko Bielejewski, Pan natychmiast zjawia się z aparaturą pomiarową i bada skalę jego obecności, częstotliwość komentarzy, ton, przewagę retoryczną, stosunek do innych autorów oraz wpływ na ekosystem portalu.
Jeszcze trochę i będę musiał zgłaszać Panu wyjście do toalety.
Najbardziej rozczuliło mnie najnowsze odkrycie: „strukturalna nierówność”.
Panie Sławku, jak rozumiem, nierówność polega na tym, że ja mogę napisać komentarz, a Pan… również może napisać komentarz.
Ja mogę odpowiedzieć drugi raz.
Pan też.
Ja mogę trzeci.
Pan — proszę usiąść, bo wiadomość jest wstrząsająca — również trzeci.
Na stronie nie ma limitu odpowiedzi dla Sławka ani specjalnego pakietu „Bielejewski Premium Unlimited”. Pod każdym tekstem widzę ten sam przycisk „Odpowiedz”, który, jak wynika z Pańskiej imponującej aktywności, działa także na Pańskim komputerze.
To nie jest więc strukturalna nierówność.
To jest różnica w ochocie do pisania.
Może irytująca, ale konstytucyjnie jeszcze dozwolona.
Co zabawniejsze, dowodząc od kilku dni, że ja nadmiernie dominuję dyskusję, produkuje Pan kolejne długie komentarze poświęcone głównie… mnie. Pod tekstem Wojciecha Kuszki sporządził Pan niemal kompletną kartotekę moich wypowiedzi: Bungo, Sonia, Izydor, Andrzej, Obirek, Matczak, Powstanie Warszawskie, AI, barszcz, grzyby. Teraz pod felietonem WaszeRa znów głównym problemem okazuje się Bielejewski.
Naprawdę, Panie Sławku, jeżeli celem jest ograniczenie obecności Bielejewskiego w Studio Opinii, Pańska metoda ma pewne wady konstrukcyjne.
Przypomina gaszenie światła przez dokładanie żarówek.
Pisze Pan również, że WaszeR nie odpowiedział na „główny argument”. Ale WaszeR wcale nie zgłosił się na arbitra Pańskiego procesu przeciwko Bielejewskiemu. Napisał krótki felieton o tym, że dyskusja zaczęła przypominać magiel, że za dużo w niej emocji i że zamiast wyznaczać innym granice, warto pisać i zostawić redaktorowi decyzję o kształcie portalu. Dokładnie to napisał.
Pan natomiast zdaje się oczekiwać, że każdy kolejny autor, który zabierze głos w tej sprawie, powinien najpierw odpowiedzieć na Pański „główny argument”, najlepiej punkt po punkcie.
To interesująca definicja dominowania dyskusji.
Zwłaszcza u człowieka, który zarzuca dominowanie dyskusji komuś innemu.
Pisze Pan także, że uczestnicy powinni „wyciągnąć wnioski”. Informuję więc, że już wyciągnąłem. Kiedy Wojciech Kuszko napisał, że mój ton bywa protekcjonalny, odpowiedziałem mu, że jego uwagę przyjmuję, że rzeczywiście mogę mieć zawodowy odruch nauczyciela i wykładowcy oraz że będę tego tonu pilnował.
Co jeszcze powinienem zrobić?
Napisać sto razy:
„Nie będę recenzował kolegi Sławka”?
Tu jednak muszę Pana rozczarować.
Będę.
Tak samo jak Pan ma pełne prawo recenzować mnie.
Jeżeli napisze Pan dobry tekst — powiem, że dobry.
Jeżeli znajdę w nim błąd — napiszę, że widzę błąd.
Jeżeli coś mnie rozśmieszy — być może się pośmieję.
