2017-10-19.

Vincent V. Severski
Odkładałem ostatni tom tego cyklu z żalem: wciągnęło mnie. Mimo że to ponad 2900 stron lektury…
Rzecz czyta się świetnie; jako miłośnik thrillerów politycznych mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że jest to jedna z najlepszych – i najlepiej opowiedzianych – historii tego typu. Między nami mówiąc – dużo lepsza od słynnego cyklu „Millenium”, choć i on jest w mojej opinii doskonały.
Co łączy te dwa cykle? To przede wszystkim, że ich autorzy są fachowcami; fachowcami w tym sensie, że doskonale znają opisywane środowiska. „Millenium” – dziennikarskie, omawiana opowieść – środowisko służb specjalnych, szczególnie wywiadu i kontrwywiadu, i ich styk z polityką. Oba mają też znakomicie zarysowanych, wyrazistych bohaterów – jednych groźnych i antypatycznych, drugich – budzących sympatię.
„Millenium” jednak jest cokolwiek – na moje wyksztacenie – „fantastyczno-naukowe”: jego główna bohaterka, genialna hakerka, dokonuje wyczynów dla fachowca dość mało prawdopodobnych. Cykl, który jest głównym przedmiotem tego tekstu – nawet gdy opisuje sytuacje technicznie bardzo zaawansowane, nigdy nie przekracza granic prawdopodobieństwa. Nigdy na przykład co prawda nie słyszałem o użyciu drona jako nosiciela i stacji dokującej… mniejszych dronów, wyposażonych w aparaturę szpiegowską, ale wierzę autorowi, że da się coś takiego zbudować. Jeśli zaś tego jeszcze nie było w użyciu, to na miejscu stosownych departamentów techniki bardzo bym się nad tym pomysłem zastanowił.
Ukończona dopiero co przeze mnie lektura ma jeszcze dwie cechy, które każą mi ją plasować wyżej niż „Millenium”. Jedna jest dla polskiego czytelnika chyba oczywista: rzecz dotyczy spraw polskich. Autor, ukrywający się (ale niespecjalnie, pseudonim jest zdemaskowany już na okładce…) pod nazwiskiem Vincent V. Severski – to prawdziwy podpułkownik polskiego wywiadu z bogatym międzynarodowym dorobkiem, Włodzimierz Sokołowski. Człowiek, który karierę wywiadowczą rozpoczynał jeszcze w PRL, w wywiadzie zaś III RP zajmował jedno z najwyższych stanowisk.
Dwa słowa o jego warsztacie literackim: jest znakomity. Pisze pan pułkownik świetnie, scenariusze akcji konstruuje bezbłędnie, a w dodatku – i tu kolejna wspomniana przewaga nad „Millenium” – widać, że jest erudytą. W małym paluszku ma nie tylko wiedzę fachową – co zrozumiałe – ale i historyczną; co więcej, z kart jego świetnego cyklu wynika, że człowiek ma za sobą imponujący zestaw lektur literackich, i to tych z najwyższej półki.
W dodatku niesłychanie mi odpowiada stosunek autora i do samej profesji wywiadowczej, i do polityki – której przecież owa profesja służy. Otóż wszyscy pozytywni (a nawet i „częściowo pozytywni”) bohaterowie są zimnymi fachowcami. W tym co robią – nie ma żadnej „zapiekłości ideologicznej” ani nienawiści do przeciwnika, który dziś może być „po drugiej stronie”, a jutro z nami.
Tu przypomina mi się sprzed lat rozmowa z innym przedstawicielem wiadomych służb (miewało się w życiu różne znajomości…), który mi opowiadał, jak po „zwinięciu” jednego z groźniejszych przedstawicieli „drugiej strony” odwiedzał go w miejscu odosobnienia, gdzie razem popijali koniaczek i rycząc ze śmiechu opowiadali sobie, jak jeden drugiego wyprowadzał niegdyś w pole. Nie było w tym właśnie żadnej zajadłości – wszystko było taktowane jako czysta intelektualna gra zawodowców, w której są wygrani i przegrani, bo… muszą być, jak to w grze; a po pewnym czasie role mogą się odwrócić. Gra, która tym się różni od szachów, że w niej można w określonych okolicznościach sięgnąć po – enigmatycznie mówiąc – argumenty ostateczne; ale i to nie wywoła nienawiści. Ot, nie uda się gambit hetmański – sięgamy po glocka…
Oczywiście – rzecz dotyczy, podkreślmy to, profesjonalistów. Ale bywa, że do środowiska tych profesjonalistów dostaje się ktoś – z reguły będzie to jakiś mianowaniec polityczny – kto jest tam obcym ciałem: jakiś tępy, niewykształcony działacz. Amator w służbach – i z reguły amator w polityce, jakiś „człowiek jakiegoś Iksa”.
O, takich ludzi pułkownik Sokołowski mocno nie lubi. Podobnie jak ich politycznych mocodawców. W jego opowieści sporo jest mowy o politykach z wielu krajów świata; w tym, oczywiście, z Polski. Bez wyjątku są to bohaterowie negatywni. Szuje, karierowicze, przebierańcy – i po prostu często zwykli zdrajcy własnego państwa.
Warto powiedzieć jedno: to nie jest powieść z kluczem. Choć nie wątpię, że niektóre postaci mają swoje rzeczywiste pierwowzory. Jeżeli jednak autor zamierza kogoś zidentyfikować: wali „po nazwisku”. Taki na przykład uchodzący powszechnie za „arcyszpiega” niejaki Marian Zacharski jest w książce roztarty na proszek i wdeptany w dywan. Ale to tak na marginesie.
Wystarczy szczegółów. Resztę wyczytajcie sobie z wypiekami sami.
Bardzo się cieszę z dwóch informacji, które się w tych dniach pojawiły. Otóż pierwszy tom cyklu będzie przerobiony na cały sezon serialu telewizyjnego, który wyprodukuje Canal Plus. Bez wątpienia kolejne tomy, to materiał na kolejne sezony. I druga wiadomość: autor zabiera się za pisanie dalszego ciągu, zakrojonego tym razem na osiem tomów.
Napisałem to już na Facebooku, i powtórzę: ma człowiek przed sobą parę lat ciekawej i– mam nadzieję – doskonale płatnej roboty. Nie ukrywam, że cieszę się i z zapowiadanego serialu i z nowego cyklu – ale także z tego, że autorzy osławionej ustawy „dezubekizacyjnej” mogą autorowi, mówiąc niekoniecznie elegancko – skoczyć na plecy w kwestii ewentualnego odbierania emerytury.
Jeszcze raz w skrócie: lektura – przednia, autor i jego poglądy – bardzo mi bliskie.

