Muszę się poddać konserwacji, ponieważ ostatnio dostrzegam brak sensu w swojej pisaninie; męczę się własną niechęcią przekonywania kogokolwiek do czegokolwiek. Ręce mi opadają, krew burzy oko i czuję się jak nieproszony gość zakłócający drzemkę czytelnika.
Nie mam pojęcia, kogo jeszcze mogę zainteresować swoimi wywodami. Stałem się nudny, marudny, natrętny, monotematyczny i furiacki, a moje perory – rutynową gadką dziada do obrazu.
To tyle w temacie SAMOKRYTYKA.
A teraz, po odfajkowaniu szopki z wyrzutami sumienia, przejdę do bazgrania w zasadniczej kwestii: edukacja.
*
Znana to prawda, że wiedza o azymutach państwowego rozwoju jest uzależniona od poziomu wykształcenia obywateli; to kwalifikacje decydują o jakości naszych wyborów.Adresat jest zawalony tekstami. Książki, gazety, Internet, całe to mrowie potencjalnego czytania, zaczyna go osaczać, nużyć i grać mu na nerwach. Niecierpliwić ilością słów i fraz. Dzieł wartych zdzierania wzroku.
Nasza edukacja kuleje; szkoła, miast być wyrazicielką i orędowniczką ściśle naukowych poglądów, podszyta jest religią w obskuranckim wydaniu. Co rzutuje na wszystkie dziedziny życia i ujemnie wpływa na nasz wizerunek w świecie.
*
Już Mickiewicz napomykał, byśmy za młodu uczyli się łamać ze słabością. Jednakowoż z czym młodzi mają się łamać, skoro dopiero zaczynają swoją życiową edukację? Jak mogą biec nie umiejąc chodzić? Nie znając własnej Historii? A jaką będą znali za paręnaście lat? Czego się z niej dowiedzą?Dowiedzą się, jak zamazać Historię. Przekonać, że Wałęsa był utrwalaczem komuny, a Solidarność istniała dzięki geniuszowi braci Kaczyńskich. Że w Polsce nie było inkwizycji, a szlachta miała Złotą Wolność i hecne liberum veto do nieskrępowanego warcholenia. Nauczą się, że nie ma to, jak być religijnym rasistą i patriotycznym kibolem, bo tylko tacy obywatele godni są zasiadać w Trybunale Konstytucyjnym.
Ze szkolnych podręczników do zreformowanej wiedzy wyciągną wniosek, że po jakie licho mają słuchać Beethovena? I na co komu Chopin i jego fortepianowe pitigrili, ta romantyczna ciemięga z przedawnionych czasów? Po cholerę im uczyć się czegokolwiek, wiedzieć, co to filozofia, matma, jakaś denna łacina? I na co komu literatura, jakieś podejrzane pornole Gombrowicza, strupieszałe Nałkowskie, Szymborskie, Kapuścińskie, Reymonty i inne patałachy? Po diabła te Noble i Pulitzery, Kościelskie i Nike, o których nie opłaca się mieć rozeznania?
Wedle tychże instruktażowych podręczników, każdy kandydat na członka społeczności lepszego sortu, powinien umieć liczyć na palcach, odgadnąć, przed kim wypada leżeć na płask, a kogo pogłaskać butem po głowie. Wiedzieć, że w bitwie pod Grunwaldem amerykanie walczyli po naszej stronie https://www.youtube.com/user/MaturaToBzduraTV)
że więcej przyswoić sobie, to zbrodnia, masakra, przepych.
Stwierdzają więc, że coś im z tą edukacją nie gra. Mówią zatem: chcemy być traktowani poważnie. Chcemy się uczyć, ale nie tego. Czują się więc jak dzieci pogubione w gąszczu jedynie słusznych dróg. Jak dorosłe bobaski natrętnie i bez ustanku poddawane psychicznym opresjom.
*
Czytamy niewiele; jedni mniej, inni więcej niż wcale. Pod nosem literatury książkowej, powstaje literatura internetowa. Media nas atakują, kuszą ofertami, reklamami, popularnymi programami. Wszystkie publikatory namawiają do uczestnictwa w swoich przedsięwzięciach. Pisma wyspecjalizowane w poruszaniu trudnych zagadnień związanych z nauką, medycyną czy historią, interesujące liczne grona profesjonalistów, przemieniają się w tandetne szmatławce kultury zerowej.Poprzednio twierdzono, że nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera. Teraz mówi się, że kulturalnym człowiekiem może być pierwszy z brzegu łachmyta. Ani praca nad sobą, ani jakiś tam idiotyczny profesjonalizm i rozeznanie w Historii dorobku kulturalnego nie stanowią już o człowieku. Decyduje natomiast wewnętrzne przekonanie, że się umi i się wi; reszta jest fraszką, jak powiedział Hamlet. Toteż wśród wielu „oficerów” przeważa nadęty sąd, że artystą być, to małe piwo.
Odkąd masa rządzi, teatr przesycony jest reżyserią o dewocyjnym umaszczeniu. W telewizji reżimowej kwitnie i pączkuje kino akcji. Jak grzyby po morowym powietrzu powstają płaskie filmy horrorystyczne, a znikają różne kieślowskie i bergmanowskie problemy.
