
2018-02-13.
Polityka tożsamości jest w Ameryce modnym terminem, tak modnym, że niektórym ludziom wydaje się zmieniać tożsamość. Jedni wpisują sobie ten termin na sztandary, a inni reagują na niego jak byk na czerwoną płachtę.
Dawno, dawno temu był sobie niemiecki socjolog, który wymyślił „klasową teorię poznania”, współczesna nam Judith Butler wydaje się optować za kobiecą teorią poznania (co mogłoby mieć swój urok, gdyby nie Judith Butler), inni wybierają kolorową teorią poznania, radykalnie różniącą się od fałszywej teorii poznania białego człowieka (na szczęście daleko nie wszyscy kolorowi dają się porwać tej rasowej teorii poznania, ale wystarczająco wielu uczonych ich do tego zachęca, żeby niektóre dyskusje o tożsamości i świecie przypominały kompletny dom wariatów).
Kiedy kilka dni temu zobaczyłem zwrot „identity journalism”, musiałem sprawdzić, czy jest takie określenie, czy też autor użył go na zasadzie analogii do szaleństwa polityki tożsamości.
Tak czy inaczej, w samym artykule sprawa wydawała się dość przejrzysta, że chodzi o dziennikarstwo, w którym od faktów ważniejszy jest grupowy konformizm, duma z przynależności do takiej, czy innej wspólnoty zmieniająca sposób postrzegania świata. Fake news przestaje być oszustwem, jest tylko konsekwencją tożsamościowego zeza. Spory zmieniają się w pyskówki, logika zostaje wyrzucona za drzwi, ludzie z towarzystwa (mojego towarzystwa) nie mogą się mylić, bo przecież „wszyscy” widzą to samo. (Okazało się, że coś przegapiłem i jest sporo artykułów, a nawet książek, analizujących dość powszechnie zauważane zjawisko takiego tożsamościowego dziennikarstwa.)
Grupkowa teoria poznania ma swoje niesłychanie silne wsparcie w Internecie, ale dziennikarstwo tożsamości wydaje się być czymś innym, wykorzystaniem renomowanych mediów jako głośnika dla grupowego hip-hopu.
Myliłby się człowiek myśląc, że mamy do czynienia z nowym zjawiskiem, logika zaczęła powstawać w czasach biblijnych (ale w innym niż Biblia miejscu), wyraźnie w odpowiedzi na potrzebę posiadania jakiegoś narzędzia pozwalającego na porozumiewanie się mimo odmiennych tożsamości. Pamięć i tożsamość bywają dla logiki mordercze, a duma zabójcza.
Czymże zatem jest owe „dziennikarstwo tożsamości”? Dziennikarstwo od chwili poczęcia było zdominowane przez rzeczników. Było zatem albo królewskie, albo stronnicze (czyli stronnictwo jakoweś reprezentujące). Nadal lubimy o mediach mówić, że albo rządowe, albo opozycyjne, lewicowe lub prawicowe, ale jak kogoś mocniej nie lubimy, to skrajnie takie lub skrajnie inne.
Samo dziennikarstwo tożsamości wydaje się charakteryzować szufladkowanie zamiast analizy. W lewicowym medium prawicowa nalepka uwalnia od trudu analizowania faktów, sprawdzania znaczeń słów, od precyzyjnego wyjaśniania własnego stanowiska, nie wspominając nawet o potrzebie dokładnej prezentacji poglądów przeciwnika, w prawicowych wszelką analizę zastępuje okrzyk „lewactwo”, ale zawsze możne jeszcze dołożyć elitą. Dziennikarstwo tożsamości wydaje się być przekrzykiwaniem się przez barykadę.
Sprawdzając, co się o tym dziennikarstwie tożsamości pisze, natrafiłem przypadkiem na artykuł Krzysztofa Dzięciołowskiego Poland’s New „Journalism of Identity” z grudnia ubiegłego roku. Autor zaczyna od oczywistego dla wszystkich faktu, że polskie media stają się coraz bardziej podzielone, spolaryzowane i środowiskowe. Obiektywizm zastępowany jest przez „dziennikarstwo tożsamości”, czyli ideologicznie zabarwione narracje zmierzające do tworzenia i cementowania społeczności ludzi podobnie myślących.
