Andrzej Lewandowski: Chichotki (4)6 min czytania

()

 

2018-06-04.

ECHA WYDARZEŃ: Tzw. bieżączkę, związaną z piłkarskim wyżem finałowym dziś przerzucę do Facebooka. Prawdziwe emocje dopiero przecież nadejdą! Dziś Adam Nawałka powie nam tylko kto, a czas ważniejszego – co i jak dopiero się pojawi. Powróżymy wtedy – wiele razy – z faktów, dziś można ledwie z marzeń i fusów… proponuję – przed apogeum emocji – wypoczynek przy starociach…

***

W pamięci odżywają przeróżne „echa – ech”. Tym razem – ich lotnicze wydanie. Za sprawę kontaktów dziennikarza ze środowiskiem lotników, a jednym z podstawowych tego powodów był udział w Lotniczych Rajdach Pilotów i Dziennikarzy.

Pilot (krajowa czołówka awiatorów sportowych – wojskowych, komunikacyjnych, sanitarnych – ze wspólnym mianownikiem PASJA); w drugiej kabinie redaktor. Po części – jako balast, choć czasem mógł się przydać – w wypatrywaniu obiektów, których fotki załoga dostała przed startem.

W konkursie piór – na zakończenie, pilot mógł wesprzeć tylko konsultacją oraz przyniesieniem kawy… Punkty się sumowało. No, w sytuacjach wyjątkowych – może jeszcze redaktor przydał się w powietrzu, gdy się coś pokiełbasiło (dla mistrzów wyjątki); w „lataniu po meblach”, i bardzo rzadko, ale jednak mogło się przydarzyć, że trzeba będzie czytać napis na stacji kolejowej. Ale lot według tzw. nakazanych kątów drogi, kontrola regularności przelotu na całej trasie, identyfikacja to już sprawa fachowca…

„Ten drugi” mógł być skazany na cierpienie – lot tuż nad wierzchołkami drzew, błyskawiczne zmiany kierunku, przepadanie w dziurach termicznych… Ale pchało się redaktorstwo do sław pilotażu (dalej szczegółowo opiszę tylko część, a tu jeszcze Milkiewicz, Pogorzelski, Śliwak, Wróbel, Maksymowicz, Siciński i tylu innych). Pamiętam, latali „nałogowo” redaktorzy Tadek Stępień i Jurek Zarębski, Tadek Pajda, który – „wirtualnie” podobno jeszcze grywał w powietrzu z pilotem w karcięta. Sława kamery – Plewiński, arcysława dziennikarstwa i satyry – Waligórski; Remek Kościuszko… Czołówka, ówcześni celebryci zawodu…

Urzekło mnie to środowisko lotnicze. Swą wielobarwnością – sklamrowaniem poczucia odpowiedzialności z fantazją, poczuciem humoru, umiejętnością nie tylko mistrzowskiego latania, lecz też opowiadania o lataniu. Także solidarnością koleżeńską.

Pamiętam, jak podczas któregoś etapu, gdy maszyny lądowały – jedna po drugiej, przyszedł sygnał, iż jedna załoga (załogantem był chyba kolega z Koszalina) ma kłopoty. Coś z podwoziem. Nie chce wyjść. Wprawdzie Jak 18 lekki, trawa, więc można i bez podwozia, ale… Samoloty lądowały, lecz żadna załoga nie pędziła do hotelu. Wszyscy zgodnie czekali, ON krąży, żeby pozbyć się paliwa, jakoś próbował wypuścić podwozie, wreszcie lądował bez niego. Szczęśliwie, lekko chyba tylko uszkodził śmigło. Dopiero wtedy koledzy zaczęli żartobliwie przygadywać, że oni to by ustawili śmigło „ w chorągiewkę” i … Ale jak długo kolega był w opresji, koledzy solidarnie i poważnie razem z nim…

Kapitalni ludzie. Jakże nastawiałem ucha, gdy na Gocławiu (od dawna wielkie miasto, kiedyś lotnisko) Zdzich Dudzik (latał podobno na wszystkim, co się tylko mogło oderwać od Ziemi, i długo nie było pilota, z którego szkoleniem by nie miał do czynienia, a gdy tylko startował, prawie zawsze wygrywał) rozmawiał z „Czarkiem” Wojnarem, światowej klasy saneczkarzem, olimpijczykiem, oblatywaczem, szybownikiem… To były gawędy… Z czasem od Dudzika i Jacka Szewczyka dostałem śmigło, farbą posrebrzane. Latami wisiało w redakcji, potem… Jeden z przyjaciół chował kogoś bliskiego, pilota – nie było nigdzie śmigła na lotniczą mogiłę. Można było nie oddać?