I na tym polega nieszczęście: czasu jest ograniczona ilość, a tekstów do przeczytania – do licha i trochę.
*
Mam w swojej bibliotece utwory poetyckie i prozatorskie diamenty, dzieła rozświetlone wewnętrznym blaskiem stylistyczne skarby myśli tchnące prawdą, książki znajome, bliskie i od razu moje.Przechodząc obok regałów, przenikam w inne światy. Mam wówczas do czynienia z różnorodnymi obszarami. Wkraczam w metafizyczne, ponadzmysłowe przestrzenie książek pożółkłych, niemal omszałych ze starości.
A przecież są to obszary jeszcze dla mnie obecne, bo kiedy patrzę na grube tomy, gdy czytam ich tytuły i słyszę rozmowy bohaterów, głosy, dialogi odbywające się na moich oczach, na wyciągniecie wzroku, melodyjne, nieśmiałe, kobiece, i męskie, tubalne, stentorowe – wszystkie te sensualne wrażenia zaczynają się układać w pewien zwarty, uporządkowany ciąg i ni stąd ni zowąd ich muzyczność przybiera harmonijne, niepodzielne formy.
A teraz nad moim światem książek zapanował mrok; bibliotekę opanowały jakieś nudne i zawiłe rozprawy fałszujące historyczne wydarzenia. Niby naukowe, lecz upstrzone stylem topornego propagandzisty, komercyjne, zimne, zniechęcające do lektury.
*
Jestem odporny na działanie FAKTÓW DRUGIEJ ŚWIEŻOŚCI. Na ideologiczne gile wygrzebane z partyjnego nosa. I w tym oto podniosłym momencie zacząłem sobie przypominać, ile książek, bezcennych, a zbutwiałych starodruków nawet, ile arcydzieł literatury światowej udało mi się wydrzeć z lochów niejednej składnicy surowców wtórnych!Po godzinach oficjalnej pracy, kierownik placówki wpuszczał mnie na zaplecze i pozwalał (za ćwiartkę czystej) uprawiać wysokogórską wspinaczkę na wierch papierowej hałdy i gdy on leżał u jej stóp, ja bawiłem się w archeologa omijając co grubsze szczury na papierowej diecie. A gdy magazyn był już przegrzebany, budziłem faceta i szliśmy do wagi. Kładłem na niej urobek, czyli wszystkie znalezione książki, a gość mi je sprzedawał.
Cena była taka, że jeśli wszystkie ważyły pięć kilo, to w zamian musiałem mu przynieść pięć kilo gazet. Tym sposobem wszystko się zgadzało i dzięki temu ja miałem sporą bibliotekę, on zaś – porządek w burdelu.
Czasy się zmieniły, przyczłapały nowe czasy, nadal jednak nie było różnicy między książką, a papierzyskami. Powstające urzędy od odmawiania pomocy i dawania literatom popalić przejęły funkcje składnic z makulaturą, a sprytne ludzie (tych nie brak w żadnym ustroju) zwietrzyły interes: wzięły sprawy w swoje ręce i zaczęły otwierać się na potrzeby wygłodniałego społeczeństwa.
Kwitła więc produkcja bubli i powstawały na masową skalę rachitycznie wydawnictwa. Tak jak niegdyś w byle garażu siedział na skrzynce od piwa przyszły komputerowy Gates, teraz w byle internetowej piwnicy siedział sobie WIELMOŻNY PAN WYDAWCA i czekał na frajera z kasą. Czyhał na reflektantów i łyskał brylantyną niewiedzy. Naiwny klient wpadał mu w szpony i z drżącym rękopisem w rozlatanych rękach kucał z zachwytu, bo na wstępie dowiadywał się, że spłodził wiekopomny majstersztyk, który rozejdzie się w mig, a jak dobrze pójdzie, to jeszcze szybciej. Za co PAN HANDLARZ ręczył osobistym honorem.
Zanim teoretyczny noblista zrozumiał, że wydawca nie mógł go przeczytać, bo jeszcze niczego nie opublikował, już był ugotowany na miękko i gładko łykał kolejne banialuki. Jedną z nich była informacja, że nie poniesie kosztów, bo kosztami obarczy się sponsora, na którego konto należy wpłacić marne grosze w liczbie trzech tysięcy złotych.
Tyle samo, albo o dwa złote mniej uiścić należy w księgarni, by książka nie powędrowała do ciemnego kąta, lecz znalazła się na miejscu, gdzie ją widać.
Przy czym za widok książki uplasowanej pod sufitem, buli się mniej, niż za widok tejże pomieszczonej na wysokości oczu kurdupla. Ale najdroższe są miejsca w sąsiedztwie półek z dziesiątą wodą po S. Kingu.
Tam aż kotłuje się od oglądających, cmokających i odchodzących z kwitkiem.
Na długich, chłodniczych ladach spoczywają komiksy, krzyżówki, rozmaite SF, magazyny pełne okrutnych narracji, ckliwych opowiastek zajeżdżających bajkową scenografią, emfatycznych historyjek prowokujących do tarcia oczu i pociągania nosem, aromatyczne pomady w harlequinowskim stylu.
