Niewinne prowokacje potrafiły wówczas rozpalić do czerwoności zażartych bojowników o wolność i inne precjoza demokracji, ale w gruncie rzeczy o to mi przecież chodziło. Rzucając się na mnie jak lwy moi rozmówcy musieli przecież przywołać merytoryczne argumenty, a przy okazji zbadać ich wagę, co stanowiło według mnie wartość samą w sobie.
Ale to były inne czasy, czasy dyskusji. Normalnym biegiem rzeczy w takich dyskusjach merytoryczne, konkretne i jednostkowe argumenty z czasem budowały zrozumiałe dla dyskutantów uogólnienia i nie trzeba było w każdej powtarzać wszystkiego od początku.
Zjawisko dość normalne, podobnie jak w nauce, na bazie której filozofia czerpiąc z praw odkrytych w każdej z jej dziedzin buduje „prawa najogólniejsze”, znajdujące zastosowanie i potwierdzenie w każdym późniejszym konkretnym wydarzeniu.
Problem w tym, że potem takie prawa rozpływają się po świecie szeroką i nie znoszącą sprzeciwu falą narzucając swoje widzenie świata także tym, którzy nie wiedzą skąd się one wzięły, nie znają ich źródeł, a nawet nie zamierzają znać zajęci codziennym trudem w walce o przetrwanie wiedzeni najstarszym z instynktów.
Kiedy ta walka wydaje im się ponad siły, kiedy zdarza się im w niej przegrać raz i drugi, zaczynają wątpić w narzuconą im wizję i gorączkowo szukają innej. Takiej, która pozwoli choćby mieć nadzieję.
Niebezpieczeństwo tej sytuacji polega na tym, że otrzymują czasem odpowiedzi na swoje pytania od oszustów mamiących ludzi dla własnej korzyści hasłami nośnymi i pozwalającymi wierzyć, że kiedyś będzie lepiej. Idą za nimi, bo niby dlaczego mieliby nie iść? Rzucane w publiczną przestrzeń hasła na pozór niczym się przecież nie różnią od praw opartych na wiedzy, doświadczeniu itd.
Jak ktoś nie zgłębiający (z rozmaitych przyczyn) źródeł pochodzenia tych „prawd” ma odróżnić to co prawdziwe i rzetelne od pozorów prawdziwości? Wydaje się to wprost niemożliwe. To przyczyna łatwości z jaką populiści zdobywają swój elektorat, a jego liczebność zależna jest wprost od stanu edukacji społeczeństwa.
Zawsze tak było i zawsze tak będzie, nie ma co się łudzić.
Problem w tym, czy można sobie z tym jakoś poradzić. Nie sądzę.
Obserwując dekompozycję ustrojową Rzeczpospolitej w ostatnim czasie i niesłabnące poparcie jakim ten proces się cieszy u Polaków jedyne wyjście widzę w zgodzie na jego ostateczne dokonanie się. Nic innego nie przekona niezliczonych zastępów wiernych, że idą w kierunku przepaści. Dopiero tam na dole, porozbijani, krwawiący, odarci ze złudzeń przyznają (a i to pewnie nie wszyscy i nie od razu), że kierunek był błędny.
Sęk w tym, że nie wszyscy chcemy im towarzyszyć w tej przygodzie z grawitacją. Czy możemy ją powstrzymać? Teoretycznie tak. Nawet siłą.
Jak we wszystkim jest w tym jednak jakieś „ale”.
Wyprowadzając na ulicę tłumy, które (można założyć) doprowadzą do obalenia rządu, zmiany władzy, a tym samym kierunku naszego marszu możemy się uratować przed bolesnym upadkiem.
Bądźmy jednak konsekwentni, przynajmniej w myśleniu. To jest do zrobienia, ale co dalej? Przecież obok nas nadal będą stały w wielkiej liczbie zastępy ludzi i to z naszego najbliższego otoczenia, które ulegną, ale pozostaną nieprzekonane. Mało tego – szybko zbudują sobie legendę o „przerwanym marszu do szczęścia” i na jej podstawie będą umiały wskazać winnych tego, że nadal nie są w raju, choć „przecież tak blisko już było”.