Autor pisze, że krajobraz polskiej sceny medialnej zaczął się radykalnie zmieniać po katastrofie smoleńskiej w 2010 roku, a te zmiany gwałtownie przyspieszyły od wygranych przez PiS wyborów w 2015 roku. Ponieważ tekst pisany był dla zagranicznego odbiorcy, zawiera dość oczywiste dla mieszkańców Polski wnioski, przypomina działania rządzącej partii zmierzające do przejęcia pełnej kontroli nad publicznymi mediami, działania które są elementem szerszych zmian również w innych dziedzinach, a w szczególności w sądownictwie, w oświacie, w radach (nadzorczych) i w resortach siłowych.
Obiektywność, aczkolwiek pożądana – pisze Krzysztof Dzięciołowski – nie wydaje się już być najważniejszym celem dziennikarstwa, misyjność i polityczne zaangażowanie coraz bardziej dominują krajobraz polskich mediów.
Łatwo powiedzieć, że dla dziennikarza tożsamość powinna być częściej przeciwnikiem niż przewodnikiem. Żyjemy w czasach ciągłego przyspieszania obrotów błędnego koła grupowych antagonizmów. Stwierdzenie, że inicjatywa tego napędzania wrogości jest w obozie rządowym, może się wydawać oczywiste i wręcz banalne. Nie zmienia to jednak faktu, że dla dziennikarza patrzenie przez obozowe okulary jest śmiertelnym niebezpieczeństwem. Motto Radia Wolna Europa (które słyszałem niemal codziennie w dzieciństwie): „Nadajemy wiadomości dobre czy złe, ale zawsze prawdziwe” nie straciło aktualności. Oczywiście przy bardzo silnym zaangażowaniu wszystkie strony są głęboko przekonane o tym, że walczą o prawdę, ale zbyt często są to prawdy środowiskowe.
Jesteśmy produktami miliardów przypadkowych zdarzeń, tych które wydarzyły się przed naszym narodzeniem i tych, które zdarzyły się w ciągu naszego życia i powodowały nasze reakcje. Czy Albert Camus miał rację pisząc, że człowiek czterdziestoletni jest odpowiedzialny za swoją twarz? Zapewne tylko po części. Duma przynależności do plemienia nazbyt często każe akceptować plemienną tradycję z dobrodziejstwem inwentarza. Duma z bycia Polakiem, duma z bycia lewicowcem, duma z bycia katolikiem czy ateistą jest nieodmiennie dumą niosącą ryzyko ukrywania, zamazywania lub tylko umniejszania łajdactwa członków wspólnoty, które jest częścią historii każdej grupy społecznej.
Piękny felieton Joanny Szczepkowskiej nosi tytuł Poczucie wspólnoty. Joanna Szczepkowska pisze o zawiłościach tożsamości etnicznej, a może raczej etniczno-religijnej:
„Myślę, że by być Żydem, Polakiem czy Urugwajczykiem, trzeba odczuwać wspólnotę. Po linii ojca jestem rdzenną Polką i mogę powiedzieć, że czuję właśnie taką przynależność. I czuję się też za nią współodpowiedzialna. Ale czy na pewno? Może to tylko atawizm? Może jestem Żydówką, choć nie czuję wspólnoty? Czy od tych zawiłości można uciec?”
Joanna Szczepkowska pisze, że ma korzenie żydowskie, ukraińskie i polskie, ale jej tożsamość jest czysto polska. Tożsamość nie jest genetyczna, jest nieodmiennie kulturowa i nazbyt często bezkrytyczna. Poczucie odpowiedzialności za całość wspólnoty, poczucie wstydu za niecne czyny jej niektórych członków, jest nie tylko potrzebne dla zdrowia psychicznego, jest warunkiem powstrzymywania wspólnoty przed obsuwaniem się w przepaść. Joanna Szczepkowska wstydzi się za okropne słowa swojego dziadka, ale również „za tych wszystkich Polaków, którzy nie odczuwają wstydu za haniebne czyny wśród naszej wspólnoty”.
