2018-02-134.
Ostatnimi czasy rzucił mi się w oczy news Rady Języka Polskiego. Rada owa dokonała oceny podstaw programowych języka polskiego dla szkół podstawowych upichconych przez Ministerstwo Edukacji NarodowejReforma oświaty: Rada Języka Polskiego nie zostawia suchej nitki na podstawie programowej – Edukacja
Projekt podstawy programowej języka polskiego dla szkół podstawowych jest niespójny, nielogiczny, z licznymi błędami, także językowymi i terminologicznymi – uważa Rada Języka Polskiego. * Rada jest gotowa do wnikliwej dyskusji, bo według niej obecna wersja programu nie może być nazywana podstawą programową i powinna zostać gruntownie zmieniona.
Tak się zdenerwowałem tym newsem, że, zamiast pigułki na uspokojenie, udzieliłem sobie okolicznościowego urlopu od szurniętych frasunków.
MEN uznał, że krytyka programu jest bez sensu. Czyli, przekładając to twierdzenie na ludzką mowę, opinia jest trafna. Jej zarzuty główne: programy szkolne układa się latami, podczas gdy ten został sklecony na kolanie, wprowadzony do szkół znienacka, odgórnie i narzucony środowisku nauczycielskiemu bez jakichkolwiek konsultacji.
Zdążyliśmy przyzwyczaić się do lekceważenia czy niedostrzegania głosów innych, niż uzgodnione przez władzę. Orientujemy się, że kiedy władza mówi o prawie, ma na myśli bezprawie. Wiemy, że według niej demokracja polega na łamaniu konstytucji, a sprawiedliwość oznacza jej brak. Kiedy słyszymy, że prawda jest coraz bliżej, to możemy być przeświadczeni, że oddala się od nas z szybkością wprost proporcjonalną do składanych zapewnień.
Niestety: nikt z MEN-u nie przejął się głosami ludzi, którzy znają się na rzeczy. Których warto słuchać, gdyż ciąży na nich śmiertelny grzech: są fachowcami. Profesjonalistami z prawdziwego zdarzenia. Tego zaś aktualni eksperci od dyletanctwa nie są w stanie wybaczyć.
*
Czas pędzi z szybkością zależną od biologicznej cebuli; jak byłem w smarkatym wieku, to myślałem, że mam kupę czasu. A jak docieram do lat podeszłych niemocą, to okazuje się, że zamiast czasu, mam tylko kupę. Toteż w oczekiwaniu na koszmarnie fajny dzień swoich setnych urodzin postanowiłem zdrzemnąć się nieco i w trakcie snu miałem wizję:bez uprzedzenia zwołano posiedzenie złożone z kuratorów reprezentujących wszystkie przedsiębiorstwa pedagogiczne, jak uniwersytety, szkoły średnie, półśrednie i wczesnoporonne, składające się ze znakomitości oblatanych w zarządzaniu ludzkimi zasobami.
Po forsownych debatach uchwalono, że z gospodarczego punktu widzenia nieletni obywatel powinien zrezygnować ze żłobka i natychmiast trafić do hodowlanej szkółki z wybiórczą edukacją. Tam spotka się z prawdziwym życiem i zostanie oświecony, na czym polega pragmatyczne podejście do etosu.
Postanowiono, że rozpocznie naukę zaraz po zarośnięciu ciemiączka. Stwierdzono, że dzieciństwo jest stratą czasu, a zapisy do szkół prowadzić się będzie bezpośrednio po wylęgu, jeszcze na sali porodowej, tuż przed odcięciem pępowiny, bo przeciętny zjadacz chleba został stworzony po to, by zapierdalać, a nie po to, by cieszyć się odczuwaniem radości.
Uzgodniono, że od chwili notarialnego potwierdzenia ciąży, bachor przejdzie na własność państwa, a jego rodzice pełnić będą zaszczytną funkcję MAGAZYNIERÓW SUBSTYTUTU.
Jak zaznaczono, nie z każdego malucha musi być od razu cyrulik, literat lub insza ciemna masa. Dowiedziono bowiem, że inteligent jest niesłychanie trudny do pedagogicznego szlifowania: ma niekowalny charakter, nie poddaje się naginaniu i ciężej go przekabacić na tępą gnidę; czytanie, bazgranie, chyba to i potrzebne umiejętności, wszelako bez przesady: liczbę piśmiennych należy ująć w kluby, gdyż, jak uargumentowano, łatwej sterować umysłową dziewicą niż główkującym bez rozporządzenia, bowiem naukowcy z Bractwa Trzymających Się Stołka orzekli, że facet przesiąknięty wiedzą poczyna wierzgać na niewłaściwe strony i wydzielać z siebie jakieś buntownicze opary.