Natomiast powieści Wojdowskiego, Kuśniewicza, Nałkowskiej lub Berezy próżno by szukać; księgarski subiekt nigdy o takich nie słyszał, no a w instrukcji obsługi klienta nie ma przepisu, by znać produkty niechodliwe i przeterminowane.
*
Różnica między stroicielem fortepianów a kompozytorem, należy do namacalnych. Ale jak jeden bez drugiego nie może istnieć i oboje są fachowcami w swoich branżach, to kompletnym nieporozumieniem jest zamiana ich ról.Zanim pękniemy ze śmiechu, wyobraźmy sobie, że do Bacha przychodzi naprawiacz klawiszy, siada za instrumentem, wyniośle i bezceremonialnie strofuje mistrza pouczając go w sprawach polifonii, a na deser wręcza mu instrukcję obsługi piszczałek pod tytułem zreperuj se sam. Albo Beethovena, jak idzie do sklepu, kupuje parę desek, pół tony gwoździ, zanosi do domu i zbija sobie klawesyn.
Podobnie w literaturze: jeden jest oprawiaczem książek, a drugi je pisze. Tak jak jeden jest kulturalny, a drugi dłubie w kulturze. W tym miejscu zaczyna się robić poważnie, bo zdajemy sobie pytanie: kim jest obecny artysta, człowiek uprawiający zawód literackiego biznesmena? I odpowiadamy natychmiast: to figura na wskroś pragmatyczna; już nie twórca, lecz jeszcze nie człowiek interesu. Ot, złota rączka niepewnego geszeftu.
*
Słowo sprzedaż robi obezwładniającą karierę. Jest słowem kultowym. Podobnie jak niegdyś szałowy, fajowy, obłędny, odlotowy. Kultowy, znaczyło dawniej – obrzędowy, rytualny, religijny. Teraz kultowe jest wszystko, co się dobrze sprzedaje, ma powodzenie i cieszy się ponadprzeciętną oglądalnością. Kultowy może być sedes, rzecz jasna, jeżeli przedtem należał do popularnej gwiazdy.Jeżeli książka spoczywa na odpowiedniej wystawie, to znaczy wbija się w czytelnicze oko, leży z dala od magazynu, a w pobliżu medialnego rozgłosu, jeśli znani recenzenci raczą przeczytać i merytorycznie ocenić to, co znalazło się między okładkami, a rankingi potwierdzą ich werdykty, autor może chodzić w stepującej glorii fantazjując o palmach i kokosach.
Ale, by tak się stało, kandydat na wniebowziętego musi spełnić szereg warunków.
Pierwszym i nieodzownym jest posiadanie finansowego zaplecza: literat marzący o intratnym opyleniu swoich prefabrykatów, musi mieć kasę na opłacenie sukcesu. W przeciwnym razie pozostanie mu niesmaczne przeświadczenie, że choć spłodził bestselera, to jego twórczość bardziej pasuje do pawlacza, niż do splendorów; chciałby być znany szerzej, otrzymywać dobre recenzje, pęcznieć z dumy i nerwowo liczyć szmal, lecz powinien wiedzieć, że nie są to wystarczające powody do zadowolenia.
Chyba, że otrząśnie się z komercyjnej głupoty i przestanie zanosić swoje płaczliwe supliki do Literackich Instytucji Promujących Walkę Z Kulturą. Chyba że dołączy do dzielnej grupy dzisiejszych literatów żyjących współcześnie i stanie się własnym menadżerem. Absolutnie skutecznym profesjonalistą. Fachurą w każdej dziedzinie zahaczającej o twórcze i wydawnicze procesy.
A więc musi umieć wszystko: zrobić nieśmieszną korektę, znać się na kosztach druku, łamaniu stron, właściwej czcionce, doborze odpowiedniego papieru, sensownej reklamie, szukaniu i znajdowaniu SPONSORÓW.
Jednakowoż literat szukający recepty na skuteczne wydanie swojej książki, szybko dochodzi do wniosku, że takich jak on, jest przeszło więcej i chcąc wypłynąć na szerokie wody, musi razem z nimi tłuc się po niszach, piwnicach i straconych złudzeniach.
Gdyż jeśli nie ma żyłki straganiarskiej, nie potrafi sprzedać swoich intelektualnych wybroczyn – znika z rynku i wszelki słuch o nim wędruje tam, gdzie ciemno, głucho i panuje zawzięte milczenie.
Chyba, że cierpi na nadmiar gotówki i nie kłopocze się wydaniem własnej książki.
Wtedy poleca ją majster-klepkom od kosmetyki. Już oni zadbają, by miała ręce i nogi, sprzedawała się jak Bóg przykazał i nie straszyła gustem. Sam zaś może zająć się pisaniem, gdyż nareszcie ma wolną głowę i nie doskwiera mu upierdliwa myśl, że aby nabazgrać książkę, powinien być drukarzem, introligatorem, czy inną złotą rączką.