Budując Polskę według naszych wyobrażeń i najlepszą wolą nie będziemy mogli ignorować ich istnienia.
Tym bardziej, że będą wśród nich nasi znajomi, nawet krewni. Dziś już podziały polityczne rozsadzają rodziny i to bardzo trwale.
Pamiętam dziką awanturę u sąsiadów w stanie wojennym kiedy mąż, beneficjent partyjnych układów usiłował siłą zgasić świeczkę postawioną na parapecie przez „solidarnościową” żonę. Skończyło się rozwodem, rozbitą rodziną z trojgiem nieletnich dzieci i wszelkimi tego konsekwencjami. To nie są rany, które zabliźniają się wraz ze zwycięstwem którejś ze stron.
Dziś mamy już przykłady podobnych wypadków. Sąsiadka zapowiedziała zamknięte drzwi dla kilku członków swojej rodziny, rozchodzą się długoletni przyjaciele, pracodawcy wyrzucają pracowników, którzy zbyt głośno dali znać o swoich politycznych preferencjach.
To się nie zabliźni ani w rok, ani w dziesięć.
Zacząłem od wolności słowa. Teoretycznie jest wartością samą w sobie. Ale…
Wiedziony konkretną potrzebą założyłem sobie konto na Facebooku i przyznam, że jestem zdruzgotany tym co tam zastałem.
Czytam wpis nauczyciela (!) chwalący chamstwo prezesowe i to słowami, przy których sejmowy ryk szaleńca z Żoliborza wydaje się być ukwieconą różami poezją. Nauczyciela, którego wulgarne wpisy czytają jego uczniowie. Czego on ich nauczy?
Czytam zapisy rozmów, których jedynym celem jest naubliżanie tym, którzy myślą inaczej. Jaki jest ich efekt prócz kolejnych podziałów w społeczeństwie, które tak czy owak będzie musiało kiedyś podjąć trud budowy wspólnego państwa, bo innego nie ma.
Nie widać żadnej – żadnej! – płaszczyzny, na której można się z tymi „innymi” porozumieć. Opowiadałem już chyba kiedyś o starszej pani karmiącej mnie bogactwem swego sadu, do którego zakradałem się z chłopakami w młodości „na pachtę” nie wiedząc o tym, że właścicielka o tym wie i patrzy na to przez palce. Dziś sama mnie zaczepia i zasypuje torbę kosztelami i renetami, które nie wiedzą co to chemia. Sytuacja jak z dobrej, ciepłej bajki, prawda?
Jak jednak mam się zachować kiedy ona tłumaczy mi, że zamykają jakąś klinikę, w której przechodzi leczenie, bo „Pełowce chcą sobie ukraść budynek na prywatny szpital”? Decyzję o likwidacji placówki podpisał PiS-owski minister Radziwiłł, ale ona „wie swoje”. I podtrzymuje ją w tym przekonaniu ksiądz proboszcz (ksiądz, to chyba wie, nie?) i całe kółko różańcowe modlące się regularnie za duszę mojej Mamy.
Co ja mam jej powiedzieć? I jak?!
Tak wygląda sytuacja wielu z nas, może nawet każdego.
Załóżmy, że zwyciężymy. Tym razem. Ale pośród nas zawsze będą ci, którym dziś nie uda się do końca przeprowadzić swojego planu. Wystarczy, że za lat kilka pojawi się nowy szaman, którzy rzuci chwytliwe hasełka w tłum ludzi, którym jest źle, albo którzy uwierzą mu, że jest im źle. Zdobędzie ich głosy i za ich przyczyną władzę.
Wszystko zacznie się od nowa.
Być może tak będzie już zawsze. Wiele procesów historycznych powtarza się dość regularnie i w podobnych okolicznościach.