*
Narosły nowe pokolenia i mało kto pamięta minione czasy: nowych nie interesuje przeszłość. A nie interesuje, ponieważ nikt tego od nich nie wymaga. Nie trzeba się więc oburzać na młodzież, bo to tak samo rozumne, jak gniewanie na garnek, że smoli.Winą obarczyć należy przedstawicieli ministerstw układających szkolne programy. Decydujących o tym, jak ma wyglądać nauka. Odpowiedzialnych za wybiorcze udostępnianie jej dorobku.
Mędrcy owi są o parę sekund starsi od dzisiejszych abiturientów: też mają wstręt do nauki historii, też nie lubią wytężonej pracy nad sobą i również nie odczuwają potrzeby czytania. Czego więc mogą nauczyć?
Pomiędzy uczniem a nauczycielem muszą być zachowane normy przestrzegania pełnionych ról. Gimnazjalista, to nie jest kumpel pedagoga i nie uchodzi mówić do niego per koleś. Podobnie pedagog; nie może traktować ucznia jak rówieśnika, tylko jak młodszego partnera, któremu trzeba pokazać którędy do wiedzy.
Można przerzucać się odpowiedzialnością, grać w dyskusyjnego tenisa lub dwa ognie, uprawiać sofistyczne gadki na temat tego, kto ponosi winę! Ten ping-pong trwa sobie od czasu, gdy ktoś wymyślił Kodeks Praw Ucznia (to kodeks praw bez kodeksu wymagań: uczeń jest królem, a nauczyciel jego lokajem).
O czym to świadczy? Ano o tym, że uczeń to niekwestionowany Pan Szkoły, Jaśnie Oświecony Dyktator mający w niej do powiedzenia więcej niż nauczyciel z autorytetem na gumkę od majtek.
*
Sytuacja wymaga radykalnych rozwiązań, a rozwiązania takie, to edukacja, edukacja i jeszcze raz praca nad sobą! Tu wyjaśnienie dla zawodowych bumelantów: mówiąc PRACA, nie myślę o balandze.Myślę o powtórnym ułożeniu edukacyjnego programu. O szerokich konsultacjach. Tym razem z udziałem nauczycieli z wieloletnim stażem. Praktyków mających rozeznanie w szkolnych realiach. O zajęciu się problemem sprzeczności obecnego nauczania w stosunku do wymogów postępu. O jego odchudzeniu. Zredukowaniu do nauki zgodnej z oczekiwaniami.
Większość dzisiejszych nauczycieli nie zajmuje się uczniami, bo uczeń, to tylko dodatek do pensji. Rodzice nie zaprzątają sobie głowy problemami syna, czy córki. Szkoła zwala winę na dom, dom na szkołę, a dzieciak lata z pałą po ulicy i szuka frajera do glanowania.
Rodzice przebywają z dala od opiekuńczych elementarzy, nauczyciele odpuszczają sobie działania stricte wychowawcze i robią to z lęku przed wiaderkiem na glacy; tak jednym, jak drugim przydałoby się prawo jazdy do bycia ojcem, matką, dydaktykiem kształtującym od podstaw dziecięcy charakter.
Przyczyn obecnego stanu należy poszukiwać w nas. To znaczy – w szkole i rodzicach. To my jesteśmy odpowiedzialni za młodzież. Za jej etyczny obraz. To my nie kształcimy w niej zasad tolerancji wobec bliźniego i miłości do ludzi. Nie dbamy o uczenie jej współżycia z resztą społeczeństwa. Wrażliwości, zrozumienia i szacunku dla innych. Optymizmu i zaufania. Otwartości i alergii na piękno.
To my wciskamy nowym pokoleniom nasz sceptycyzm i nasze fobie. W oczach dużej części uczniów nauczyciel, ojciec, matka, są to teraz chwiejne kpy zajęte jojczeniem na sprokurowany przez siebie świat. Utyskiwaniem na świat pełen nienawiści, podejrzliwości, agresji. Na świat traktowany jako wrogie środowisko, od którego TRZEBA się izolować.
*
Szkoła nie musi być przykrym obowiązkiem. Straconym czasem jałowej rywalizacji. Ma przygotowywać do świadomie obywatelskiego, społecznego życia we współczesnej cywilizacji. To znaczy pokazywać, że w naszym świecie istnieje wiele kultur. Równorzędnie wartościowych, specyficznych dla danego kraju.Kultury te są dla całego globu naczyniami połączonymi. Jego krwiobiegiem. Nie można ich dzielić na wyższe i niższe, lepsze lub gorsze, prymitywne i rozwinięte. Dokonywać ich klasyfikacji. Pogardzać tymi, które są inne od naszej. Trzeba traktować ich odmienność z szacunkiem, bo każda z nich ma swój rytm i przebiega zgodnie z własnym scenariuszem obyczajowych zdarzeń.
A skoro są równoprawne i niepowtarzalne, skoro rządzą się indywidualnymi zasadami, człowiek o innej kulturze nie powinien narzucać im swoich wzorów. I na tym powinna skupiać się edukacja. Na pozbawieniu człowieka jaskiniowych poglądów.
