Jerzy Łukaszewski: My, naród…8 min czytania

()

2017-07-19.

Swego czasu, kiedy Polska odzyskiwała status państwa niezależnego i ochoczo maszerowała w stronę demokracji, różnie zresztą rozumianej, pozwalałem sobie na może mało wyszukane żarty na temat składników niezbędnych do skonstruowania państwa demokratycznego. Rzucałem np. pytania typu: po co wolność słowa komuś kto i tak nie ma nic do powiedzenia?

Niewinne prowokacje potrafiły wówczas rozpalić do czerwoności zażartych bojowników o wolność i inne precjoza demokracji, ale w gruncie rzeczy o to mi przecież chodziło. Rzucając się na mnie jak lwy moi rozmówcy musieli przecież przywołać merytoryczne argumenty, a przy okazji zbadać ich wagę, co stanowiło według mnie wartość samą w sobie.

Ale to były inne czasy, czasy dyskusji. Normalnym biegiem rzeczy w takich dyskusjach merytoryczne, konkretne i jednostkowe argumenty z czasem budowały zrozumiałe dla dyskutantów uogólnienia i nie trzeba było w każdej powtarzać wszystkiego od początku.

Zjawisko dość normalne, podobnie jak w nauce, na bazie której filozofia czerpiąc z praw odkrytych w każdej z jej dziedzin buduje „prawa najogólniejsze”, znajdujące zastosowanie i potwierdzenie w każdym późniejszym konkretnym wydarzeniu.

Problem w tym, że potem takie prawa rozpływają się po świecie szeroką i nie znoszącą sprzeciwu falą narzucając swoje widzenie świata także tym, którzy nie wiedzą skąd się one wzięły, nie znają ich źródeł, a nawet nie zamierzają znać zajęci codziennym trudem w walce o przetrwanie wiedzeni najstarszym z instynktów.

Kiedy ta walka wydaje im się ponad siły, kiedy zdarza się im w niej przegrać raz i drugi, zaczynają wątpić w narzuconą im wizję i gorączkowo szukają innej. Takiej, która pozwoli choćby mieć nadzieję.

Niebezpieczeństwo tej sytuacji polega na tym, że otrzymują czasem odpowiedzi na swoje pytania od oszustów mamiących ludzi dla własnej korzyści hasłami nośnymi i pozwalającymi wierzyć, że kiedyś będzie lepiej. Idą za nimi, bo niby dlaczego mieliby nie iść? Rzucane w publiczną przestrzeń hasła na pozór niczym się przecież nie różnią od praw opartych na wiedzy, doświadczeniu itd.

Jak ktoś nie zgłębiający (z rozmaitych przyczyn) źródeł pochodzenia tych „prawd” ma odróżnić to co prawdziwe i rzetelne od pozorów prawdziwości? Wydaje się to wprost niemożliwe. To przyczyna łatwości z jaką populiści zdobywają swój elektorat, a jego liczebność zależna jest wprost od stanu edukacji społeczeństwa.

Zawsze tak było i zawsze tak będzie, nie ma co się łudzić.

Problem w tym, czy można sobie z tym jakoś poradzić. Nie sądzę.

Obserwując dekompozycję ustrojową Rzeczpospolitej w ostatnim czasie i niesłabnące poparcie jakim ten proces się cieszy u Polaków jedyne wyjście widzę w zgodzie na jego ostateczne dokonanie się. Nic innego nie przekona niezliczonych zastępów wiernych, że idą w kierunku przepaści. Dopiero tam na dole, porozbijani, krwawiący, odarci ze złudzeń przyznają (a i to pewnie nie wszyscy i nie od razu), że kierunek był błędny.

Sęk w tym, że nie wszyscy chcemy im towarzyszyć w tej przygodzie z grawitacją. Czy możemy ją powstrzymać? Teoretycznie tak. Nawet siłą.

Jak we wszystkim jest w tym jednak jakieś „ale”.

Wyprowadzając na ulicę tłumy, które (można założyć) doprowadzą do obalenia rządu, zmiany władzy, a tym samym kierunku naszego marszu możemy się uratować przed bolesnym upadkiem.

Bądźmy jednak konsekwentni, przynajmniej w myśleniu. To jest do zrobienia, ale co dalej? Przecież obok nas nadal będą stały w wielkiej liczbie zastępy ludzi i to z naszego najbliższego otoczenia, które ulegną, ale pozostaną nieprzekonane. Mało tego – szybko zbudują sobie legendę o „przerwanym marszu do szczęścia” i na jej podstawie będą umiały wskazać winnych tego, że nadal nie są w raju, choć „przecież tak blisko już było”.

Budując Polskę według naszych wyobrażeń i najlepszą wolą nie będziemy mogli ignorować ich istnienia.

Tym bardziej, że będą wśród nich nasi znajomi, nawet krewni. Dziś już podziały polityczne rozsadzają rodziny i to bardzo trwale.

Pamiętam dziką awanturę u sąsiadów w stanie wojennym kiedy mąż, beneficjent partyjnych układów usiłował siłą zgasić świeczkę postawioną na parapecie przez „solidarnościową” żonę. Skończyło się rozwodem, rozbitą rodziną z trojgiem nieletnich dzieci i wszelkimi tego konsekwencjami. To nie są rany, które zabliźniają się wraz ze zwycięstwem którejś ze stron.

Dziś mamy już przykłady podobnych wypadków. Sąsiadka zapowiedziała zamknięte drzwi dla kilku członków swojej rodziny, rozchodzą się długoletni przyjaciele, pracodawcy wyrzucają pracowników, którzy zbyt głośno dali znać o swoich politycznych preferencjach.

To się nie zabliźni ani w rok, ani w dziesięć.