Tak właśnie stało się przy Klubach Radykalnego Centrum: Pan potraktował projekt Marcina Matczaka bardzo serio, ja zobaczyłem w nim również znakomity materiał satyryczny i napisałem o „bojowej porcelanie”, „ekstremistycznym budyniu” i klubach rozmowy o rozmowie. Pański tekst istnieje nadal, mój również. Czytelnik może przeczytać oba i zdecydować, który bardziej go przekonuje.
To się kiedyś nazywało pluralizmem.
Dziś, jak rozumiem, może już „strukturalną nierównością”.
Nie mam również żadnej możliwości „domykania cudzych wypowiedzi”. To szczególnie piękny zarzut. Jak miałbym je domknąć? Kłódką?
Po mojej puencie formularz komentarza nadal działa. Najlepszym dowodem jest Pan, który regularnie wraca, otwiera go i pisze następny elaborat.
Moja puenta nie zamyka dyskusji.
Może najwyżej utrudnić Panu napisanie lepszej.
I chyba właśnie tu znajduje się sedno naszego coraz bardziej monumentalnego sporu.
Mam wrażenie, że nie tyle przeszkadza Panu, iż odpowiadam, ile że czasami odpowiadam złośliwie. Zwłaszcza kiedy przedmiotem żartu staje się Pański tekst.
Rozumiem. Żart o cudzym felietonie jest zawsze bardziej elegancki niż żart o naszym.
Ale na to naprawdę nic nie poradzę.
Felieton bez karykatury, przesady, ironii i złośliwości staje się referatem. A referatów w życiu wysłuchałem już wystarczająco dużo.
Dlatego proponuję zakończyć badania nad problemem Bielejewskiego.
Pan niech pisze.
Ja będę pisał.
WaszeR niech pisze.
Obirek, Szczypiński, Jastrząb i inni niech piszą.
Kuszko niech wybiera.
Czytelnicy niech czytają albo nie.
I wszyscy będziemy mieli dokładnie to samo prawo do ostatniego słowa.
Pod warunkiem, że po naszym ktoś nie napisze następnego.
Patrząc na Pańską dotychczasową determinację, nie mam najmniejszych obaw, że ta strukturalna nierówność kiedykolwiek Panu zagrozi.
I tu muszę na Pana, Panie Krzysztofie, rzucić się ze swymi pazurami, ponieważ napisał Pan to, co ja chciałem napisać dając odpór Panu Sławkowi. Ba, napisał Pan dużo więcej. Z sensem, pod którym się podpisuję trąbą mamuta jakim niewątpliwie jestem. Pomimo tego, żeśmy równolatkami, ja jestem zacofańcem komputerowo-internetowym i kuda mi do Pańskich umiejętności, refleksu i tempa pisania gepardzim pazurem. Skradł mi pan show, ale pal licho, i tak dopiszę coś od siebie pod adresem Sławka.
Pan Bielejewski nie jest pierwszym ani jedynym autorem na tych łamach, który używa takiego stylu. Podobnie pisał pan Koraszewski. Moim zdaniem teksty pana K., choć równie denerwujące, były jednak naładowane faktami i wiedzą an temat Bliskiego Wschodu, której ja osobiście nie posiadam. Dlatego teksty pana K. były warte przeczytania. Natomiast artykuły pana B. są znacznie uboższe w fakty i wiedzę. Podkreślam i zaznaczam, ze to jest moja subiektywna ocena.
Porównywanie pana B. do Picassa i do Chełmońskiego jest, delikatnie mówiąc, naciągane. Nie wiem, czy pan WaszeR chciał tym sposobem zażartować, i z kogo mianowicie. Moim zdaniem wyświadczył tym tzw. niedźwiedzią przysługę panu B., bo gołym okiem widać, ze to jednak zbyt wysokie progi. Moze lepiej było nie robić takich porównań. („Kończ waść, wstydu oszczędź” – tak się kończą próby sięgania zbyt wysoko.)
