2017-09-07.
W Polsce dzieli się ludzi. Następuje segregacja! Na tych z białymi różami i na tych z krzyżami. Na prawych oraz na komunistów i złodziei. Na tych co stają tu i na tych, co stali tam, gdzie ZOMO. Na lepszy i gorszy sort. Ludzi segreguje się na naszych i nie naszych. Dzieli się na panów i na….
W 2005 roku Sejm RP ustanowił dzień 31 sierpnia „Dniem Solidarności i Wolności” jako święto państwowe. Jest to święto, ale nie jest to dzień wolny od pracy. Może dlatego niewielu pamięta, że jest to nie tylko zwykła rocznica podpisania porozumień sierpniowych, ale przede wielkie święto nas wszystkich!
I nie tylko Polaków, ale i Europejczyków. Parlament Europejski potwierdził bowiem znaczenie tego dnia w swojej rezolucji w sprawie 25 rocznicy Solidarności i jej przesłania dla Europy. Z tych powodów rok 2005 był z pewnością szczególny. Wtedy, kiedy po raz pierwszy to święto było obchodzone, wszyscy stanęli ponad polskimi podziałami. Ramię w ramię: NSZZ „Solidarność”, Instytut Lecha Wałęsy, Fundacja Centrum Solidarności, władze Gdańska oraz premier Marek Belka i prezydent Aleksander Kwaśniewski zorganizowali obchody, w których wzięło udział ponad dwudziestu urzędujących szefów państw, niezliczona ilość ministrów oraz byłych przywódców i wielu dostojnych gości. A fenomenalny koncert Jean-Michel Jarre’a w Stoczni Gdańskiej wielu pamięta aż do dziś. I nikt wtedy się nie zastanawiał, czy stoi koło niego zwolennik lewicy, prawicy czy centrum! Wtedy owszem, pamiętano o przeszłości, ale przede wszystkim myślano o wspólnej, dobrej przyszłość. A jak było ostatnio, kilka dni temu? Na placu Solidarności w Gdańsku zebrali się tylko związkowcy oraz zwolennicy rządu PiS. Dzień Solidarności i Wolności, jak wiele innych jubileuszy oraz świąt, został praktycznie zawłaszczony przez jeden związek, przez jedno środowisko polityczne, przez jedną partię. Podobnie było w wielu innych miejscach poza Gdańskiem.
Solidarność łamie solidarność!
Solidarność – to poczucie więzi z określoną osobą albo pewną grupą społeczną, to także zgodność w postępowaniu z innymi, ale co ważne, solidarność, to także współodpowiedzialność! Wydaje się więc, że obecna NSZZ Solidarność oprócz logo nie ma już nic wspólnego z tamtą, pierwszą, piękną Solidarnością. Nie walczy o wolność, równość i demokrację. Ba, zdaje się przyzwalać, choćby milcząco, na łamanie tych nadrzędnych wartości. Jednocześnie uzurpuje sobie prawo do decydowania o tym, kto może, a kto nie może uczestniczyć w oficjalnych obchodach Sierpnia’80. Skutek? Legendy walki z lat osiemdziesiątych zmuszone są do świętowania najwspanialszej rocznicy najnowszych dziejów Polski na… uboczu. Przeszłość, heroizm, dokonania, nie mają już żadnego znaczenia. Liczy się przynależność. Panuje segregacja: albo jesteś z nami, albo przeciwko nam!
