Andrzej Lewandowski: Monachijskie „oczko”

2018-01-24.

ECHA WYDARZEŃ: Kto myśli, że wpis poświęcę olimpijskim albo futbolowym aktualiom – jest w błędzie. Te echa mają siwiznę i patynę, bo…

Zadzwonił Zbigniew Sikora, działacz awuefowskiego „Relaxu” i chyba prezes grona absolwentów uczelni z wiadomością, że organizują wspomnieniowe spotkanie pod hasłem „Monachium – 1972”.

Chytrze uderzył w strunę osobistych wspomnień. Toż to pierwsze Igrzyska, które opisywałem; wieści z poprzednich współredagowałem, ale zawody widziały „inne oczy”… Może pójdę posłuchać, ale gadać nie będę – ważniejsi są nie ci, którzy relacjonowali, lecz ci, którzy sobą sławę rodzimego sportu mnożyli. A medali było przecież aż 21 (OCZKO!): 7 złotych, 5 srebrnych, 9 brązowych i podobno kilku medalistów ma wpaść ze wspomnieniem… Niech ONI przypominają. A że i moją pamięć samą wieścią o spotkaniu bardzo pobudzili… Fakt, pamiętam i ja, wspominam. To, tamto i jeszcze coś…

  • Pamiętam obrazy, gdy kolarze zdobyli medal. Mieszkałem razem z Włodzimierzem Gołębiewskim – pryncypałem i równocześnie prezesem PZKol. Było u nas dziennikarsko – prezesowskie przyjęcie z racji sukcesu. Nocne, na kilkadziesiąt osób. Sprawujący nad nami opiekę strzelcy alpejscy donosili kawę i colę, a koledzy wyciągali butelczyny. Prezes poświęcił nawet miód pitny, który przywiózł Adriano Rodoniemu, szefowi UCI. W pewnej chwili od strony balkonu –a mieszkaliśmy na piętrze – rozległy się okrzyki w obcym języku, a wkrótce po gzymsie przywędrował sąsiad. Chyba Szwed; miał za złe, że koledzy z Polski nie dają zasnąć. Szybko został spacyfikowany – napojami, ktoś – głowy nie dam, ale chyba sławny „Cergo” – Lech Cergowski z PS ( człowiek wielkiego dziennikarstwa, kapitalnego poczucia humoru oraz wzór dzielności – od powstańczej poczynając) załatwił sprawę toastem za wspólną granicę – na… Bornholmie. Potem szwedzki kolega, znów po gzymsie wrócił do siebie… Kibicowaliśmy beztrosko.
  • Pamiętam ów dzień, kiedy „Czarny Wrzesień” wprowadził krwawy terroryzm do wioski olimpijskiej. Wioska z gościnnej dla dziennikarzy stała się – zrozumiałe – natychmiast niedostępna. Ale… Wspomniany już pryncypał przez jakiś czas pełnił funkcję sędziego UCI i przez ten czas przysługiwał mu samochód. Wejść do wioski już się nie dawało, ale wjechać… owszem. Potem jednak przyszedł tak długi czas izolacji ochronnej olimpijczyków, że coraz trudniej było dziennikarzowi zdawać sprawę. Oglądał z oddali, „konferencyjnie i przepustowo…”
  • Pamiętam opowieść Zbyszka Smarzewskiego. Pierwszy etatowiec w TVP, członek pierwszej ekipy, której sportowy przekaz w telewizji przeżył swój debiut („13 stycznia 1957 roku na ekranach nielicznych wówczas telewizorów zobaczyli mecz bokserski Skra Warszawa – Gwardia Łódź. Imprezę komentował Zbigniew Smarzewski – 1932-2000”), wieloletni prezes związku gimnastyki artystycznej, dopiero po latach opowiadał, jakie miał szczęście. Był w wiosce na czyichś imieninach, wracał „ciut pod wpływem” i ogarnęli go uzbrojeni ludzie o „nieeuropejskich rysach”… Jakoś uznali, że można wypuścić… Potem już musiał opowiadać policji, jak to było…. Myśmy zostali skazani na konferencje prasowe, przekazy telewizyjne – z błyskami, strzałami i krzykami i niepewność.