Na koniec, moja sugestia, ze warto skracać. Nie napisałbym takiej sugestii, gdyby długość artykułów pana B. stała na równi z bogactwem treści, obfitością faktów, i głębią przemyśleń. Jednak moim zdaniem długość dominuje, zaś inne wymienione cechy są raczej nieobecne. I dlatego warto by (moim zdaniem) dopasować długość do treści, czy może raczej jej braku. To jest moja subiektywna ocena i w razie reprymendy nie będę jej bronił.
Z całym szacunkiem, obawiam się, że pisząc o moim niby porównaniu Bielejewskiego do Picassa i Chełmońskiego uległ Pan próbie zaćmienia, nie generalnej tego dzisiejszego, Słońca, lecz zaćmienia zwanego inaczej niedoczytania ze zrozumieniem, lub doczytania z niezrozumieniem, co i tak na jedno wychodzi. No bo ja podałem wyciągnięte ad hoc z mózgowego archiwum przykłady twórczych możliwości ludzi sztuki, ich zamknięcia w dziełach pewnej myśli im tylko wiadomej, zakamuflowanej im tylko właściwymi środkami wyrazu, a kibic, ten słuchacz, oglądacz, czytelnik czy też inny ślepiec intelektualny kontemplujący dzieło może w nim znajdować co mu się żywnie podoba. I nikomu nic do tego. No więc ten środkowy akapit spalił się Panu. Co do reszty wypowiedzi powstrzymam się, bo na większym pieńku mam z Panem Sławkiem i muszę oszczędzać energię.
Szanowny Panie Sławku,
Postanowiłem nie włączać się dalej do tej dyskusji, ale po Pana komentarzu, jak w powiedzeniu – muszę, bo się uduszę. Proszę mi wybaczyć – czytam Pana wszystkie komentarze pod różnymi artykułami dot. publikacji felietonów p. Bielejewskiego i w każdym z nich rotuje Pan tymi samymi argumentami, nie wnosząc nic nowego do dyskusji ani nie wyciągając żadnych wniosków z argumentów innych komentatorów. Wygląda to tak, jakby ego szło przed mądrością. Jeżeli poczuł się Pan dotknięty – bardzo przepraszam, nie taka była moja intencja. Generalnie czytając Pana pierwszy komentarz, można już śmiało resztę pominąć bo wiadomo jaki jest przekaz – Pan i część innych wcześniej związanych z SO Autorów czuje się zdominowany, niedoceniony i opisujący „kradzież” własnej przestrzeni przez innego Autora. W komentarzu pod artykułem red. Kuszko napisałem w komentarzu, że moim zdaniem lepiej jest, aby artykułów i komentarzy było więcej niż wstawianie białych plam z miejscem oczekującym na artykuł przesłany przez Autora ze stażem. Jednak widzę, że absolutnie nie podziela Pan tego zdania (i ma Pan do tego absolutne prawo) – chcę wskazać tylko różnice. Za chwilę SO stanie się muzeum artykułów a nie żywym portalem z opiniami i komentarzami. Dla mnie to źle, dla kogoś innego być może dobrze. Jest mi przykro, że tak doświadczeni i zasłużeni Autorzy podchodzą do tego problemu. Miałem nadzieję, na chwilę refleksji, ale to chyba płonna nadzieja – być może wynika to z Państwa doświadczenia zawodowego i życiowego – będąc wiele lat nauczycielem, wykładowcą czy dyplomatą nabywa się nawyku tłumaczenia innym, a nie słuchania innych i próby ich zrozumienia (mam w rodzinie przedstawicieli grona nauczycielskiego różnych poziomów nauki i dostrzegam taką przypadłość). Rozważając tą sytuację zastanawiałem się jak wyglądały początki SO – w końcu każdy z piszących kiedyś zaczynał. W mojej wyobraźni, zebrali się dobrzy dziennikarze i utworzyli zespół SO (zwani dzisiaj ojcami założycielami), kolejni autorzy, którzy dołączali