Vincent V. Severski
Nielegalni / Niewierni / Nieśmiertelni / Niepokorni Tom 1-4
Wydawnictwo: CZARNA OWCA
Objętość: 2912 stron

Ze względów praktycznych pewnie zabiorę się za lekturę tych opasłych tomów na emeryturze, ale kto wie, może wzbudzony przez redaktora Misia apetyt będzie się domagał wcześniejszego zaspokojenia.
Jeżeli nie masz czasu, daj sobie spokój: nie da się przestać. 14 wieczorów poszło na drzewo. A czytam szybko…
Też czytam szybko… zależy co. Właśnie przywiozłem książkę, co mam ci zamiar podarować, jeśli nie masz. Sam ją czytam jak Biblię, na wyrywki, bo biorę do ręki wciąż na nowo, a ona wyrywa mi wbrew woli, trochę więcej czasu, co go planowałem gdzieindziej.
Szanowny nasz BeeMie – cobyś odetchnął troszkę od ciemnej strony, gorąco Ci polecam „Ukryte życie Lasu” Davida Haskell’a
w genialnym przekładzie Katarzyny Sosnowskiej. Choć w naszym polskim grajdole nawet ta poetycka opowieść o leśnej mandali ma wydźwięk lekko polityczny, któremu na imię (nomen omen) – Szyszko.
Pozdrawiam
I lecę szukać zachwalanych tomiszczy….:-)
Dodam jeden smaczek: w Polsce autora rządzą na zmianę dwie partie: Partia Brzydali i Partia Głupiej Gadki. Coś w tym jest.
jeżeli chodzi o te drony to problemem może być bateryjka, mam jednak pomysł, żeby drony zacząć ładować indukcyjnie, przelatywałyby sobie raz na jakiś czas nad liniami siłowymi i leciałyby dalej, może to jest jakiś pomysł, np. na powietrzne taksówki, poza tym te mniejsze drony mogłyby mieć drony jeszcze mniejsze etc. (jakby co to poproszę 5% poste restante SO).
Nie boisz się czytać takich książek ? przecież służby są wszędzie, chyba żeby czytać w metrze i od razu zapomnieć, a i tak licho wie po co on to pisze.
Ja to wiem – po co. Z kilku powodów: bo umie; bo lubi; bo zarabia na tym zapewne bardzo godziwą kasę i robi przy okazji masę złośliwości pod adresem byłych szefów, a jednocześnie ma w odwłoku różne dezubekizacje; wreszcie – bo mnie (tzn. czytelnikowi) sprawia to przyjemność.A co bania- najpierw w kolejce wydawca.