Na koniec jeszcze refleksja historyczna.
Pojawiały się ostatnio, także na łamach SO mało pochlebne komentarze pod adresem tzw. suwerena. Padało słowo „pańszczyźniany”, co oburzało niektórych komentujących.
Nie ma się co oburzać, raczej poprosić specjalistę z zakresu psychologii społecznej, a w ostateczności i historyka, by wyjaśnić co to w ogóle znaczy.
Przypomnę jedną, wiele razy przeze mnie przywoływaną rzecz.
Kiedy w 1454 roku wysłannicy stanów pomorskich negocjowali z Kazimierzem Jagiellończykiem warunki przyłączenia się Pomorza do Polski, jednym z najważniejszych było zachowanie w przyszłych Prusach Królewskich prawa krzyżackiego. Przekładając to na konkrety chodziło m.in. o to, że chłop pomorski był człowiekiem jak na tamte czasy bardzo swobodnym, prowadzącym swoje gospodarstwo jak biznesmen, a zobowiązanym jedynie raz w roku przynieść „panu” czynsz w umówionej wysokości. Korzystali na tym wszyscy, chłop wiedząc, że pracuje dla siebie, że zatrzyma sobie tym więcej ile więcej zapracuje ponad wysokość czynszu, starał się, dwoił i troił, a mając prawo swobodnego poruszania się w terenie znał rynki, znał ceny na nich itd. Właściciel wsi dostawał żywą gotówkę, na której brak cierpiała w Polsce nawet magnateria.
Wszyscy zadowoleni? No, nie całkiem. Ten właśnie punkt ugody polsko pomorskiej był aż do rozbiorów solą w oku polskiej szlachty, która wielokrotnie usiłowała zmienić ten stan rzeczy ujednolicając prawo na całym terytorium Rzeczpospolitej na sposób polski.
Dlaczego? Czyżby nie lubiła pieniędzy? Nie lubiła niezależności, którą one dają? Wolała wieszać się u klamki magnatów, którzy też zresztą bywali zadłużeni po uszy?
Dlaczego gremialnie nie przyjęła pomorskich zwyczajów choć widziała przecież ogromną różnicę w efektach?
Ot, zagadka. Ale pokazująca, że bywają sprawy dla człowieka ważniejsze, niż jego byt materialny. Poczucie władzy, nawet irracjonalne, nieopłacalne, prowadzące do własnego uzależnienia, ale dające możliwość zrobienia z drugim człowiekiem (chłopem) wszystkiego co się w chorym mózgu przyśni okazywało się ważniejsze.
Warto o tym pamiętać, gdy dziś podejmujemy dyskusję bazując na własnej racjonalności.
Nie przekonamy wszystkich. A mieszkamy i mieszkać będziemy razem.
My – naród.
Jerzy Łukaszewski


„Załóżmy, że zwyciężymy. Tym razem. ” – Zgadzam się z wieloma Pana stwierdzeniami. Lata dominacji „jedynej prawdy objawionej” Unii Wolnosci a potem jej spadkobierczynii PO doprowadziły do tego co mamy. Nie załatwilismy szeregu rzeczy ważnych i to sie zemściło. PiS aby wygrac i utrzymac władze musiał wydobyc na wierch i rozniecic pozar społecznej nienawisci niszczącej dzisiaj koleżeństwa, przyjaźnie a nawet rodziny. Wznieciona nienawiśc jest kompletnie destrukcyjna a jej piewcy prowadzą prostą drogą w przepaść. Narastające protesty z ostatnich dni pokazuja, że znacząca część (zdaje sie wiekszość) Polaków nie chce wpadać w przepaść z powodu nienawistników.