do zespołu byli weryfikowani przez ojców założycieli pod kątem jakości treści, którą chcą tutaj umieszczać – działało to na zasadzie nobilitacji dla takiego autora (pamiętam wspomnienia jednego z panów, który pisał chyba po śmierci red. Misia, że to on był recenzentem przesłanego tekstu i jednoosobowo albo dopuszczał albo odrzucał tekst). Większości założycieli już nie ma, ale wcześniej dopuszczeni autorzy chcieliby stworzyć coś na wzór kółka wzajemnej adoracji – własne artykuły można komentować, ale tylko w formie dopowiedzenia i w zgodzie z autorem, zdanie odrębne nie jest mile widziane, a ironiczny jezyk absolutnie zakazany. Nowi autorzy mogą być dopuszczeni do publikacji, ale pod warunkiem przestrzegania niepisanego regulaminu. W innym wypadku zostaną zbanowani, albo pozostali ogłoszą strajk i wycofają się z publikowania. Zastanawiam się jak red. Miś mógł publikować swoje ironiczne upusty żółci albo komentarze i nie został w komentarzach biczowany pod pręgieżem. Widać miał taryfę ulgową, jako ojciec założyciel (ojcu nie należy zwracać uwagi). Pamiętam czasy świetności SO, kiedy nie wszyscy pamiętają, dostępna była alternatywna domena naszezapiski.pl Dzisiaj czasy się zmieniły, ale przyzwyczajenia zostały. Prawdą jest powiedzenie, że przyzwyczajenie drugą naturą człowieka. Po komentarzach można poznać, że bardzo trudno jest nam zmienić swoje poglądy. Bardzo podoba mi się odpowiedź poniżej p. Bielejewskiego ( i znowu nie faworyzuję tego autora, mógł to napisać anonim. Odnoszę się do treści, nie autora). Odniósł się w sposób zgodny z moim poglądem na rzeczywistość. Narciarz2 pisze, że jego zdaniem, styl p. Krzysztofa jest akceptowalny, bo wcześniej stosował podobny p. Koraszewski, ale język pierwszego zbyt kwiecisty i rozwlekły. Jesteśmy w XXI wieku i na pewno widzieliście wszyscy na dużych portalach, że wszystkie długie artykuły zawierają sekcję „w skrócie”, albo opisane jako TL, DR (too long, didn’t read) – znaczy dokładnie to samo. Przecież podłączenie agenta AI, który zrobi to samo jest dzisiaj bardzo proste – jeżeli ktoś chce zamiast felietony depeszę to jest to możliwe. Wszyscy będą zadowoleni. Zastanawiam się dlaczego nie szukamy rozwiązania problemów, tylko eskalujemy w nieskończoność te same uwagi (unikam słowa zarzuty). Jeżeli jakieś grono czuje się spadkobiercami ojców założycieli, to przygotujcie regulamin wstępowania do tego szacownego grona i regulamin opisujący prawa i obowiązki publikacji.
Wiem, że mój komentarz niczego nie zmieni, a nawet więcej, część Autorów poczuje się dotknięta moim językiem. Wszystkich, którzy poczuli się dotknięci bardzo przepraszam, nie taka była moja intencja. Ale chciałbym zakończyć bezproduktywną dyskusję, która nie prowadzi do rozwiązania. Jak napisał WaszeR – miało być bajorowisko, ale zaczyna w nim brzydko pachnieć.
Szanowny Panie Macieju,
w Pana długim komentarzu nie ma ani jednego odniesienia do moich argumentów merytorycznych. Za to jest pełno osobistych ataków, kłamstw i fantazji na temat nie tylko moich intencji.
Dla porządku — to nie jest pierwszy raz, kiedy Pan przekręca moje słowa:
Pod artykułem Wojciecha Kuszko (10.08):
• Napisałem, że problemem jest sposób obecności (częstość, objętość, przejmowanie dyskusji).
• Pan napisał, że mówię o „nadmiarze obecności” — i to zwalczał.