To, jak postępujemy i kim jesteśmy, zależy od środowiska, w którym przebywamy. Jeżeli od urodzenia byliśmy uczeni poznawania świata złudzeń powstających z lęku, jeśli wegetowaliśmy pośród z grubsza ciosanych przedmiotów i żyliśmy nie mając dostępu do prawdziwego piękna, to skąd mieliśmy wiedzieć, że obok intryg i egoizmu, istnieje subtelność i wrażliwość? Jak mamy być delikatni i kulturalni, jeśli nie wiemy, że pomiędzy tak uświęconymi wartościami jak fura, piwko i laski, istnieje Mozart i bywają niezrozumiałe tęsknoty?
Ale wystarczy urodzić się nie w otoczeniu awantur o pietruszkę, móc chodzić do muzeum, widzieć na jego ścianach nie ramy i gwoździe, a obrazy – i przestawać z ludźmi, mającymi coś istotnego do przekazania, by dostrzec, jak wiele jest do nauki.
Wychowanie, kształtowanie charakterów, to gra sprzecznych interesów. Nie w to, kto kogo pokona, lecz w to, czy uczeń przewyższy mistrza.
Nie jesteśmy dla naszych dzieci – przewodnikami po życiu; prawdziwe partnerstwo nie sprowadza się do zgody na nieopierzoną wizję świata: prowadzi do tłumaczenia, wyjaśniania, pokazywania na przykładach złożoności życia. A także – na uczeniu szacunku, akceptacji i tolerancji dla światopoglądowych odmienności.
*
Co pewien czas wracają do nas skompromitowane rozwiązania. Czepiając się ich z nadzieją, że dadzą się naprawić, popełniamy błąd: bezszelestnie podążamy ku zapaści. Ku chwilowo modnym stuporom.Lecz uspokajam się myślą, że wkrótce przyjdzie sezon na rozsądek. Minie nam ta ciemnogrodzka fascynacja, a sprężyna cywilizacyjna przestanie odkształcać rzeczywistość i wahadło z rewelacjami gibnie się w przeciwną stronę. Powróci na poprzednie miejsce i znowu odżyjemy. Zrobimy krok w przód i w końcu przestaniemy pchać wózek ze zleżałymi tarapatami.
Pokrzepia mnie nadzieja, że po okresie panowania absurdu, nastąpi przesyt skarlałą dotychczasowością i narodzi się z martwych – zwyczajność. Podejmiemy kolejną próbę znalezienia lepszych sposobów na istnienie. Bo przemijanie złego czasu, ten powtarzalny proces fermentacji lat, ten chaos pomieszanych zdarzeń – zakończy się razem z nadejściem słońca.
Marek Jastrząb
źródła obrazu
- jastrzab: BM


Ta „alergia na piękno” to chyba test na uwagę czytających ? Isaac Asimov kiedyś włożył między kartki swojej pracy doktorskiej w bibliotece uniwersyteckiej 20 dolarów. Banknot siedział tam latami.
Autorowi niski pokłon za ten tekst.
Wątków co niemiara i każdy wart rozwinięcia.
Każda rola którą przychodzi nam grać w życiu wymaga wiedzy, jak tę rolę wykonać najlepiej.
Nasze dzieci przygotowujemy do pełnienia wielu ról w dalszym życiu.
Najistotniejsza jest edukacja traktowana jako całość a na etapie początkowym najważniejsi są ludzie, którzy mają pełnić rolę nauczycieli. Mają być do tego przygotowywani w dzieciństwie, obserwując swoich przewodników po wiedzy i życiu.
Dzieci powinny chcieć ich naśladować, bo są dla nich autorytetami na określonym etapie życia.
Nauczyciele są tylko ludźmi, mają swoje problemy ale….
>>Pomiędzy uczniem a nauczycielem muszą być zachowane normy przestrzegania pełnionych ról. Gimnazjalista, to nie jest kumpel pedagoga i nie uchodzi mówić do niego per koleś. Podobnie pedagog; nie może traktować ucznia jak rówieśnika, tylko jak młodszego partnera, któremu trzeba pokazać którędy do wiedzy.<<
I tu jest pies pogrzebany… dzisiaj nauczyciel wypełnia formularze statystyczne, chodzi na szkolenia obowiązkowe, ma podnosić swoje kwalifikacje na wykładach prowadzonych przez jego uczniów… ma zrobić prezentację swoich osiągnięć na ekranie komputera i ma za pomocą slajdów i grafiki zaprezentować się jako perfekcjonista. A w rzeczywistości może być lekceważony przez otoczenie bo nauczycielem – człowiekiem nigdy nie był i co najgorsze nie będzie.
Dzieci to widzą i potrafią ocenić!
Ja jeszcze działam punktowo, na jednostki, z nadzieją, że pozostawię jakiś ślad w ich głowie.
Pozdrawiam serdecznie.
Magog