Wikipedia pamięta i przypomina. Cytuję, by młodsi Czytelnicy wiedzieli:

W trakcie igrzysk nastąpił zamach terrorystyczny. 5 września grupa Palestyńczyków z organizacji „Czarny Wrzesień” wdarła się przez mur do wioski olimpijskiej około godziny 4:00, zostali zauważeni przez pracowników poczty. Pracownicy ci, widząc grupę ubraną w dresy, pomyśleli, że są to sportowcy wracający z nocnej zabawy, dlatego nie włączali alarmu. Palestyńczycy weszli do budynku zamieszkiwanego przez izraelskich sportowców, których wzięli jako zakładników, zabijając przy tym dwóch, którzy stawili opór. Terroryści domagali się uwolnienia Palestyńczyków, przetrzymywanych w Izraelu. Po nieudanej akcji policjantów zostało zabitych kolejnych 9 sportowców izraelskich, 5 terrorystów oraz jeden niemiecki policjant. Spodziewano się, że igrzyska zostaną zamknięte, co jednak nie nastąpiło (Avery Brundage wyraził swoje stanowisko słowami „The games must go on” (Zawody muszą trwać dalej).

  • Pamiętam, jak trzeba było wybierać – pójść na finał boksu, czy na finał piłkarski, choć chyba trochę padało? Gdzie będzie „lepszy” medal? Były… dwa złote. Relacjonowałem ten autorstwa Jana Szczepańskiego…
  • Mam w pamięci obraz wizyty Lalki ( Eulalii, Oli) Zakrzewskiej – Rolińskiej. Arcymistrzyni strzelania wpadła, będąc na spacerze między treningami. Trzeba było widzieć zachwycone miny „szarotek” dbających o nasz spokój i wygodę. Coraz to któryś zaglądał grzecznie pytając, czy nie przynieść czegoś do picia… Nie dziwię się. Gdy kiedyś wpadła do redakcji, koledzy też wciąż zaglądali; jeden nawet został… mężem.

Pamiętam też owo monachijskie spotkanie, jako… dowód, że sport długo stawał na głowie, by paniom karier nie ułatwiać. Jeszcze w tych Igrzyskach * wcześniej – w Meksyku) zjawiskowa blondyna musiała rywalizować na strzelnicy z mężczyznami. Karabin standard 60 strzałów, postawa leżąc, 50 m – 28 miejsce na 101 startujących, z wynikiem 593 pkt. Sprawiedliwe to, i dżentelmeńskie?

  • Mam w pamięci obraz – symbol. Józef Zapędzki, mistrz pistoletu w Meksyku, złota powtórka w Monachium. Kibicowałem monachijskiemu koncertowi, ale jeszcze bardziej wrył mi się obraz wrześniowy obraz Mistrza w podmonachijskim Dachau. Tam, gdzie kiedyś hitlerowski obóz koncentracyjny. Więźniem i śmiertelną ofiarą był Tata Józefa, Jak nie zapamiętać i nie kojarzyć: wrzesień, polski oficer, mistrz olimpijski, czcząc pamięć Ojca…!
  • Pamiętam, jak zdobywał złoto Zygmunt Smalcerz. Do dziś nie wiem, czy bardzo walczył o gramy wagi osobistej dla swojej kategorii, czy tylko mnie się wydawało, że buziak ma kolor ściany, na tle której widzieliśmy sztangistów?

A w ogóle to wciąż jeszcze pamiętam, co… właściwie bez sensu dla wspomnień, jakieś ich zaśmiecanie. Owe dwa posiłki dziennie w ramach akredytacji. „Stół szwedzki” – dziś norma, kiedyś cud dla „nieprzyzwyczajonych” – z buteleczkami wina włącznie. Ze zdziwieniem konstatowaliśmy, że nie rodacy do luksusu nie nawykli, lecz koledzy „z Zachodu” miewali lepsze apetyty. Albo „pierwsze spotkanie” z maszynkami do golenia z wymiennymi ostrzami.

Dziwny jest ten nasz umysł i nasza pamięć, prawda?

[responsivevoice_button voice=”Polish Female” buttontext=”Czytaj na głos”]

Andrzej Lewandowski

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com