2018-03-09.
Na pustym peronie trzęsący się z zimna my: Grażyna i ja, który mówi:
– Jest niedziela, wierzący idą do kościoła, niewierzący śpią. W tej sytuacji przyjście na dworzec na godzinę przed odjazdem pociągu jest fatalne, szczególnie w tej temperaturze.
Ale Grażyna ma swoje standardy, zwłaszcza w Polsce. gdzie „nigdy nic nie wiadomo”. To prawda, że nie mieszkając tu – a w wypadku Grażyny, pamiętając wszystko, co było najgorsze, odnosimy czasem wrażenie, że w każdej chwili ktoś może do nas podejść i bez żadnego wyjaśnienia – dać nam w mordę. Nawiasem mówiąc, podobne wrażenie odnosimy, gdy z naszego spokojnego Bostonu – zjeżdżamy na dzień, dwa, do Manhattanu.
Poprzedniego dnia doświadczyliśmy PRL-u w pociągu „Gombrowicz” z Lublina do Warszawy. Jako dowód otworzyłem drzwi wagonowej ubikacji i w nozdrza wpadł mi zapach, którego ostatni raz doświadczyłem 50 lat temu, nazywaliśmy to: „Eau de Pologne”. Przyjechaliśmy pociągiem od strony wschodu, gdzie cywilizacja klozetowa maleje: im bliżej Syberii, tym gorzej; tak zwany „klozet syberyjski” składa się z dwóch kijów, jeden do podpierania się, drugi do odpędzania wilków.
– Tym razem jedziemy na zachód – powiedziałem wciąż zziębnięty na peronie, wjedziemy w Polskę, o której pewien Duda mówił, że „jest w ruinach”, a w tym czasie kończono nowe autostrady i pojawiły się pociągi Pendolino.
Jeden z takich pociągów wjedzie niedługo na tor 4 przy peronie 3. Z głośnika popłynie aksamitny glos, zapowiadający nie tylko wjazd pociągu, ale gdzie zatrzyma się jaki wagon (za naszych czasów słyszało się po-ia- sobowy z szcze nego dzie na ron arty). Siedzenia będą „samolotowe”, kolejarze będą nosili kolorowe krawaty, a konduktorki „toczki” na głowach, Ukrainki będą co chwila sprzątać wagon, „Wars” ugotuje pierogi (odsmażone, nie świeże, powie Grażyna, która standardy ma szwajcarskie), wagony ciche, 130 kilometrów na godzinę.
Zostało sporo czasu. Na peron wchodzi Żołnierz Wyklęty, na głowie ma starą czapkę wojskową 4-gwiazdkową („Czy jest pan kapitanem?” –„Ale skąd – zwykły szeregowiec, kupiło się, co było w sklepie”). Panoramuję w dół: kurtka waciana, na prawej ręce biało-czerwona opaska z napisem „Brygada Wołyńska”, spodnie i buty cywilne. Powrót do twarzy: zaokrąglona, bez zmarszczek („ile ma pan lat?” – „90, a pan?”, „80”), ręce mu się lekko trzęsą (początki Parkinsona?), zaczynamy rozmowę:
– Mówił pan, że dawne wojsko polskie przeszło do AK jako Brygada Wołyńska. tak?
– Zgadza się, Batalion czwarty, kompania „Wichrzyciela”, drugi pluton, ja szeregowiec Wiśniak.
– A co się stało z bronią, jak weszli bolszewicy?
– Zakopali my.
– To skąd te karabiny i pistolety, które widziałem wczoraj na zdjęciach na stacji w Lublinie na plakacie „Pamiętajmy o żołnierzach wyklętych”?
– Jak do zdjęcia, to się odkopało.
– Strzelił pan kiedyś w życiu?
– Nigdy. Ja zawsze gospodarką się trudniłem.
– Mieliście walczyć z bolszewikami.
– A czym, jak broń zakopana, a rozkazów nie było?
– To co robiliście przez te lata po wojnie?
– Każdy poszedł gdzie chciał, jeden do milicji, drugi chował się w lesie, jedzenie brali my od chłopów, musieli dawać, ale ja długo nie wytrzymał i osiedlił się w Starogardzie, dostałem ziemi z reformy.
– A teraz przyjechał Pan na zlot żołnierzy wyklętych do Warszawy. Ile was się zebrało?
– Czterech. Reszta to powymierała.
– A co Pan pamięta z wojny, jak Rosjanie weszli na Wołyń?
– Najwięcej to żydków, oni proszę pan od kacapów dostawali broń i strzelali do polskich chłopów jak popadnie. Ich kacapy tak lubili, że pan nawet nie wie.
– Ale Żydów, którzy mieli sklepy, wywozili na Syberię razem z polskimi sklepikarzami.
– Tego to ja nie wiem. Ale mówię panu: ja nigdy nie zapomnę tych żydków, co do nas strzelali.
– To ciekawe. Ja tego nie wiedziałem, mieszkam w Ameryce.
– A kiedy pan wyjechał?
– 1969. Żyd. Ale żonę mam Polkę – powiedziałem, pokazując na Grażynę. W ten sposób, jak w czasie wojny, poczułem się bezpieczniej.
Podjechał „Pendolino”, żołnierz wyklęty wsiadł do wagonu 6, my do wagonu 16. Za oknami była Polska, w której kłamie się dziś – kto wie, czy nie gorzej niż za czerwonych…
Marian Marzyński
Life on Marz (2007) & RISD Student Films (1972-1976)
„My name is Marian Marzynski,” I introduced myself in broken English to my film class. „It’s too long,” they said. „Can we call you Marz?” In 1972, my students at the Rhode Island School of Design were the siblings of those WHO rebelled in the 60s. This new generation’s