*
Przyznając panu rację śmiem zauważyć, że kiedy wygramy (jeśli oraz o ile) to doświadczenia zdobyte zmusza nas do budowy kolejnej RP niemal od fundamentów, z koniecznością uwzględnienia głosów tych ludzi, którzy dziś wiedzeni nienawiścia popierają niszczenie wszystkiego. Czeka nas (Polaków) zbudowanie demokratycznej RP niemal od zera (jednak z daleka od Zerra). Niezależnie jednak od naszych wysiłków w społeczeńśtwie pozostanie jakać część chamów, arogantów, frustratów, nienawistników i nieudaczników, stanowiacych dzisiejszy elektorat PiS. TU nie pomoże żadna rozmowa, edukacja, przekonywanie czy perswazja. NIenawiść nie jest uleczalna.
Dlatego od jakiegoś czasu mówi się o dwóch plemionach.
Nie będę się tego trzymał kurczowo, ale wydaje mi się, że one istniały od dawna, bo na przykład taki Tymiński …
Nie PO i Unia Wolności odpowiada za ten podział (inni szatani byli tam czynni, he, he, he …), natomiast PIS z Rydzykiem spowodował ich reaktywację.
*
Będzie to problem ważny w przyszłości, ale na razie większym problemem jest to, co mamy tu i teraz, bo choć tli się iskierka nadziei, to mimo wszystko sytuacja jest skrajnie niebezpieczna, ekstremalna i patrząc na nią racjonalnie nie można zakładać pozytywnego scenariusza. Zastanawiałbym się raczej nie o to, co zrobić z tamtym plemieniem, ale o to, co oni zrobią z nami.
Po wakacjach, żeby nas całkiem dobić, zajmą się m.in. mediami (repolonizacja). Nie wierzę, że bezpośredni przekaz tv może zastąpić amatorski i półamatorski, często mało rzetelny przekaz internetowy (na świecie i z tym sobie poradzili, choćby w Chinach). To znaczy, że czeka nas odcięcie od prawdziwych informacji.
Potem nastąpią przygotowania do wysadzenia samorządów, zmiany w ordynacji wyborczej i dalej, dalej …
W takiej sytuacji raczej nie można przewidywać. Może się zdarzyć wszystko. Może ludzie się zmęczą i wrócą do domów, jak to się stało w przypadku Occupy Wall Street. A może zdarzy się nieszczęśliwy wypadek. A może świadoma prowokacja. Władza raczej nie jest gotowa do pacyfikacji na dużą skale z użyciem policji i wojska. Jako kombatant stanu wojennego po stronie władzy mogę zaświadczyć, ze ówczesna operacja była bardzo dobrze przygotowana i bardzo sprawnie przeprowadzona. Akcja była poprzedzona przygotowaniami i próbami, choćby w Szkole Pożarniczej. Ówczesnego scenariusza nie da się powtórzyć choćby dlatego, ze jego istotna częścią było przecięcie łączności. Tego się nie zrobić ot tak, bez przygotowań, których o ile wiadomo nie było. Tak wiec raczej przypuszczam, ze władza liczy na sile kłamstwa, propagandy, i bezczelności, z tylko niewielka domieszką przemocy.
Być może się rozejdzie po kościach. A może nie. Teraz do głosu dochodzą uczucia i emocje, które żywią się przypadkami i nieprzewidzianymi zdarzeniami. Jeśli po stronie demonstrantów wyłoni się sprawny ośrodek kierowniczy, to dalsze istnienie reżimu stanie pod znakiem zapytania. A jeśli nie, to za parę miesięcy nastąpią masowe aresztowania, brutalna pacyfikacja, i represje.
Tak czy inaczej, dialogu już nie będzie. Będzie albo przewrót, albo długa okupacja kraju przez ten „lepszy sort” Polaków. Jeśli to Polacy, co nie jest tak do końca pewne..
Często w historii to przypadek decydował, jak potoczyły się losy. Może tak być i tym razem.
