2018-02-16.
Według mojej teorii JATYJA – nawet w najbardziej kochających się małżeństwach (nie mówiąc o kiepskich), trwa walka o własne JA.
Od kilku dni Grażyna i ja (54 lata po ślubie) toczymy taką batalię na dwudziestym pierwszym piętrze z widokiem na Ocean Atlantycki, przylegające do niego kanały i miasto Miami, w mieszkaniu, do którego IKEA dostarczyła kilkadziesiąt tekturowych pudeł z elementami naszych mebli, a w nich płyty drewniane, metalowe okucia do nich, śrubki i śrubeczki, każda z nich inna, nawet narzędzia przysłali do skręcania, wszystko, co przyszło płaskie, ma się wypełnić powietrzem.
Grażyna — architekt, od ponad pół wieku czyta rysunki techniczne, zafascynowanemu umiejętnościami żony mężowi, który jest filmowcem, wydaje się, że budownictwo (w tym przypadku ze skomplikowanych klocków), jest podobne do montażu filmowego: z chaosu obrazów i dźwięków powoli wyłania się fizyczny kształt utworu,
W takim stanie ducha maż przystępuje do współpracy z żoną, która dziesięć lat temu zrobiłaby to sama i dwa razy szybciej, ale dziś potrzebny jest jej dodatkowy kręgosłup, bo montaż wymaga ciągłego schylania się.
Często akcja dzieje się na podłodze, gdzie krzyżują się nam ręce, to znów mój łokieć ociera się o jej plecy, albo ona swoim kolanem szoruje po moim brzuchu, potem przenosimy się na stół, a wtedy ja usłużnie podstawiam jej pod tyłek krzesło. Innym znów razem wszystko odbywa się na stojąco.
Grażyna oczy ma wpatrzone w rysunki i wolnymi ruchami dobiera ustawione przez męża elementy do montażu, temperament filmowca pcha małżonka do przodu: wydaje mu się, że zrozumiał budowana przez nich przestrzeń i zakłóca spokój żony, która kojarzy mu się ze skoczkiem narciarskim w powietrzu, z podręcznikiem do skakania w ręku.
— Ne mądrzyj się – mówi Grażyna — rób, co masz robić, wkręcaj śruby w dziurki, które ci zaznaczyłam i przestań z tym MISIE, “mi się wydaje” nie istnieje, wszystko jest narysowane.
— Dobrze, będę krętaczem, ale wydaje mi się, ze stać mnie na coś więcej.
— Znów te misie, dobrze, wbijaj bezpłciowe. (Tak nazwaliśmy śruby plastykowe z nieostrym gwintem, których się nie wkręca, a monotonnie wbija młotkiem, żeby się w drzewie zakleszczyły).
— A mógłbym również zająć się drewnianymi czopkami?
— Nie, bo nie udrożnisz różnych grubości, a jak wbijesz za głęboko, to się nie wyjmą (nieprawda: można je łatwo wsadzać i wyjmować), trzymaj mi palcem tę nogę, ale prosto, niech się nie kiwa, ja zacznę wkręcać, a ty dokończysz, co ty robisz?, znów otwierasz nową paczkę?, Wszystko mi się pomyli.
— Utrzymuję front robót – tłumaczy się mąż – trzymanie nogi zajmie mi chwilkę, a co potem?
— Segreguj śrubki, tylko nie pomyl się jak wczoraj, każdy rozmiar ma być w innej przegródce.
Pojednanie następuje przy montażu szuflad do nocnego stolika. Wciąż śledząc rysunek, Grażyna składa jedną szufladę, a przy drugim stoliku mąż-filmowiec, z własnej pamięci wizualnej, montuje drugą.
— No i jak ci się podoba? – pyta maż.
— Plecy przybiłeś na odwrotną stronę.
— Mogę to łatwo zmienić,
— Zostaw, może tak być – mówi żona i po raz pierwszy od czasu montażu uśmiecha się do męża.
Po tej wymianie uśmiechów granie w JATYJA zaczyna ich nużyć. Równouprawnieni, podziwiają talenty projektantów ich mebli. Wzrasta tempo montażu.
Marian Marzyński
Life on Marz (2007) & RISD Student Films (1972-1976)
„My name is Marian Marzynski,” I introduced myself in broken English to my film class. „It’s too long,” they said. „Can we call you Marz?” In 1972, my students at the Rhode Island School of Design were the siblings of those WHO rebelled in the 60s. This new generation’s

Panie Marianie – trzymam stronę Grażyny, pozdrawiam Was równo, bez wyróżnienia kogokolwiek