• Napisałem, że chodzi o komentarze, które nie podlegają selekcji.
• Pan udawał, że mówię o felietonach.
• Napisałem, że masowa produkcja treści zaburza proporcje.
• Pan napisał, że nikt nie mówi o jakości tekstów.
Teraz pod artykułem WaszeRa (12.08):
1. Nikt nie mówił o „kradzieży przestrzeni” — to Pan to wymyślił.
2. Nikt nie groził „banowaniem” ani „strajkiem” — to Pana fikcja.
3. Nikt nie tworzy „kółka wzajemnej adoracji” — to Pana fantazja.
4. Obraźliwe generalizacje o nauczycielach i dyplomatach — to nie jest argument, tylko dyskryminacja.
5. „Ego idzie przed mądrością” — to nie jest krytyka, to jest obraza.
6. „Zaczyna brzydko pachnieć” — to jest obelga pod adresem wszystkich.
Tylko dlatego odpowiedziałem Panu pod artykułem W. Kuszko, że Pan przekręcił moje argumenty. A teraz robi Pan to samo po raz drugi.
Pisze Pan: „nie taka była intencja”.
Ale taka była treść — i to już drugi raz.
Jeśli zależy Panu na Studio Opinii, proszę zacząć od uczciwej dyskusji merytorycznej, a nie od osobistych ataków i tworzenia fantazji o motywacjach innych autorów.
Nie mam zamiaru odpowiadać na Pana komentarze, dopóki nie zacznie Pan odnosić się do argumentów, a nie do wymyślonych intencji.
Pozdrawiam,
Sławek
Szanowny Panie Sławku,
Poddaję się. Nie dlatego, że mnie Pan pokonał argumentami, wręcz przeciwnie, przekonaniem, że jest Pan nieprzekonywalny. Generalnie nie chciałem już się do tego ustosunkowywać, bo do niczego to nie prowadzi, ale zarzucił mi Pan kłamstwo (a jestem z Pomorza, gdzie dla odmiany moja babka mawiała, że jak ktoś pluje Ci w twarz to nie mów, że deszcz pada). Wiec pozwolę sobie na odniesienie do moich kłamstw:
1. Sławek: Napisałem, że problemem jest sposób obecności (częstość, objętość, przejmowanie dyskusji). Maciej: Pan napisał, że mówię o „nadmiarze obecności” Rozumiem, że wszyscy zrozumieli to samo, co napisałem innymi słowami – przecież nie uskarżał się Pan na długie milczenie Bielejewskiego… Używa Pan bardzo karkołomnej konstrukcji i wygibasów logicznych aby zarzucić mi kłamstwo. Nawet na mój niezbyt lotny umysł jedno znaczy drugie. Kolejne trzy podpunkty dotyczą właśnie nadmiaru – ale tego Pan nie był łaskaw zauważyć, bo należało tu udowodnić tezę o kłamstwie.
2. Moje niby kłamstwo dotyczące faktu, że nikt nie mówi o jakości podtrzymuję. Proszę mi wskazać, gdzie Pan podniósł ewentualny zarzut, że teksty (felietony i komentarze) p. Bielejewskiego są niskiej jakości? Jeżeli tego nie ma, to rozumiem, ze stać Pana na „przepraszam”
3. Kradzież przestrzeni, banowanie, strajk, kółko wzajemnej adoracji – były to moje projekcje (tak, to moja fantazja, jak słusznie Pan to zauważył. Na początku zdania napisałem: Wyobrażam sobie…) oddające klimat tej dyskusji i zarzutów. Ma Pan rację – proszę w miejsca moich słów podstawić własne. Zakładam, że wydźwięk wypowiedzi się nie zmieni, natomiast Pan będzie usatysfakcjonowany.
