2018-04-01.
ECHA WYDARZEŃ: Pisałem o tym kiedyś, ale czas jak gumka – pamięć wyciera. Poza tym pewnie wielu dzisiejszych Gości „Ech” wtedy TU jeszcze nie było… Młodszych może i na świecie, Dlatego słowem tradycję raz jeszcze przywołuję…
– Grabów to taka miejscowość, do której się trafia, jadąc z Warszawy – za Łęczycą. Szosa wiedzie przez środek, między domami, a raz w roku jest dzień, w którym auto musi stanąć. Nie da się przejechać. Ten czas to dzień po dyngusie. Rok po roku, od setek lat…
Historycy się sprzeczają – 200 lat, 300… Wiadomo, że bardzo wiele. Z pokolenia na pokolenie. Sławny amerykański bejsbol, który tak ekscytuje miliony ludzi, pewnie jeszcze nawet nie śnił o swoich narodzinach, kiedy w Grabowie już grali w palanta. A może właśnie spod Łęczycy wziął wzorce i podstawy, co potem twórczo w światowy sport rozwinął…? W Grabowie nie brak takich, którzy twierdzą, że bez nich nie byłoby sławy amerykańskiego rodaka Stana (Staśka) Musiala (Musiała), jednej z najjaśniejszych gwiazd historii światowego sportu. Za sprawą właśnie bejsbolu, czyli rozwiniętej formy palanta z Grabowa.
– Jest jeszcze inny spór: kto w Grabowie był dla palanta pierwszy – szlachta, dawny właściciel, czy z miejsca rzemieślnicy? Spór bez znaczenia, bo i tak wiadomo, że ten sport nieśli i niosą przez kroniki wszyscy mieszkańcy. Podobno było tak: liczne grono masarzy chowało kije, na których wędzono wędliny, także te służące ubojowi, a kiedy wszyscy mieli już w Wielkanoc dość świątecznej bezczynności – kije wyjmowano i w tzw. trzeci dzień świąteczny królował palant. Po nim znów świątecznej biesiady ciąg dalszy, ale… po graniu.
– Lata temu obejrzałem TO na własne oczy. Z góry wiadomo, że we wtorek będzie podobnie. Jak było lat temu sto, dziesięć i jak będzie w przyszłości. Rankiem nabożeństwo, potem król palanta bryczką podjedzie pod urząd i od władzy administracyjnej odbierze symboliczny klucz. Królem był wtedy rzemieślnik z dziada-pradziada, kamieniarz pan Adam Rapacki. Jakże dostojny w królewskiej szacie! Jakże królewski sposób bycia… Równocześnie – nic ze szpanu.
Wklejam z sieci wpis AD 2017: „ Dwanaście lat temu gracze wybrali go na swojego króla. Za zasługi. Dostał czarny kapelusz, długą czarną pelerynę, królewskie berło i władzę absolutną – na jeden dzień w roku. To on organizuje całe święto, rozstrzyga sporne kwestie podczas gry, mianuje nowych i honorowych członków klubu, prowadzi zawody i dba o przestrzeganie reguł podczas zabawy.”
W Internecie znajduję też podpisany przez króla Adama regulamin tej sportowej zabawy. Jest „piekło”, jest „niebo”, kijem trzeba zapanować nad skórzaną piłeczką – uderzenie, bieg, uderzenie – bieg… Każda drużyna ma swoją „matkę”, to gracz najbardziej doświadczony i zasłużony… Nikt nie został w domu – albo gra, albo kibicuje… Stary, młody – wiek nie ma znaczenia, pokolenie za pokoleniem…
– Przed graniem jeszcze pochód z orkiestrą, trybuna dla króla i młodych adeptów tego sportu (w szkole ma swoją ligę), jest poważnie i ceremonialnie. „Pasuję cię na palanciarza”, „ pasuję cię na palanciarkę”, i odpowiedź jak w wojskowym regulaminie: „Ku chwale palanta”… Kto się ironicznie uśmiechnie – z miejsca wiadomo, że nietutejszy… Nie ma się z czego uśmiechać, jest – do kogo…
– Przywiozłem stamtąd żółtą czapeczkę z dużym napisem „Dzień palanta”. Czasem sobie zakładam, Gdy kogoś tym zadziwię, chętnie mówię, że to nie prowokacja, lecz informacja o jednej z form tradycji. Czegoś, co ma historię w setki lat idącą… I dopowiadam, że w sieci są ciekawe zdjęcia – dokumenty, nawet filmik o tym, co wspominam znalazłem…
SPOKOJNYCH ŚWIĄT!!!
Andrzej Lewandowski

Grywaliśmy na podwórku w kiczki, grywaliśmy w klipę. Ale już nie wiem, co to była „hazena”. Zbyt późno (!) urodzony. Grywaliśmy także w „geto”, w „ścianki” i – namiętnie – w „zośkę”, inaczej „zojdę”. Byłem kiepski : maxi 35 odbić. Mistrzowie dochodzili do stu. Odbiłem się w cymbergaju, w którego grywaliśmy na szkolnych ławkach. Później trochę, kiedy odwiedzałem Basię Zbrożynę w redakcji „Współczesności” (była tam redaktorem od grafiki) okazało się, że oni tam zawlekli (ze szkoły?) grę w cymbergaja. Pamiętam, jak pokonałem bez problemu wielkiego (tak uważam do dziś) Poetę Grochowiaka. I jaki był wściekły. Dziecinnady wielkich ludzi . I duma dzieciaka, którym przecież wtedy byłem. A sam, w wieku lat 50-ciu, zostałem sprowadzony do parteru przez niesamowicie sprawną w grach komputerowych sześciolatkę, córkę mojego kumpla, Bogusia. I nawet nie używała myszy. Operowała klawiaturą, władając bezbłędnie piłą łańcuchową, miotaczem ognia albo jakąś Bazooką. Miała o 4 lata starszego braciszka, co był jej wzorem. On dziś jest programistą, ona ładną (po mamie) ale nieciekawą (moje zdanie) Panią Domu.
Taka ciekawostka historyczna 🙂