Zaskakując mało komentowany jest ostatni sondaż IBRiS poparcia dla rządu. Fakt, że rząd ma więcej przeciwników niż zwolenników, to raczej nic dziwnego, Polacy to naród malkontentów (tak samo było w przypadku np. pierwszej kadencji rządu Tuska), ale zaskakujący jest poziom poparcia dla rządu w grupie 18-29, który wynosi 5%, podczas gdy a przeciwników jest 82% (w grupie np. 30-latków poparcie dla rządu to 30%). Jak to pogodzić z wysokim poparciem dla PiSu wśród młodych, nie wiem. Czy młodzi popierają PiS z „braku laku” i dlatego, że PO im jeszcze bardziej mierzi? Czy może PiS jest za mało radykalny i lepszy byłby ONR? Czy po prostu w polityce dominuje pokolenie obecnych emerytów i tego młodzi nie akceptują niezależnie od poglądów?
Kiedy wchodzę na ten artykuł za każdym razem uderza mnie sugestywny obrazek Szydło z jej „miłosiernym” przekazem. Szczęść boże, specjalnie przez małe „b”.
*
Od dłuższego czasu nachodzi mnie refleksja, która jest dość charakterystyczna dla obserwacji życiowych. Wielu dojrzałych ludzi formułuje ją jako „…w życiu wszystko dzieje sie po coś”. Po co przytrafiło nam się nieszczęście pisu ? Odpowiedzi dostarcza metodologia „analizy rozumiejącej” najbardziej znana z prac Maxa Webera. Ale po kolei.
*
W każdym sukcesie tkwi źdźbło porażki albo klęski. Największe wspólne osiągnięcie Polaków w końcu XX wieku, jakim było pokojowe przejście od komunizmu do kapitalizmu, było właśnie takim zalążkiem przyszłej porażki. Kompromis Okrągłego Stołu wymusił wiele kompromisów cząstkowych, w tym w kilku sferach kluczowych, nie zreformowanych wystarczająco do dnia dzisiejszego. Te sfery kluczowe, to: wymiar sprawiedliwości, służba zdrowia, szkolnictwo wyższe i nauka, funkcjonowanie rządu, wreszcie wadliwa konstrukcja systemu „check and balace” (trójpodział władz, wzajemna kontrola.) Warto np. pamiętać, że Konstytucja III RP przyjęta w 1997 r. była częściowo projektowana aby ograniczyć władzę Lecha Wałęsy jako ówczesnego prezydenta. Reformy wszystkich innych sfer oprócz gospodarki były albo dalekie od doskonałości, albo połowiczne czy niekonsekwentne. Szczytem niefrasobliwości, na skalę zaniedbania racji stanu były działania Tuska i PO, zwłaszcza w II kadencji 2011-2015. Tusk był przeciwnikiem wszelkich reform, co wielokrotnie podkreślał, a jeśli już wprowadzał niezbędne zmiany to ignorował zdanie milionów Polaków (np. OFE, reforma emerytalna, obniżenie wieku obowiązku szkolnego dla sześciolatków, itp.). Skoro już o wilku mowa – największym grzechem i zaniedbaniem Tuska było zignorowanie działań na rzecz odpowiedzialności prawnej polityków łamiących konstytucję w okresie 2005-2007. Te grzechy nie zmieniają konstatacji, że to jak dotąd najsprawniejszy polski polityk demokratyczny w XXI wieku.
Największym jednak grzechem III RP była i jest, celowo i świadomie utrzymywana, fałszywa solidarność grupowa wielu środowisk zawodowych czy społecznych – lekarzy, sędziów, adwokatów, radców prawnych, notariuszy, komorników. Polega ona na unikaniu odpowiedzialności za błędy a nawet za działalność celowo szkodliwą w ramach wykonywanej pracy. Częścią tej zasady był i jest faktyczny brak odpowiedzialności polityków za swoją działalność. To bowiem oznacza tzw. „odpowiedzialność polityczna” czyli brak wszelkiej odpowiedzialności. Fasadowość Trybunału Stanu ilustruje tylko zasadę „ręka rękę myje” i politycy jak dotąd nie zrobili sobie krzywdy.