To wyznanie wykracza daleko poza problemy tożsamościowego dziennikarstwa, mówi o fundamentalnym problemie borykania się z naszymi tożsamościami (etnicznymi, zawodowymi, politycznymi, religijnymi). W każdej czyha groza nieuzasadnionej dumy, skłonności do urazy, do gniewnego reagowania na przypominanie faktów, które zaburzają idealny obraz.
Widzimy w mediach zdjęcia gnanych nienawiścią tłumów, żądających śmierci dla tych, którzy obrażają islam, widzimy tłumy (na szczęście mniej mordercze) obrażonych sztuką, która obraża katolickie uczucia, widzimy maszerujących z transparentem „Śmierć wrogom Ojczyzny”, możemy również przeczytać wystąpienie profesora socjologii, Andrzeja Zybertowicza, który powiedział:
„…Żydzi sami muszą się rozliczyć ze swoimi kolaborantami, a to co robią z Palestyńczykami to próba odreagowania bierności, jaką wykazywali się podczas Holokaustu”.
Oczywiście ten uczony niczego nie wymyślił, on tylko powtórzył to, co dziesiątki tysięcy innych podobnych patriotów mówiło przed nim (ostatnio ze zwielokrotnioną częstotliwością).
Ciekawym przykładem tej głębokiej potrzeby usprawiedliwienia ludobójczych morderców wśród swoich rodaków przez poszukiwanie win naszych ofiar zaprezentował litewski akademicki odpowiednik Zylbertowicza, Vigilijus Sadauskas, parlamentarny rzecznik do spraw etyki na uniwersytetach. Ten litewski uczony poszedł nieco dalej niż Zylbertowicz i zaproponował nagrodę w wysokości tysiąca euro dla studenta, doktoranta lub pracownika naukowego, który podejmie się zbierania informacji, dokumentacji i materiałów i napisze pracę „o osobach narodowości żydowskiej, które zabijały ludzi, przyczyniły się do deportacji lub tortur”.
Domyślam się, że profesor Zylbertowicz zupełnie nie rozumie, dlaczego jego litewskiego kolegę spotkała burzliwa krytyka i wezwania, by zrezygnował ze swojej funkcji (sam Sadauskas odpowiedział, że został wybrany na funkcję rzecznika przez parlament i zamierza pozostać do końca kadencji).
Ten typ postaw cechuje nie tylko brak wstydu, ale wręcz rozpierająca piersi duma, która niektórych ludzi, takich jak właśnie Joanna Szczepkowska, napawa głębokim wstydem.
Uznawany za ojca logiki Arystoteles używał również pojęcia człowiek słusznie dumny. Słusznie dumny tylko z własnych dokonań, bo dokonania innych mogą być zaledwie wzorem. Marsze niesłusznie dumnych organizowane są nie tylko przez wraże siły. Niesłuszna duma może siedzieć w nas i to bardzo głęboko. Trudno nam się powstrzymać od dumy, że nasze dziewczyny wygrały złoto, gorzej, bo wielu trudno się powstrzymać od dumy z powodu bohaterstwa, które w rzeczywistości było bandytyzmem. Polityka tożsamości dyktuje potrzebę patrzenia na świat przez pryzmat grupowego konformizmu i prowadzi do marszów niesłusznie dumnych.
Marzenie, by dziennikarz był częściej samotnikiem i miał nad biurkiem karteczkę z napisem „Tylko fakty, głupcze” jest raczej utopią, ale zdanie o wstydzie z felietonu Joanny Szczepkowskiej może być zapamiętane tak, jak jej słynna kwestia o końcu komunizmu.

Zgadzam się w najzupełniejszej zupełności. Ale ze smętną refleksją – pytaniem: czemu ludzie na mnie tak dziwnie patrzą, gdy mówię, że nie jestem w najmniejszym stopniu dumny ani z tego, że Polak został papieżem, ani z tego, że rodak zdobył jakiś medal, ani nawet gdy dostał Nobla; i podobnie, nie odczuwam wstydu z tego powodu, że jakiś rodzimy gangster kogoś tam w Afryce czy tu na miejscu zamordował. To oni zrobili – indywidualnie. Im się należą gratulacje lub przekleństwa, nie mnie. To, że urodziliśmy się blisko siebie i językowo należymy do tego samego kręgu kulturowego – to najczystszy przypadek, z którego zupełnie nic nie wynika. Czy to tak trudno zrozumieć? I czy tak trudno zrozumieć, że to dotyczy absolutnie każdej przynależności grupowej? Że liczy się i ocenom podlega tylko jednostka?