4. Obraźliwe generalizacje – prawdą jest, że nie posłużyłem się badaniami naukowymi w tym zakresie. Pamiętam moją wymianę zadań z p. Szczypińskim, kiedy napisał mi, że felieton rządzi się swoimi prawami, więc komentarz również. Było to moje subiektywne odczucie bazujące na doświadczeniu (instytut chłopskiego rozumu). Pana postawa pasuje do mojego wyobrażenia.
5. Jeżeli cała ta używając Pana eufemizmów emocjonalna rozmowa (w prostym tłumaczeniu: kłótnia) pachnie ładnie, to ja podtrzymuję swoje słowa na temat rodzaju zapachu.
Największym problemem jest brak Pana argumentów merytorycznych. I właśnie do nich się odnosiłem. Nie odnosi się Pan do jakości tekstów tylko do ich nadmiaru (użyłby Pan zapewne eufemistycznych określeń jako proporcja albo częstość albo objętość) Czyż to nie jest wydźwięk tego, że czuje się Pan urażony? W tym komentarzu użył Pan dużo złej woli, aby nazywać moje argumenty kłamstwem albo osobistymi atakami. To Pan wobec mnie i nie tylko stosuje zaawansowaną erystykę. (Schopenhauer by się ze mną zapewne zgodził). Widziałem, w innym artykule, ze sceptyka staje się Pan entuzjastą AI – to dobrze, bo im więcej o czymś wiemy tym mniej radykalni w ocenie jesteśmy (wspomniałem kiedyś efekt Dunninga-Krugera). To mój ostatni komentarz do tej całej sytuacji. Widziałem również, że problem Bielejewskiego się rozwiążał, więc paliwo do emocji się skończyło. Możemy wszyscy wrócić do stagnacji i hibernacji czekając na cieplejszy klimat.
Jedno co mogę w tej chwili zrobić, to zmienić określenie „komentatorski jazgot” na „rozgdakanie”, co w zasadzie i tak niczego nie zmienia. Panu jestem gotów przyznać pozycję pierwszego oratora (w sensie koguta). W nagrodę za wytrwałość w obronie studioopiniowej ludzkości.
A poza tym zniesmacza mnie ta dyskusja o posmaczku miejscami specyficznego szowinizmu. Dodatkowo nie mam zamiaru skomponować kolejnego komentarza w kształcie solidnie rozbudowanej, wieloszczeblowej drabinki emocji zbełtanych z meritum.
Ale żeby nie było wolnoć Tomku w swoim studio, umówmy się może na styl wojskowy, gdzie ściśle określone będzie kto, ile, czego, jak często. Nie przejdzie?
No to Houston, mamy problem.
Chyba że sąd skorupkowy, ustalić ile szabel potrzeba i wystrzelić Bielejewskiego w głęboki Kosmos, gdzie go jeszcze nie posmakowali. Też nie da rady?
Ostracyzm w innej formie: nie czytać, nie komentować, co będzie widoczne na stronie, obrzydzić człowiekowi pobyt, lub chociażby aktywność. Żeby zmienił styl, albo żeby całkiem zaniemówił.
Paranoja!
Panie Sławku, aktywności czy nadaktywności nikt w SO Panu nie zabroni, komentarze Pańskie w tej sprawie już nie odbiegają wielkością od tych krytykowanych, ładunkiem emocjonalnym znacznie je przebijają.
Meritum? A daj se Pan naparu z siana na uspokojenie. Gacopyrz nad Panem przeleciał czy co?
Powtarzam: pisać, a reszta należy do Dyrygenta.
PS. Z jakiegoś powodu nie zauważył Pan podanych przeze mnie przykładów zrównoważonych komentatorskich reakcji przez wymienionych przeze mnie z nazwiska: Panów Macieja i Marka Jastrzębia, dodam jeszcze prof. Obirka i Zbigniewa Szczypińskiego. Niechże się Pan wczyta.