Związek, z którym mamy obecnie do czynienia, wydaje się, że sprzeniewierzył się ideałom i wartościom Sierpnia ’80. Przez ponad ćwierć wieku kolejni liderzy niewiele zrobili, aby Porozumienia Sierpniowe stały się wspólnym dziedzictwem wszystkich Polaków. Za to skrzętnie biorą udział w propagowaniu budowanego przez PiS antagonizmu „lud a elity”, który stoi w całkowitej sprzeczności z duchem, który panował wtedy wśród działaczy związku. Dowodem tego jest choćby ostatnia debata w Gdańsku na temat założeń przyszłej konstytucji. Ma ona być nie dla elit, lecz dla obywateli. Tak, jakby ludzie elit nie byli obywatelami Polski, tak, jakby było na świecie jakieś społeczeństwo, jakiś naród, jakieś państwo, które odniosło sukces, a nie posiadało elit! Tak, jakby w latach osiemdziesiątych robotnicy strajkowali tylko w swoim imieniu, ale już nie w imieniu inteligencji. Tak, jakby inteligencja nie ujmowała się za represjonowanymi robotnikami i nie walczyła o ich prawa! Cóż, komunistyczna władza w PRL nie potrafiła skutecznie napuścić na siebie ludzi o różnym pochodzeniu, wyznaniu, czy wykształceniu. Widać, że dzisiejsza władza robi to z łatwością!
Równość umiera!
Wcześniej hasło „jedność ponad podziałami” przyświecało wszelkim podejmowanym wówczas działaniom. Dzisiaj ci, którzy rządzą krajem, ale i Solidarnością, uważają siebie za jedynych spadkobierców Sierpnia’80, zaprzeczając wielkim ideom sprzed dekad. Podziały na lepszych i gorszych, na naszych i waszych, na wierzących i niewierzących, na inteligencję i robotników, to była polska codzienność państwa PRL. Dzisiaj wraca ona w państwie PiS. Nie ma to nic wspólnego z solidarnością. Wygląda na to, że w Polsce roku 2017 Solidarność już nie walczy o solidarność. Władza więc z łatwością segreguje ludzi, a równość… umiera.
Adam Szejnfeld
Poseł do Parlamentu Europejskiego
www.szejnfeld.pl
www.kobiecastronazycia.pl
www.facebook.com/PoselSzejnfeld/
www.twitter.com/szejnfeld
www.instagram.com/szejnfeld/

Panie Redaktorze, pisze Pan „Segregacja” z nutą troski w głosie, a ja powiem: „Nareszcie, koniec z fikcją niby-jedności, niby-solidarności”. Społeczeństwo zawsze i wszędzie składa się z elit (obojętne, co to znaczy, czy chodzi o elitę pieniądza, intelektu …), klasę średnią i plebs. Interesy klasy średniej są tylko częściowo zgodne z interesami elit, a interesy tych ostatnich nie mają zazwyczaj nic wspólnego z interesami plebsu. Ci pierwsi słuchają Vivaldiego, ci drudzy – disco polo, ci pierwsi jadają ortolany na maderze, ci drudzy – kaszankę, ci pierwsi podziwiają dzieła Fangora, spektakle Krystyny Jandy itd., ci drudzy – pornole i występy w cyrku. Dla elit, a i dla klasy średniej, wolność jest wartością numer 1, dla plebsu – pojeść, zapić, zaszaleć w remizie i popie…. Jaki tu może być język wspólny?
Dalej, w gruzach legł mit walki z wykluczeniem przez edukację – bzdura! Plebs w ogóle nie ceni tego, co jest za darmo, dlaczegoż miałby cenić edukację? Jak się poważnie zastanowić nad skutkami, w gruzach legną całe zastępy dalszych mitów.
A teraz parę gorzkich słów pod adresem Twórców (i „tfurców”): albo wolność, albo państwowa kroplówka, musicie wybrać. Albo „produkcja” dla wytrawnego konsumenta, a więc za określoną cenę, albo tzw. „państwowy mecenat” z ministrem Glińskim i stadami urzędników w tle. Cała reszta pozostaje bez zmiany, jak zawsze bywało.