Opowieści. Np. Waldek K. Gdy go poznałem, był instruktorem w Szkole Orląt. „W sporcie” latał z Dudzikiem i Adamkiewiczem w trójce akrobacyjnej. Potem w „Locie”, ostatnie spotkanie, gdy „wiózł mnie” do Paryża, gdzie mieliśmy rozmawiać o nowej formule Wyścigi Pokoju. Było blisko, ale nie wyszło, Niestety… Mielibyśmy wciąż – do dziś – wielki Wyścig…

Waldek był kopalnią anegdot. Może to on właśnie opowiadał, choć głowy nie dam, o koledze z Dęblina, który już jako lotowiec miał za jednego z pasażerów dyrektora, wcześniej generała. Szef miał zapytać, czy będzie towarzyszył w pożegnaniu z odprowadzającymi go gospodarzami. „Dziękuję, panie generale, ale nie mogę, na Okęciu mam malucha…”

O Waldku mówili, że zegarek, który nosi, to nagroda od dowódcy. Za to, że się nie dał przechwycić nad NRD. Podobno – meloman, a podchorąży, z którym leciał nie wymagał napiętej uwagi, Więc – słuchał melodyjek. W pewnej jednak chwili zorientował się, że są… nad NRD. Radio Paktu, a tam komunika: „Zemlja, Zemlja, ja Łastoczka; wiżu cel…” Czyli – lecą na przechwycenie. Ale najpierw będą rozpoznawali. Więc, gdy byli blisko Waldek tak wyhamował, że „prawie stanął w miejscu”. Musieli odejść w wielkim pędzie, czekała ich tzw. runda wojewódzka. Rozeszli się „w różyczkę”, żeby uniknąć np. ataku… Nim mogli zawrócić, polska załoga już wracała do domu. Podobno jeszcze rzucili w eter: „Praszczaj, Wania!”

Zapamiętałem. Opowieść, jak przednia anegdota: „Dostałem redaktora z …. Tytuł pominę. Nie znaliśmy się, więc trzeba potrenować. Regulaminowo. Pokazałem mu jak się zakłada spadak, jak się zapina pasy w kabinie. Gdyby się coś zdarzyło – dam znać, otwiera owiewkę, ja odwracam samolot; pan wypada; liczy 120 – 121 – 122, prawą ręką szarpie się ten uchwyt z prawej strony… I tak dalej. Lecimy, lecimy, widzę, że dobrze to znosi, jest przyjemnie… Uśmiechamy się, ja ręką pokazuję, i wołam, że pod nami Góra Kalwaria i… czuję „w drągu”, że coś się dzieje. Patrzę, a redaktor gotowi się do skakania. Ręką pokazałem, ze ma siedzieć i lecimy na Gocław, Po wylądowaniu –pytam, co jest grane? A on na to: Przecież wołał pan AWARIA, i pokazywał palcem… Prawda, nie wziąłem pod uwagę, że SPU (telefon pokładowy) nie działało, a silnik przecież huczy. Góra Kalwaria, podobne, do awaria… A przecież sam dawałem wykład uświadamiający…

Latałem. Z Darkiem – rówieśnikiem, i z panem Borysem – nestorem awiatorem, jeszcze z międzywojnia. Dostojny. „regulaminowy”, życzliwy i sympatyczny. W drugiej kabinie – woził drut zakończony kółkiem. Uwierał, więc zapytałem, po co nam to? Przyszła opowieść o jakimś rajdzie przedwojennym. W hotelu mydło wpadło do umywalki. Teraz – niech sobie wpada, jest drut – wyciągniemy…

Podczas treningu padało. Wysiedliśmy trochę zmoczeni. Pan Borys wpisał uwagę dla mechanika – samolot nieszczelny. Nazajutrz odbieraliśmy „jaczka” SP APO, w dokumencie była odpowiedź; „Samolot nie łódź podwodna – nie musi być hermetyczny”.

Wspominam jakąś konferencję prasową. Urozmaiconą toastami „wiatrakówką” „Wiatrak to wtedy żargonowo – śmigłowiec, a „wiatrakówka” to nalewka na spirytusie, który był – po coś tam – w każdej maszynie. Delikatna pani redaktor pociągnęła nosem i orzekła – „zalatuje”. Najważniejszy gospodarz odparował: „ a te koniaki, co tak lubicie, to nie zalatują?”

Dawno to było, ale pamiętam i mile wspominam. Włącznie z okrzykiem „Od śmigła!”., Gdy przychodził czas uruchamiania. Przy toastach też się używało…

Andrzej Lewandowski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.