Tyle ważnych tematów:
Skalski pisze o zdrajcach spod znaku jednookiej Korony- 3 komentarze
Szczypiński o nadchodzącej wojnie i czasie przedwojennym teraz i kiedyś
3 komentarze
Obirek o rosnącej brunatnej fali i przeciwstawieniu się jej
1 komentarz
A najbardziej zajmuje nas to, czy Bielejewski powinien pisać więcej czy mniej, zwięźlej czy bardziej kwieciście…
28 komentarzy
Co samo w sobie jest komentarzem
P. Bielejewski zaczyna się martwić o pana Sławka… Tak samo jak Kaczyński martwi się o Morawieckiego! Prawicowa nawalanka zaczyna się udzielać SO, pytanie tylko, gdzie jest Redaktor portalu?
Byłem chory – powoli odrabiam zaległości. Czytam dyskusję pod tym artykułem i większość komentatorów, na czele z autorem nie zabiera głosu w kwestii meritum. Najlepiej podsumował to autor tekstu z wyraźnym zadowoleniem – chodzi o to aby „dać odpór ! ” Naprawdę o to chodzi w rozmowie ? A jaki to problem dyskutanci rozwiązali czy próbowali rozwiązać tym odporem ? Przypominam sobie, jak obalając rząd Kaczyńskiego w Sejmie, w 2007 roku Jacek Kurski chwalił się, że przysporzył wielu problemów Unii Europejskiej. Zwolennicy „dawania odporu” powinni sięgnąć do archiwum i posłuchać co Kurskiemu odpowiedział wówczas Donald Tusk.
Ja tylko na chwilę i zupełnie nie na temat, a może nie końca. Był rok 2012, Tomasz Lis ruszył z NaTemat.pl., zaprosił mnie do stałej współpracy, na co odparłem, że z lojalności zapytam o opinię Stefana Bratkowskiego. Inny Ojciec SO, nieżyjący już wybitny felietonista, miał nadzieję, że wkrótce wejdziemy na giełdę, i wreszcie dorobi sobie do żałosnej emerytury, więc wspieranie „konkurencji” chyba jednak nie wypada. Stefan się uśmiechnął. Ani na „tak”, ani na „nie” (nie w sprawie giełdy, bo choć romantyk, to złudzeń Alika nie podzielał). Wiedział, że lecę do Waszyngtonu na spotkanie ze Zbigniewem Brzezińskim. „Poproś, aby udzielił SO króciutkiego wywiadu”. Poprosiłem. Profesor spytał: „a ilu ludzi czyta albo ogląda to Studio Opinii?” „Nie wiem”, odpowiedziałem, bo wprawdzie Bogdan Miś na podobne pytanie rzucał grubymi tysiącami, byłem znacznie ostrożniejszy w szacunkach. „Może tysiąc osób, może kapkę więcej, może kapkę mniej.” Brzeziński na to: „i sądzi Pan, że to warte naszego zachodu?” Ja na to, raczej bezczelnie: „Ale to elita intelektualna naszego kraju”. Brzeziński pokiwał głową i wywiadu udzielił. Do dziś pewnie gdzieś przepadł. Było tam głównie o Afganistanie. Nieważne.
Gdy 3 lata temu odszedł Bogdan, i SO nawet o tym nie zawiadomiło, niedobitki z redakcji – Ernest Skalski może poświadczyć – optowały za tym, aby zwinąć kramik. Byłem przeciwny. Ze statku płynącego na Grenlandię zacząłem szukać następcy. Wojtek Kuszko, z którego Mamą blisko się przyjaźniłem, i którego znałem zanim zaczął się golić, okazał się wspaniałym wyborem. Dzięki Wojtku raz jeszcze, że się zgodziłeś. Jak widzisz lekko nie ma. Czasem myślę, że garstka, która pisuje do tego kącika to jedne z najzacniejszych piór naszego kraju. Marzy mi się, że częściej będzie ich używać do pisania o sprawach ważnych a rzadziej do dźgania się nimi nawzajem.