Oczywiście, mam prawo do tej czy innej jednostki mieć sympatię. Na przykład miło mi, gdy pewna pani Justyna osiąga sukcesy w narciarstwie. Bo ją lubię. A jest mi zupełnie obojętne czy z kolei pani Agnieszka wygra kolejny mecz w tenisa, czy przegra. Ale – tu ważna chyba uwaga: niczego od nich nie wymagam. Nie uzurpuję sobie takiego prawa. Nawet jeden włos obu pań nie jest moją własnością.
Paradoksalnie nowela ustawy IPN na dłuższą metę skłoni lub przynajmniej powinna skłonić „niesłusznie dumnych” do refleksji nad tym dlaczego ich postawa jest obraźliwa dla ofiar holocaustu. Dlaczego wiara w cuda do jakich należy nieskazitelność własnej grupy etnicznej, narodu, jest szkodliwą naiwnością i historycznym kłamstwem. Pani Joanna Szczepkwska dała świadectw prawdzie tak jak ją sama postrzega. Pan Zybertowicz i jego patron JK dają swiadectwo kłamstwu tak jak rozumieją jego przydatność do zachwania władzy. Wielu przedstawicieli władzy, w tym niestety premier, wykazuje skrajną formę myślenia życzeniowego o historii. Niestety historia nie podlega projektowaniu. Tzw. „inna narracja” jest kłamstwem, a kłamstwo to wstęp do nieszczęść, w tym do upadku kłamców.
@BM Na ten temat przekomarzamy się pewnie z 10 lat, ale ja jeszcze raz wyłuszczę mój pogląd. Ludziom do szczęścia potrzebne najrozmaitsze rzeczy, np., zdrowe jedzenie, wspaniała muzyka, zrozumienie praw Natury, nowe lekarstwa, czyste powietrze, itp., itd. Osiągnięcie tych celów wymaga współpracy wielu ludzi, na przykład, jeżeli chcemy mieć nietrujące jedzenie, to musimy mieć współpracę farmerów, naukowców, lekarzy, nauczycieli, dziennikarzy, itd. To jest stwierdzenie trywialne i raczej mało kontrowersyjne. Natomiast ja obstaję przy tezie, że osiągnięcie różnych celów jest znacznie szybsze w warunkach konkurencji. Przykładowo, jeżeli w szkole klasa VIa rywalizuje z klasą VIb w konkursie na znajomość geografii, to obie klasy znacznie szybciej się tej geografii nauczą, niż gdyby konkurencji nie było. Podobnie, jeżeli mamy firmę Toyotę i rywalizującą z nią firmę Volkswagen, to znacznie szybciej wprowadzają udogodnienia dla kierowców, niż gdyby konkurencji nie było. Kiedy mamy konkurencję, to mamy i więź grupową. Więzi te mogą być wielopłaszczyznowe. Na przykład, w moim przypadku czuję więź ze wszystkimi naukowcami świata, a nie czuję jej z prawnikami. Czuję jednak znacznie większą więź z naukowcami europejskimi, niż chińskimi, bo sukcesy europejskich naukowców mogą się przełożyć szybciej na mój dobrostan (więcej UE przeznaczy na B+R) niż sukces Chińczyków. Problem w tym, że różne grupy ludzkie zamiast szlachetnie rywalizować, są zjednoczone w celu obrabowania innych. I to jest chyba temat najważniejszy: jak zorganizować świat, aby jedni ludzie nie okradali drugich. Dam przykład: kraje bogate dopłacają swoim rolnikom, przez co uniemożliwiają sprzedaż swoich produktów przez biednych mieszkańców Afryki. Czy to nie jest kradzież?
Gdyby nie fakt, że mam alergię na dyskusje odbiegające od zaproponowanego tematu, to bym się wdał, ale nie mogę łamać swoich zasad. O kwestii polityki rolnej napisałem kiedyś książkę (nawet na dwóch uczelniach polecano ją studentom na kursach historii gospodarczej. Jest nadal aktualna, chociaż przykłady są sprzed 25 lat).