*
Pewnik: pytania o sens i cel człowieczego bytu wyznaczają ludziom zasady postępowania.Człowiek A. dokonał odkrycia, że jest istotą społeczną, a jego uczynki wywierają wpływ na postępowanie pozostałych ludzi. Natomiast indiwiduum B. zauważyło, że świat się zmienia, on zaś razem z nim. Z czego wynikła mu niesłychana prawda, ta mianowicie, że dysponuje odmiennymi środkami wyrazu i że powinien dopasować swoją twarz do sytuacji, w której się znalazł. A ta moderowana jest przez czas. Toteż przychodzi mu tułać się po wspomnieniach, bo tylko one mają dla niego sens.
*
Styl T. Manna nie nadaje się do dzisiejszego odzwierciedlania zdarzeń, nastrojów i przeżyć. Jest to spowodowane przez ów czas: nie mamy go tyle, co wtedy, gdy pisarz prowadził nas przez ocean perypetii bohaterów.Rozparci w wygodnym fotelu, ze szklanką herbaty, albo sączący kropelkę czegoś mocniejszego, zasłuchani w chrzęszczące odgłosy kominka, lewitowaliśmy po fabule razem z autorem.
Powoli, leniwie, bez pośpiechu, smakowaliśmy niezłą prozę, wiedząc że w każdej chwili możemy powrócić do miejsc wartych wielokrotnego czytania.
Lecz jak strawić T. Manna dziś, w tramwaju, w biegu po zadyszkę? Jak przebrnąć przez sienkiewiczowską „Trylogię” i jej sakramenckie słownictwo? A jak uporać się z utworami Mikołaja Reja? I co począć z Leśmianem, Conradem, Norwidem lub do cna zapomnianym Słowackim? Współczesne pokolenia nie mają o nich bladego pojęcia.
Oczywiście, w tej regule są chlubne wyjątki. Przeważnie jednak kilka ostatnich wychowało się na technicznych ekstrawagancjach i z tej przyczyny są oddalone od samodzielnego dochodzenia do wniosków; potrzebują translatorskich narzędzi. Niezbędnych protez pozwalających im wziąść na warsztat i zrozumieć minioną rzeczywistość.
Środowisko było naówczas nienazbyt cukierkowe, bo pozbawione Ułatwiacza Doznań; żyło się wtedy bez internetowych podpórek pełniących zastępczą funkcję ojca, matki, kumpla i dziewczyny.
Wyobraźmy sobie, że w takim otoczeniu przyszło wegetować ludziom, którym wysiadł prąd: dostali nagłego ataku analfabetyzmu, wsiąkła im pycha, zapodziała pewność siebie.
*
Przeczytaliśmy zaledwie jedną powieść T. Manna, lecz żeby uchodzić za „totalnie” oczytanego i wypowiadać się na temat Jego twórczości, musimy znać większość z nich, o ile nie wszystkie.Ale to zaledwie prolog nieszczęść, bo na naszej drodze pojawiają się utwory Bunina, Tołstoja, Hugo, Zoli. Nie mówiąc o Wojdowskim, Nałkowskiej, Dąbrowskiej, lub Kuncewiczowej.
Tyle do zaznajomienia się, przeczytania, zrozumienia, narzekamy. A to przecież psi obowiązek człowieka chcącego cokolwiek wiedzieć o literaturze. Zaś jeszcze większy – dla pragnącego pisać.
Skąd wziąć na to wszystko czas? Od tamtej pory wzrosła nie tylko liczba ludzi, ale i wzrosły hektary zbytecznych informacji. Nowinek, ciekawostek, zdarzeń wpędzających nas w euforię, czkawkę rozmyślań, czy zgagę popłochu!
Jest ich teraz tak wiele, że nie nadążamy z kartkowaniem, a co dopiero z ich analizą. Każdego dnia otrzymujemy ich coraz więcej. I niektóre są ważne. O niektórych zaś należy wiedzieć gruntownie, do ostatniego wióra, z dookolnymi detalami.
Trzeba przeczytać wszystkie, bo dopiero po szczegółowej lekturze można oddzielić ziarna od plew i perłę od wieprza. A to dlatego, by nie wyjść na umysłową niezgułę.
*
Czytam listę arcydzieł literatury światowej i tak sobie myślę, że już po zobaczeniu samych tytułów ma się owrzodzenie psychiki, kompleksowe wzdęcia i mordercze zamiary!A jeszcze jak porachuję, ile to lat (ze sto, jak obszył) zajmie mi sylabizowanie wszystkich w całości, to nie mam wyjścia, tylko muszę się obwiesić. Bo stwierdzam, iż oprócz czytania, mam radosną manię pisania.
Z czego wynika, że jako całkowicie oczytany skryba zacznę pisać mając na karku dziesiąty krzyżyk. No a co to za pisanie w nagrobkowym wieku stu wiosen? Wtedy, gdy moim jedynym zmartwieniem będzie pytanie: gdzie, do cholery, podziałem zęby?
Stoję zatem w umysłowym zawieszeniu i nie wiem: mam być literatem, czy niepiśmiennym erudytą.
*
Czytanie utworów pisanych współcześnie jest taką samą nieodzownością, jak czytanie utworów pisanych dawno temu, ponieważ teraz nie jest możliwe bez gruntownej wiedzy o wcześniejszych wiekach.