Skutki tych wszystkich zaniedbań widzieliśmy przez lata a ich kulminacją były wybory 2015 r. i ich dzisiejsze konsekwencje. PiS, sam będąc bodaj największym beneficjentem tych słabości, wykorzystał frustracje społeczne podsycane wieloma swoimi kłamstwami i ogłosił się zbawcą narodu (zwłaszcza jeden gość – emerytowanym), który to wszystko naprawi. I rzeczywiście po swojemu naprawia. Ponieważ nie ma żadnego pomysłu na naprawę systematycznie, celowo i świadomie niszczy cały dorobek państwowy, systemowy i społeczny III RP. Można by wymieniać te zniszczenia ale większość z nas je zna, a lista jest bardzo długa.
*
Konkluzja jest smutna z nutką przewrotnej satysfakcji. Dla wielu instytucji państwowych zniszczenia są pustoszące i demoralizujące. Rodzą wściekłość i opór niesłusznie krzywdzonych ludzi, rujnując dobre praktyki ewolucji procedur 27 lat, nie proponując w zamian niczego rozsądnego oprócz desantu Misiewiczów. Istnieje jednak nadzieja pozytywnych skutków tego procesu – szczęście w nieszczęściu. Owóż gdyby nie PiS Polskie państwo byłoby nadal ułomne, niedoskonałe, pełne patologii i bezsilności w wielu dziedzinach, a żadna kolejna koalicja nie miałaby siły i determinacji aby to zmienić. Niszcząc wszystko PiS przyspiesza dzień, kiedy Polską będą rządzić siły demokratyczne oraz młode pokolenie Polaków. Jestem przekonany, że zwycięzcy kolejnych wyborów zbudują Polskę lepszą, bardziej przemyślaną i stabilną niż to zrobili ojcowie założyciele III RP i ich następcy w okresie 1989 – 2015. Mam także i do siebie szereg pretensji. W tym sensie od wyborów październikowych 2015 roku jestem przekonany, że nie ma prostego powrotu do status quo ante.
„zwycięzcy kolejnych wyborów”
Jakich wyborów? To będą jakieś wybory? Pan mówi o historii, a powinien o przyszłości.
„państwo byłoby nadal ułomne, niedoskonałe, pełne patologii i bezsilności”
Każde państwo jest takie, jeśli jest oceniane przez ideowego intelektualistę, jak wyżej. Żadne państwo nie dorasta do skądinąd bardzo racjonalnych i sensownych oczekiwań. Dopiero co przeczytałem książkę Cata Mackiewicza o wieku XIX. W całej Europie było podobnie, jak w III RP, jeśli idzie o patologie i bezsilność.
„lepszą, bardziej przemyślaną i stabilną”
Do wyboru jest Rosja Putina, Białoruś Łukaszenki, Polska Gomułki. albo Turcja Ergodana. Przypuszczam, z najbardziej prawdopodobna jest ta ostatnia. Represje i religia jako metoda pacyfikowania społeczeństwa, żeby jeden wariat miał swoją chorą satysfakcję, zaś biskupi dalej uprawiali ciemne interesy.
@ NARCIARZ2 – jakieś wybory będą, bo nawet w Rosji i Białorusi są regularne. Ktoś je wygra. Istnieje prawdopodobieństwo wyborów przyspieszonych, może jeszcze tej jesieni.
*
Nie jestem idealistą, ale znajac wszystkie rozwiązania istniejące do 2015 r. mam pełne przekonanie, że mogliśmy zbudować państwo polskie, które byłoby doskonalsze, bardziej odporne na wstrząsy, dzięki lepszej organizacji wszystkich opisanych sfer. Jeżeli przyjmiemy, że nie mogliśmy to marna nasza przyszłość.
„mogliśmy zbudować”
Oczywiście, mogliśmy. Ale czegoś zabrakło, zaś czegoś było za dużo. Zabrakło wyobraźni i przezorności. Za dużo było tumiwisizmu i jakoś-to-będzizmu. I rzeczywiście, jakoś to będzie. W tej chwili nikt nie wie na pewno, jak.