Hazelhardzie – jesteś cudownym pięknoduchem. I na dokładkę sądzisz po sobie……… Ludziom do szczęścia potrzebne najrozmaitsze rzeczy, np., zdrowe jedzenie, wspaniała muzyka, zrozumienie praw Natury, nowe lekarstwa, czyste powietrze, itp., itd.
……człowiekom potrzebne jest disco-polo, grill, flacha wódy i jakaś dupa…. – całość.
Najgorsze jest to, że jak człowiekom zapewnisz – zdrowe jedzenie, świetną opiekę medyczną i inne takie – to się będą rozmnażać. Wiesz co rozmnożą??… – to było pytanie retoryczne. Ale odpowiem – siebie. I będziesz miał kolejne ruchy antyszczepionkowe…….walkę z GMO………kolejnych kretynów od płaskiej ziemi. I raptem okaże się, że dla Ciebie nie ma miejsca. Bo jesteś jakoś …de mode……
Chińczycy to zupełnie inna kategoria. Prawdę mówiąc – to czasami zastanawiam się czy to nie są kosmici. Ale oni mają inną perspektywę czasową.
Pozdrawiam
@ Sir J., Jeżeli uważasz mnie za intelektualistę, to bardzo mi jest miło, ale ja się wychowałem na boisku (mecz Real-PSG był najważniejszym punktem w mojej agendzie w zeszłym tygodniu), jestem nałogowym alkoholikiem (posiłek bez wina nazywa się śniadaniem!), o innych sprawach przez delikatność nie będę wspominał. Ktoś kiedyś powiedział, że gdyby ludzie mogli mówić to, co naprawdę myślą, wszyscy mówiliby to samo. Zgadzam się z tym twierdzeniem. Każdy chce być zdrowy, piękny, bogaty i szczęśliwy. Problem w tym, że ludzie boją się mówić to, co myślą.
@AK, IMHO, wydaje mi się, że nikt z Dyskutantów (including myself) nie odbiegł znacząco od tematu :-).
Ale ja mam pytanie takie: Jaki zysk miał KK z propagowania antysemityzmu? Czy może nie było odwrotnie- to KK „podlizywał” się ludziom mający antysemityzm w głowach z innych przyczyn? Jeżeli tak, to jakie to były przyczyny?
@pytanie (pretensja) o to dlaczego kraje bogate wspierają swoich rolników jest w zasadzie pytaniem dlaczego kraje bogate są bogate, a kraje biedne są biedne. Jest to odrębny temat wymagający długiego wywodu o tym, dlaczego życie elit na kradzionym chlebie bogactwa nie przysparza, dlaczego wolnych handel ze złodziejami okradającymi własnych rolników nie jest wolnym handlem i dlaczego elity narodów, które długo żyły na kradzionym chlebie nie są w stanie zrozumieć tego, o czym doskonale wiedzą, że pieniądze za żywność z biednych krajów trafiają niemal wyłącznie do bogatych ludzi w biednych krajach, psując równocześnie rynek, który jest prawdziwym rynkiem.
Pytanie o zysk Kościoła katolickiego z propagowania antysemityzmu należałoby skierować do prof. Obirka, bo odpowiedź wówczas byłaby ciekawsza. Mnie się wydaje, że w tym przypadku silniejsze niż myślenie o zysku jest przyzwyczajenie. Z wielu źródeł docierają inf0rmacje o tym, że antyjudaizm polskiego kleru trzyma się dobrze i stara tradycja jest pielęgnowana (biskup Hoser uważał za normalne pytanie do ks. Lemańskiego, czy jest obrzezany). Nie można jednak wykluczyć, że kler jest przekonany, iż antysemityzm łączy z ludem i zwiększa popularność Kościoła. (Jeśli takie są ich rachuby, to obawiam się, że mogą mieć rację.)
W uzupełnieniu do odp. na pytanie „jaki zysk miał Kk z propagowania antysemityzmu?” . W dzisiejszej (niedziela 18/2) Wyborczej jest interesujący tekst Bohgdana Oppenheima o problemie zakorzenionej niechęci wśród kleru http://wyborcza.pl/7,75968,23034395,zabraklo-glosu-ksiedza-musiala-list-otwarty.html (Wspomina w nim również SO)