Generalnie jest tak: literatura niepiękna, czyli podobna do „Trędowatej” puszy się na górnych półkach, a „Czarodziejska góra” dogorywa na dolnych. O ile nie wala się po piwnicach i zapleczach.
Prawda przekazywana młodym umysłom, objawiona w szkolnych brykach jest represyjna, posępna i przypomina kompozycję rozmemłanego wariata na wyciągu; przebywa na odwyku od myślenia i w czułej separacji z logiką. Jest własnym zaprzeczeniem. Ideą wyzwoloną z kaftana bezpieczeństwa i zależną od faceta występującego w przyrodzie pod kryptonimem ”Katolicki Talib”.
*
Pisanie powinno być teraz krótkie, szybkie, niemęczliwe: wymagające braku koncentracji. Opasłe utwory w rodzaju Wojna i Pokój lub Nędznicy, są dla dzisiejszego czytelnika dziełami za długimi, za nudnymi i z lekka anachronicznymi utworami. I nie ma w tym nic dziwnego, bo świat się spieszy, bo odbiorca literatury ma większy wybór tego, co należałoby przeczytać.Mamy trzecie tysiąclecie. Gazety i tradycyjne wydawnictwa cierpią na finansową niestrawność. Włada nami Jaśnie Nieoświecony Internet wykuwający czytelniczy gust, układający listy wydawniczej popularności. Ludzie wyedukowani na wierze w jego wszechmoc, idą do księgarń i poszukują pisanych stylem, do którego nawykli w WIELKIEJ CZYTELNI, jaką jest. Niemniej jednak trzeba uświadomić sobie, że jego wszechmoc, to iluzja. Wystarczy uzmysłowić sobie, że padnie prąd, urwie się kabelek, sfajczą się baterie w laptopie, nagle przestanie działać Word zaprogramowany na poprawną pisownię tudzież znikną słowniki i rozmaite Wikipedie. Z mety nastąpi odsiew prawdziwych pisarzy od gryzipiórków. Z punktu okaże się, że bycie artystą nie należy do fraszek i bez literackiego przygotowania jest się ciemnym jak tabaka w rogu, a prócz tego, że się umi i wi, trzeba odstać swoje w kolejce po um.
*
Stanisław Grochowiak oświadczył, że bunt się ustatecznia. Poeta był człowiekiem niebywale kulturalnym, a więc nie dziwi mnie ten eufemizm. Ja jednak nie należę do ludzi przesadnie subtelnych, toteż powiem: bunt – dziadzieje; z wiekiem, a zwłaszcza wespół z doświadczeniem życiowym, wątleją entuzjazmy i parcieją marzenia. Rzadziej mówi się „NA PEWNO”, częściej natomiast – BYĆ MOŻE; starzy buntownicy są bardziej oględni w wyrażaniu śmiałych sądów.Świat ludzi starych nie przylega do oczekiwań ludzi wchodzących w życie; cała nadzieja w młodych. W tym, że na deskach politycznego teatrzyku pojawi się młodzieńczy zapał, a zakończy okres zmurszałego sceptycyzmu i pieczeniarskich poglądów.
Rewolucja stanowi przywilej okresu dojrzewania: buntować się ze skutkiem można wyłącznie za młodu, albowiem warcholi tylko ten, kto mało wie, kto ma niewiele do stracenia i posiada niebojaźliwy instynkt zachowawczy.
Powiem więcej:
musi minąć następny tuzin lat, by ci, co zostali przeczołgani przez komunę, odeszli z polityki na wieczny odpoczynek. Bo czy można w nagrobkowym wieku uczynić tumult? Stwierdzam, że nie. Nie, gdyż co to za protest w wykonaniu ugodowca!
To dobrze, iż wkrótce zastąpi nas młodzież. Młodzież – na przekór układaczom szkolnych podręczników – otwarta na świat, wyedukowana w niezakłamanej wiedzy, lecz nie na wierze w kropidło, młodzież czerpiąca ją od nauczycieli z powołania i prawdziwego zdarzenia, wychowana przez dom i jego niecybernetyczną atmosferę.
Potrzeba nam świeżości, autentycznie nowych spojrzeń na to, co zamierzamy zrobić. Pokoleń urodzonych po 89 roku, bo wątpię, iżby ci, co od wielu lat zabawiają się reformowaniem naszego kraju, ci, którzy opatrzyli się, skompromitowali i zużyli w politycznych bojach, potrafili pociągnąć za sobą kogokolwiek.
źródła obrazu
- jastrzab: BM


„[..] Wiedzieć, że w bitwie pod Grunwaldem amerykanie walczyli po naszej stronie [..]”
Zapisałem sobie. To może być ważki argument, zwłaszcza w dyskusjach z redaktorem Skalskim.
Powiem szczerze, umiejętność wywiercenia dziury w ścianie i fachowe wbicie w nią kołka żeby np. powiesić obrazek cenię sobie wyżej niż znajomość dzieł Dostojewskiego. Znawca i odbiorca literatury z wyższej półki w praktyce może być prostakiem i hipokrytą, narcystycznym typem zupełnie bezużytecznym, gdy komuś trzeba podać kubek wody.