Zacząłem od wolności słowa. Teoretycznie jest wartością samą w sobie. Ale…

Wiedziony konkretną potrzebą założyłem sobie konto na Facebooku i przyznam, że jestem zdruzgotany tym co tam zastałem.

Czytam wpis nauczyciela (!) chwalący chamstwo prezesowe i to słowami, przy których sejmowy ryk szaleńca z Żoliborza wydaje się być ukwieconą różami poezją. Nauczyciela, którego wulgarne wpisy czytają jego uczniowie. Czego on ich nauczy?

Czytam zapisy rozmów, których jedynym celem jest naubliżanie tym, którzy myślą inaczej. Jaki jest ich efekt prócz kolejnych podziałów w społeczeństwie, które tak czy owak będzie musiało kiedyś podjąć trud budowy wspólnego państwa, bo innego nie ma.

Nie widać żadnej – żadnej! – płaszczyzny, na której można się z tymi „innymi” porozumieć. Opowiadałem już chyba kiedyś o starszej pani karmiącej mnie bogactwem swego sadu, do którego zakradałem się z chłopakami w młodości „na pachtę” nie wiedząc o tym, że właścicielka o tym wie i patrzy na to przez palce. Dziś sama mnie zaczepia i zasypuje torbę kosztelami i renetami, które nie wiedzą co to chemia. Sytuacja jak z dobrej, ciepłej bajki, prawda?

Jak jednak mam się zachować kiedy ona tłumaczy mi, że zamykają jakąś klinikę, w której przechodzi leczenie, bo „Pełowce chcą sobie ukraść budynek na prywatny szpital”? Decyzję o likwidacji placówki podpisał PiS-owski minister Radziwiłł, ale ona „wie swoje”. I podtrzymuje ją w tym przekonaniu ksiądz proboszcz (ksiądz, to chyba wie, nie?) i całe kółko różańcowe modlące się regularnie za duszę mojej Mamy.

Co ja mam jej powiedzieć? I jak?!

Tak wygląda sytuacja wielu z nas, może nawet każdego.

Załóżmy, że zwyciężymy. Tym razem. Ale pośród nas zawsze będą ci, którym dziś nie uda się do końca przeprowadzić swojego planu. Wystarczy, że za lat kilka pojawi się nowy szaman, którzy rzuci chwytliwe hasełka w tłum ludzi, którym jest źle, albo którzy uwierzą mu, że jest im źle. Zdobędzie ich głosy i za ich przyczyną władzę.

Wszystko zacznie się od nowa.

Być może tak będzie już zawsze. Wiele procesów historycznych powtarza się dość regularnie i w podobnych okolicznościach.

Na koniec jeszcze refleksja historyczna.

Pojawiały się ostatnio, także na łamach SO mało pochlebne komentarze pod adresem tzw. suwerena. Padało słowo „pańszczyźniany”, co oburzało niektórych komentujących.

Nie ma się co oburzać, raczej poprosić specjalistę z zakresu psychologii społecznej, a w ostateczności i historyka, by wyjaśnić co to w ogóle znaczy.

Przypomnę jedną, wiele razy przeze mnie przywoływaną rzecz.

Kiedy w 1454 roku wysłannicy stanów pomorskich negocjowali z Kazimierzem Jagiellończykiem warunki przyłączenia się Pomorza do Polski, jednym z najważniejszych było zachowanie w przyszłych Prusach Królewskich prawa krzyżackiego. Przekładając to na konkrety chodziło m.in. o to, że chłop pomorski był człowiekiem jak na tamte czasy bardzo swobodnym, prowadzącym swoje gospodarstwo jak biznesmen, a zobowiązanym jedynie raz w roku przynieść „panu” czynsz w umówionej wysokości. Korzystali na tym wszyscy, chłop wiedząc, że pracuje dla siebie, że zatrzyma sobie tym więcej ile więcej zapracuje ponad wysokość czynszu, starał się, dwoił i troił, a mając prawo swobodnego poruszania się w terenie znał rynki, znał ceny na nich itd. Właściciel wsi dostawał żywą gotówkę, na której brak cierpiała w Polsce nawet magnateria.

Wszyscy zadowoleni? No, nie całkiem. Ten właśnie punkt ugody polsko pomorskiej był aż do rozbiorów solą w oku polskiej szlachty, która wielokrotnie usiłowała zmienić ten stan rzeczy ujednolicając prawo na całym terytorium Rzeczpospolitej na sposób polski.

Dlaczego? Czyżby nie lubiła pieniędzy? Nie lubiła niezależności, którą one dają? Wolała wieszać się u klamki magnatów, którzy też zresztą bywali zadłużeni po uszy?

Dlaczego gremialnie nie przyjęła pomorskich zwyczajów choć widziała przecież ogromną różnicę w efektach?

Ot, zagadka. Ale pokazująca, że bywają sprawy dla człowieka ważniejsze, niż jego byt materialny. Poczucie władzy, nawet irracjonalne, nieopłacalne, prowadzące do własnego uzależnienia, ale dające możliwość zrobienia z drugim człowiekiem (chłopem) wszystkiego co się w chorym mózgu przyśni okazywało się ważniejsze.

Warto o tym pamiętać, gdy dziś podejmujemy dyskusję bazując na własnej racjonalności.

Nie przekonamy wszystkich. A mieszkamy i mieszkać będziemy razem.

My – naród.

Jerzy Łukaszewski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

8 komentarzy

  1. slawek 21.07.2017
  2. jmp eip 21.07.2017
  3. narciarz2 21.07.2017
  4. Poszi 21.07.2017
  5. slawek 21.07.2017
  6. narciarz2 21.07.2017
    • slawek 21.07.2017
  7. narciarz2 21.07.2017