Słońce wschodzi w Miami Beach4 min czytania

()

 

2018-03-27.

Nosi słomkowy kapelusz „Panama”. Dżinsy niezupełnie opięte na lekko zaokrąglonych nogach. Murzynka? Widzę ją z tyłu, ale chyba tak. Wiek? 30? Strząsa peta na chodnik, idziemy wzdłuż nowo zbudowanych, czteropiętrowych townhouses z przystaniami dla łodzi nad szerokim kanałem Miami Beach, prowadzącym do oceanu.

Nagle skręca w dół w prawo, do poziomu wody. Teraz widzę jej nieumalowaną twarz: Murzynka, może z Haiti. Pewnie niedawno wstała z łóżka.  Dochodzi 7 rano, dzień powszedni; nie wygląda to na poranny spacer przed pójściem do pracy.

Zatrzymuję się na moście, przecinającym inny wąski kanał. Nie zauważa mnie patrzącego w dół. Znów skręca w prawo, tym razem pod przęsło mostu. Tam siada na kamieniach. Teraz widzę tylko lewą stronę jej ciała. Twarz jest zasłonięta przęsłem mostu. Lewa ręka wyciąga z torebki pustą paczkę po papierosach i rzuca ją na kamienie. Potem ta sama ręka szuka czegoś między kamieniami i znajduje puszkę po coca-coli.

Obie ręce zajmują się teraz spłaszczaniem, a potem skręcaniem puszki aluminiowej w różne strony, aż przybiera kształt grubego korkociągu. Prawa ręka trzyma zapalniczkę, wypalając w puszce mały otwór. Gdy jest gotowy, lewa ręka wsypuje weń biały proszek, a prawa wprowadza ogień do wewnątrz. Za chwilę górny otwór puszki, przez który pije się coca-colę, przylgnie do jej twarzy. Wyobrażam sobie, że usta będzie miała szeroko otwarte, wdychające biały dym kokainy.

Idę dalej. Nad polem golfowym i ogródkiem zabaw dla dzieci wschodzi słońce. Leżę na trawie, wyobrażając sobie twarz tej młodej kobiety i rozluźniające się jej mięśnie. O czym myśli? Dlaczego nie robi tego w domu? Nie chce, żeby rodzina się zorientowała? Mąż? Dzieci? Samotna? Może mieszkającej z nią koleżance obiecała, że już nigdy nie będzie tego robić? A może, jak ja, lubi przeżywać wschód słońca?

Kokainę widziałem raz w życiu. Ponad 40 lat temu studenci szkoły filmowej, w której uczyłem, przynieśli z kuchni nóż pokryty białym proszkiem i powiedzieli, żebym wdychał. Zrobiłem to na dowód zaprzyjaźnienia, ale w nosie mi się zakręciło i całą dawkę wykichałem, powodując tym ogólny śmiech. Studenci wyczyścili resztę noża i powiedzieli, że po tym robi się dobrze. – Cokolwiek pomoże wam robić lepsze filmy, jestem za – skomentowałem.

Wracając ze spaceru wokół pola golfowego, tuż przy po moście, gdzie zostawiłem młodą kobietę, zobaczyłem stojącą taksówkę i dwa wozy policyjne. Z taksówki wychodził młody Haitańczyk, policjanci założyli mu kajdanki i wsadzili do swojego samochodu, po czym odeszli, zostawiając stojącego obok taksówkarza.

– Jaki masz problem? – pytam go.

– Wsiadł w śródmieściu, wybiło 30 dolarów. Powiedział, że nie ma. Powiedziałem – niech da 20 i spieprza. Jak odmówił, wykręciłem 911, policjanci poszli do jego domu. Może jest tam ktoś, kto zapłaci.

– Jeżdżąc taksówka, poznajesz życie. Niedaleko stad siedzi pod mostem kobieta i wdycha kokainę. Wiesz, że za to idzie się do więzienia. Czy powiedziałbyś o tym policjantom?

– Nie ma mowy, gdy inni nie są w niebezpieczeństwie – niech ćpa.

Wracam na most. Widzę tylko jej lewą nogę w dżinsach. Przechodzę przez most, schodzę do wody i z odległości mam ją w planie ogólnym: leży na kamieniach i patrzy w sklepienie mostu. Pokręcona puszka po coca-coli leży na kamieniach.

Na głównej ulicy zaczyna się ruch samochodów. Przy stacji benzynowej tankuje kobieta w uniformie szefa z wyhaftowaną nazwa francuskiej szkoły kulinarnej. Inna prowadzi dwoje dzieci do przedszkola.

Jeszcze się nie zapadamy. Jeszcze pożyjemy. Na wschody słońca zawsze możemy liczyć.

Marian Marzyński

Life on Marz (2007) & RISD Student Films (1972-1976)

„My name is Marian Marzynski,” I introduced myself in broken English to my film class. „It’s too long,” they said. „Can we call you Marz?” In 1972, my students at the Rhode Island School of Design were the siblings of those WHO rebelled in the 60s. This new generation’s

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.