To samo dotyczy pańskiej wizji edukacji, czyli wbić w młode łepetyny jak najwięcej informacji. Tylko czy to czyni człowieka lepszym ? Bardziej przystosowanym do dzisiejszej rzeczywistości ?
Podstawą wychowania powinna być dziś nauka pracy w grupie, nauka odpowiedzialności za wszystkich członków grupy, wszak od najsłabszego ogniwa zależy efekt pracy całej grupy. Żyjemy w czasach kiedy każdy projekt wymaga bliskiej współpracy wielu ludzi, indywidualni odkrywcy bezpowrotnie odeszli do przeszłości. Efekt pracy nad projektem bardziej zależy od wzajemnego szacunku i wzajemnej pomocy osób biorących w nim udział niż od wybitnych osobowości stojących na jego czele (zwłaszcza jeżeli są to osobowości narcystyczne). Szkoła podstawowa powinna uczyć przede wszystkim pracy w grupie. Oceny powinny być wyłącznie zbiorowe. Rzędy ławek już dawno powinny zostać zastąpione okrągłymi stołami, przy których wszyscy czuliby się równorzędni, jak przy indiańskim ognisku. Przedmioty artystyczne równie ważne jak matematyka i język polski. Z szerszą matematyką wstrzymałbym się do szkoły średniej. Większość zajęć praktyczna, o ile to możliwe w terenie, na świeżym powietrzu. Zamiast religii – ekologia. Podstawy zagrożeń, z jakimi mamy powszechnie dziś do czynienia (śmieciowe jedzenie, fake news, smog elektromagnetyczny, podstawy wiedzy o chorobach wenerycznych etc). Chiński lub angielski od pierwszej klasy (stawiałbym na chiński). Od czwartej niemiecki lub rosyjski.
Przynajmniej ja tak bym to sobie wyobrażał. Reformy naszej pani minister edukacji razem ze strzelnicami Macierewicza to powrót do przeszłości, pokolenie ONR będzie nam prężnie rosło w siłę. Front wschodni czeka.
ARTU
Jest mi niemiłosiernie miło, że zajął się Pan obróbką mojego tekstu. I na tym kończą się uprzejmości pod Pana adresem, bo już w drugim zdaniu mam ochotę posprzeczać się na temat używania pewnych słów. Na przykład PROSTAK. Lub NARCYZ.
Pisze Pan: „Znawca i odbiorca literatury z wyższej półki w praktyce może być prostakiem i hipokrytą, narcystycznym typem zupełnie bezużytecznym, gdy komuś trzeba podać kubek wody”.
Oczywistą rzeczą jest, że ma Pan rację. Sam też niejednokrotnie pisałem, że naukowy stopień nie jest gwarancją człowieczeństwa. Lecz powiedzenie: „umiejętność wywiercenia dziury w ścianie i fachowe wbicie w nią kołka żeby np. powiesić obrazek cenię sobie wyżej niż znajomość dzieł Dostojewskiego” – jest przesadą, bo co Panu wadzi filolog znający się na używaniu młotka? Intelektualista nie pozbawiony ludzkich cech?
Sprawą do nieakdemickiej dyskusji jest szkolny program nauczania, jednak w gronie fachowców. Program przeładowany zbędnościami. O czym też pisałem, jakkolwiek o edukacji nigdy dość.
HUMANOŻERCA
Dziękuję za komentarz; cieszę się z różnych zdań na PORUSZONY temat, bo to popycha dyskurs.
Cytuję Pana tekst:„ O ile szkoła ma wychowywać, o tyle nie może być wyrazicielką ściśle naukowych poglądów. Nie jest bowiem żadnym naukowym poglądem to, że należy uczyć więcej o Mickiewiczu niż o Puszkinie albo Sun Zi. Albo że w szczególności warto zajmować się akurat przeszłością Polaków, a nie kogoś innego.”
Też tak sądzę. Jednak nie sądzę, iżbym namawiał do szczególnego interesowania się Polakami i koncentrowania na „ściśle naukowych” poglądach.
Zahaczył Pan Mickiewicza po raz kolejny, tym razem kwestionując jego przekaz z „Ody do młodości”, kiedy mówi o łamaniu się ze słabością za młodu. Mickiewicz nie jest dla Pana autorytetem i to jestem w stanie zrozumieć. Był z niego spory obsesjonista religijny. Ale z tego powodu potępiać wszystko, co napisał, to taki sam zacietrzewiony fanatyzm.
Teoria z praktyką tańczą w innych tangach; Dickens był marnym pedagogiem. Tak jak Rousseau. Czy jednak pisząc o dzieciach mówili nieprawdę?
pozdrawiam
@Marek Jastrzab
Ależ ja bardzo cenię sobie ludzi wykształconych! Jeśli do tego są choć trochę empatyczni od razu zaczynam ich lubić.
Drażni mnie natomiast, spotykane dość często u ludzi „wykształconych” (także tu na forum) epatowanie „wyższością” nad tymi niewykształconymi. W życiu często ci niewykształceni wykazują dużo więcej zdrowego rozsądku i życzliwości dla drugiego człowieka od tych wykształconych. Poza tym, nikt nie ma wpływu na to jakie otrzymał od natury możliwości intelektualne tak jak nie ma wpływu na swoją orientację seksualną. Podział na „wykształconych” i „niewykształconych” nie jest wcale tożsamy z podziałem na „mądrych” i „głupich”.