Nieprawdopodobna bezczelność z jaką przewodniczący Solidarności prezes Duda, wystąpił onegdaj z wrzaskliwym żądaniem zakazu handlu w niedziele, dowodzi nie tylko tego że ta organizacja nie reprezentuje już nikogo, ze swoich założycieli. czyli znacznej części nowoczesnego i wykształconego społeczeństwa. Dowodzi także że prezesowi D. wydaje się że żyje w okresie wspólnoty pierwotnej w której nie istnieje żaden podział pracy i każdy jej członek zaspokaja wyłącznie swoje własne najbardziej prymitywne potrzeby. Członkowie tej wspólnoty lub rodziny zyją jak zwierzeta, a ich jedyne potrzeby to zaspokajanie głodu i kopulacja w celu utrzymania gatunku. Prezes Duda nie pojmuje zatem ,że w nowoczesnym społeczeństwie na skutek rosnącej specjalizacji i podziału pracy oraz rosnącej liczby specjalistycznych potrzeb powstaje coraz więcej takich rodzajów pracy, która musi być wykonywana przez wyspecjalizowanych ludzi dwadzieścia cztery godziny na dobę i siedem dni w tygodniu, aby zaspokoić potrzeby innych ludzi . Przerasta to możliwości pojmowania rzeczywistości przez prezesa Dudę , ale nie jest to powód abyśmy jako konsumenci i klienci sklepów , świadczący rozliczne usługi i korzystający z nich w niedzielę zgodnie z niepisaną umową społeczną, musieli go słuchać, tym bardziej że jako konsumenci, klienci i świadczący różne usługi jesteśmy w ABSOLUTNEJ większości,zaś pracownicy handlu są w znikomej mniejszości.
Jednak najbardziej oburzający jest fakt, że opłacana przez podatników instytucja państwowa, pod nazwą Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, która z pewnością zatrudnia sporo ludzi z wyższym wyksztalceniem, nie kiwnęła nawet palcem i nie wytłumaczyła prezesowi Dudzie przez kilka minionych lat, że dwa plus dwa równa się cztery, a konsumenci mają swoje prawa, które należy chronić, ponieważ handel źle je wykonuje .
Ma Pan całkowitą rację. Już ze 20 lat temu ktoś skwitował postulaty zamykania sklepów w niedziele: „sklep otwiera się wtedy, gdy klient ma czas, a nie personel”. I niech to będzie za komentarz.
AQUINUS> „Ci jedni, ci drudzy […] Jaki tu może być język wspólny?”
Język polski. Proszę, dziękuję, doceniam, szanuję. Dalej – wspólny język prawa powszechnego.
Dalej – wspólny język wspólnej historii. Dalej – pozasłowny język nieoczekującej życzliwości.
Do tego potrzebna jest edukacja. Edukacja.
AQUINUS> „mit walki z wykluczeniem przez edukację – bzdura!”
Edukacja za peerelu posłała masy z czworaków do filharmonii i teatrów.
Katecheza polska ostatnich dwudziestu lat poradziła z tym sobie skutecznie.
Obrzydzając kulturę jako śmieszne nudy „elyt” i burżuazyjnych liberałów.
@Adam Sznejfeld
Może czas na to, by panowie Wałęsa i Frasyniuk przywrócili do życia NSZZ „Solidarność”
i tym samym uwolnili Dudę od trosk związanych z ochroną przywłaszczonego „znaku towarowego”?
1. Język polski itd.
Pan raczy żartować, nie o to chodzi.
2. Na temat walki z wykluczeniem przez edukację upieram się przy swoim. Nie tędy droga. A już argument z PRL wyjątkowo chybiony. PRL przede wszystkim dokończył dzieła w niszczeniu elit; czego nie dokończyli Niemcy, Sowieci, wojna, emigracja, dokończyło UB i PZPR. Owa walka z wykluczeniem przez edukację sprowadza się li tylko do masowego rozdawnictwa dyplomów. Zadam w związku z tym elementarne pytanie: dla kogo są studia wyższe? W moim pojęciu dla maks. 5-7% rocznika. Ba, pewne kierunki są z założenia elitarne, jak choćby historia sztuki. Poziom kształcenia dzisiejszej oświaty, łącznie z wyższymi uczelniami, jest żenujący. Proponuję pójść dalej w tym kierunku: 6-7 latkom rozdać dyplomy magistrów, uczy się tylko ten, kto chce.