Bywam czasem nadpobudliwy, to prawda 🙂
Jeżeli uraziłem – przepraszam, nie to było moją intencją.
„Nasza edukacja kuleje; szkoła, miast być wyrazicielką i orędowniczką ściśle naukowych poglądów, podszyta jest religią w obskuranckim wydaniu.”
+++++++
O ile szkoła ma wychowywać, o tyle nie może być wyrazicielką ściśle naukowych poglądów. Nie jest bowiem żadnym naukowym poglądem to, że należy uczyć więcej o Mickiewiczu niż o Puszkinie albo Sun Zi. Albo że w szczególności warto zajmować się akurat przeszłością Polaków, a nie kogoś innego. Poza tym pisanie o ściśle naukowych poglądach wskazuje na dość naiwne ujęcie nauki jako zastygłego katalogu ustalonych twierdzeń, faktów, teorii. Nie ma tu miejsca na zmianę, a tym bardziej na dyskusje z zakresu filozofii nauki. Bo cóż znaczy „ściśle naukowe” u metodologicznego anarchisty Paula Feyerabenda?
„Już Mickiewicz napomykał, byśmy za młodu uczyli się łamać ze słabością.”
+++++++
Może autor zechciałby pełniej przedstawić autorytet, na który się powołuje. Tak się składa, że wiem jak dewocyjne treści można znaleźć w szkolnej lekturze „Pan Tadeusz”, nie wspominając o Księgach Pielgrzymstwa Polskiego”. Mickiewicz doskonale wpisuje się w krytykowaną tu obecność religii w szkole. W konsekwencji tekst się robi śmieszny, totumfacki, pretensjonalny.
„Ze szkolnych podręczników do zreformowanej wiedzy wyciągną wniosek, że po jakie licho mają słuchać Beethovena? I na co komu Chopin i jego fortepianowe pitigrili, ta romantyczna ciemięga z przedawnionych czasów? Po cholerę im uczyć się czegokolwiek, wiedzieć, co to filozofia, ”
+++++
Niestety, ale podobne wnioski można wyciągnąć na podstawie uważnej lektury tekstu autora. Po co wiedzieć, co różniło, powiedzmy Koło Wiedeńskie i Poppera, skoro istnieją ściśle ustalona wiedza naukowa i kropka. Po co zajmować się durną muzyką dawną, w która w przytłaczającej mierze powstała po to, by obsługiwać potrzeby religijne. Jak zrozumieć powiedzmy Bachową Wielką mszę h-moll bez wnikania w „przestarzałe” tradycje katolicyzmu i protestantyzmu? Po jakiego grzyba po nią sięgać?
„Czytamy niewiele; jedni mniej, inni więcej niż wcale”
+++++
Tylko czy tutaj kocioł nie przygania garnkowi? Poemat Pan Tadeusz czytałem dawno, przyznaję bez bicia, ale pamiętam, że coś tam było o Częstochowie i madonnie.
„Przechodząc obok regałów, przenikam w inne światy. Mam wówczas do czynienia z różnorodnymi obszarami. Wkraczam w metafizyczne, ponadzmysłowe przestrzenie książek pożółkłych, niemal omszałych ze starości.”
+++++
Autor ma ciekawe doznania estetyczne, umie też sięgnąć po już lekko zużytą metaforykę poetycką, może nawet nawiązuje do platonizmu. Ale jednocześnie wyraża to, co nijak nie podpada pod ściśle ustaloną wiedzę naukową.
„Odkąd masa rządzi, teatr przesycony jest reżyserią o dewocyjnym umaszczeniu. ”
++++
Zdaje się, że wcześniej rządziła „antydewocyjna”, patrz np. przedstawienie „Klątwa”. Wolnomyślicielstwo kiedyś pretendowało do bycia ponad podziałami, wprowadzania pokoju między zwaśnionych „religiantów”, dziś upadło już do roli ideologii jeszcze jednego plemienia.
„Pewnik: pytania o sens i cel człowieczego bytu wyznaczają ludziom zasady postępowania.”
+++++
Pewnikiem dla wielu filozofów jest też to, że nauka nie odpowiada na pytanie o cel i sens ludzkiego istnienia. Jak powiedział B. Russel nauka bez człowieka byłaby tylko ciut niedoskonała. Człowiek z naukowego punktu widzenia to drobina w kosmosie i przypadek w toku ewolucji i prawie nic więcej.
„Nasza edukacja kuleje; szkoła, miast być wyrazicielką i orędowniczką ściśle naukowych poglądów, podszyta jest religią w obskuranckim wydaniu.”
+++++++
O ile szkoła ma wychowywać, o tyle nie może być wyrazicielką ściśle naukowych poglądów. Nie jest bowiem żadnym naukowym poglądem to, że należy uczyć więcej o Mickiewiczu niż o Puszkinie albo Sun Zi. Albo że w szczególności warto zajmować się akurat przeszłością Polaków, a nie kogoś innego. Poza tym pisanie o ściśle naukowych poglądach wskazuje na dość naiwne ujęcie nauki jako zastygłego katalogu ustalonych twierdzeń, faktów, teorii. Nie ma tu miejsca na zmianę, a tym bardziej na dyskusje z zakresu filozofii nauki. Bo cóż znaczy „ściśle naukowe” u metodologicznego anarchisty Paula Feyerabenda?
„Już Mickiewicz napomykał, byśmy za młodu uczyli się łamać ze słabością.”
+++++++
Może autor zechciałby pełniej przedstawić autorytet, na który się powołuje. Tak się składa, że wiem jak dewocyjne treści można znaleźć w szkolnej lekturze „Pan Tadeusz”, nie wspominając o Księgach Pielgrzymstwa Polskiego”. Mickiewicz doskonale wpisuje się w krytykowaną tu obecność religii w szkole. W konsekwencji tekst się robi śmieszny, totumfacki, pretensjonalny.
„Ze szkolnych podręczników do zreformowanej wiedzy wyciągną wniosek, że po jakie licho mają słuchać Beethovena? I na co komu Chopin i jego fortepianowe pitigrili, ta romantyczna ciemięga z przedawnionych czasów? Po cholerę im uczyć się czegokolwiek, wiedzieć, co to filozofia, ”
+++++
Niestety, ale podobne wnioski można wyciągnąć na podstawie uważnej lektury tekstu autora. Po co wiedzieć, co różniło, powiedzmy Koło Wiedeńskie i Poppera, skoro istnieją ściśle ustalona wiedza naukowa i kropka. Po co zajmować się durną muzyką dawną, w która w przytłaczającej mierze powstała po to, by obsługiwać potrzeby religijne. Jak zrozumieć powiedzmy Bachową Wielką mszę h-moll bez wnikania w „przestarzałe” tradycje katolicyzmu i protestantyzmu? Po jakiego grzyba po nią sięgać?
„Czytamy niewiele; jedni mniej, inni więcej niż wcale”
+++++
Tylko czy tutaj kocioł nie przygania garnkowi? Poemat Pan Tadeusz czytałem dawno, przyznaję bez bicia, ale pamiętam, że coś tam było o Częstochowie i madonnie.
„Przechodząc obok regałów, przenikam w inne światy. Mam wówczas do czynienia z różnorodnymi obszarami. Wkraczam w metafizyczne, ponadzmysłowe przestrzenie książek pożółkłych, niemal omszałych ze starości.”
+++++
Autor ma ciekawe doznania estetyczne, umie też sięgnąć po już lekko zużytą metaforykę poetycką, może nawet nawiązuje do platonizmu. Ale jednocześnie wyraża to, co nijak nie podpada pod ściśle ustaloną wiedzę naukową.
„Odkąd masa rządzi, teatr przesycony jest reżyserią o dewocyjnym umaszczeniu. ”
++++
Zdaje się, że wcześniej rządziła „antydewocyjna”, patrz np. przedstawienie „Klątwa”. Wolnomyślicielstwo kiedyś pretendowało do bycia ponad podziałami, wprowadzania pokoju między zwaśnionych „religiantów”, dziś upadło już do roli ideologii jeszcze jednego plemienia.
„Pewnik: pytania o sens i cel człowieczego bytu wyznaczają ludziom zasady postępowania.”
+++++
Pewnikiem dla wielu filozofów jest też to, że nauka nie odpowiada na pytanie o cel i sens ludzkiego istnienia. Jak powiedział B. Russel nauka bez człowieka byłaby tylko ciut niedoskonała. Człowiek z naukowego punktu widzenia to drobina w kosmosie i przypadek w toku ewolucji i prawie nic więcej.
I tak na koniec… Razi niezrozumienie dla niektórych zjawisk literackich, w czym Isaac Asimov albo Ursula Le Guin gorsza od T. Manna?
Rozumiem tęsknoty Autora. O edukacji, która powinna … – i tu jest pewien problem. Bo spotykam bardzo mocne stwierdzenia, ze oto powinno sie, od najmłodszych lat, uczyć wiecej: plastyki, łaciny, gry w szachy, muzyki (muzykologii), literatury, historii, religii, etyki, filozofii, informatyki, matematyki, języków obcych.
I innych rzeczy. Każda z dziedzin ma swoich orędowników, którzy przekonują – ze własnie ich przedmiot jest tym, który jest niesłusznie upośledzony przyznaniem zbyt małej ilości godzin lekcyjnych. ALE DOBA MA TYLKO 24 godziny! Nie da się w nieskończoność zwiększać zakresu wiedzy przeznaczonej do opanowania! Już teraz dzieci, młodzież i dorośli MUSZĄ ograniczać ilość zdobywanej wiedzy, dążąc do coraz węższych specjalizacji – typ omnibusa typu Leonarda Da Vinci jest już nierealny!
Niezbędna jest zmiana paradygmatu kształcenia – i tu zgadzam się z tezami @artu. Szczególnie, że w rankingach umiejętności pracy zespołowej Polacy lokują sie na końcowych miejscach przebadanych społeczności.