Pisałem już o tym wielokrotnie: KAŻDY program edukacyjno-społeczny MUSI zakładać wkład własny delikwenta, tzn. wkład pracy własnej. Jest rzeczą oczywistą, że Jaś Ptasiński z 10-osobowej rodziny z Chrząszczygrzewoszyc ma z definicji pod górkę w porównaniu z dzieckiem profesora uniwersytetu z Warszawy. I co z tego? W PRL i III RP „pomoc” polegała tylko na tym, żeby temu dziecku profesorskiemu utrudnić.
Może już dosyć pięknoduchostwa i czas przyjąć do wiadomości, że społeczeństwo składa się z 1) elit, 2) klasy średniej, 3) plebsu, 4) patologii społecznej. NIE MA NA TO SPOSOBU. Jedyne, co można zrobić, to stworzyć parę wind awansu pionowego (i zrzutni do eliminacji patologii, jaka może zdarzyć się w każdej grupie).
Elity mają zupełnie inne priorytety niż patologia społeczna, dla niej najważniejsza jest WOLNOŚĆ i WŁASNOŚĆ. Tam, gdzie nie ma stosownych gwarancji, elity, a po części i klasa średnia, po prostu znikają, głosują nogami. One sobie poradzą. Ale w takiej skrajnej sytuacji plebs i menelstwo sobie nie poradzą. Dalej, problem polega na tym, że zarówno PZPR, jak i obecnie PiS, tworzą sobie same elektorat (np. beneficjenci programu 500+), popierający PiS i od niego uzależniony. Do pewnego stopnia praktykował to PSL. Ale to się skończy, bo żelaznym trzonem PiS są ludzie w podeszłym wieku, przez lata żyjący w poczuciu krzywdy. Oni odchodzą. PiS też odejdzie, ale wyrządzonych szkód nic nie nadrobi.
Mój apel do elit i do klasy średniej, a zwłaszcza wszelkiej maści twórców: albo wolność, albo państwowy mecenat. I przestańcie zawracać gitarę „wędrówką pod strzechy”. Guzik z tego będzie. Strzechy was nie chcą ani nie potrzebują. Poza tym, elity i klasa średnia muszą się organizować. W ostateczności nic nie stoi na przeszkodzie, by urządzać spektakle i galerie we Frankfurcie n. Odrą lub Czeskim Cieszynie, byle tylko różne Glińskie i inne tałatajstwo nie mieszało się.
>>Edukacja za peerelu posłała masy z czworaków do filharmonii i teatrów.<<
Fakt.. chodzili bo w programie kaowca kiedy była wycieczka do stolicy zaliczali najchętniej Operetkę która zawsze była z pełną widownią więc był problem z biletami. To była dobra publiczność, cieszyli się w czasie spektaklu bo wszystko było lekkie łatwe i przyjemne i naprawdę dobrej jakości. Jak to operetka.
Z operą było gorzej, turyści zwyczajnie zasypiali po łażeniu po mieście a wszystkie knoty popełniane przez wykonawców też przyjmowali brawami, no bo artystów trzeba było nagrodzić.
Filharmonia to był rarytas intelektualny i społeczny.
Najbardziej lubiłem brawa po każdym "kawałku" co nieźle dekoncentrowało wykonawców, te kamienne twarze muzyków i nieoceniany wyraz twarzy dyrygenta który odwrócony tyłem do słuchaczy mógł sobie na to pozwolić. Ta edukacja kulturalna pozwoliła tym z "czworaków" zasiadać we waadzy , ubrani już byli przyzwoicie ale do dzisiaj po każdym "kawałku" symfonii czy koncertu klepią w łapska.
Za pocieszenie służy mi fakt że podobnie ma się sytuacja na świecie gdzie są oficjalne koncerty z notablami na widowni, też klepią w łapy choć rzadziej niż u nas.
I pomyśleć, że odebrali lepszą edukację od tej naszej socjalistycznej.
Żyłem, byłem, wykonywałem.. ale do cholery kto tym ludziom kiedykolwiek wyjaśnił gdzie będą, czego mogą się spodziewać i jak się zachować?
Całe życie moje polegało i polega na przekazaniu tych kilku prostych informacji jak należy się zachować i dlaczego.