Jerzy Dzięciołowski: Dziewczyny „Życia” (8)

2018-06-18.

Hanka Kuszko wyróżniała mnie opinią: „zdrowe ciele w zdrowym ciele”, była żoną generała, dziekana korpusu dyplomatycznego w Moskwie. Tak że mieliśmy plecy gdzie trzeba, chociaż krótko, bo generał zamienił Moskwę na emeryturę.

Zosia Długosz była żoną ministra odpowiedzialnego za handel i jak naczelny miał wątpliwości, czy zgadza mu się statystyka z rzeczywistością (Główczyk kochał statystykę), to mógł poprosić Zosię na konsultacje. Zosia pisała rzeczowo, solidnie zbierała materiały, można więc było na niej polegać.

Teresa Górnicka miała Ankę. Zobaczyliśmy ją na potańcówce u Stefana Zubczewskiego, na co dzień zwanego Funiem, redakcyjnego fotoreportera. Funio dysponował lokalem przy ulicy Jaracza, vis-a-vis Teatru Ateneum. Teresa wprowadziła Ankę do pokoju przeznaczonego na balety. Jeszcze wszyscy byli trzeźwi. Nie dało się nie patrzeć na Ankę: wdzięk połączony z urodą.

Andrzej Lubowski, o którym będzie dalej, tak się zapatrzył, że skończyło się ślubem.

Irena Dryll, która przyszła do ŻG z gazety i myślała, że w tygodniku sobie poszaleje, dostarczała teksty, w których było dużo treści, ale nie mieściły się nawet na rozkładówce. Po pertraktacjach robiła z 15–20 stron, z niechęcią, 5–7 zamówionych. Była w Stoczni Gdańskiej, kiedy Lech Wałęsa ogłaszał, że nic już nie będzie takie, jak było. Poza wdziękiem, z jakim przeklina, miała zawsze coś do powiedzenia. W okresie „dobrej zmiany” poszerzyła repertuar przekleństw. Zachęca mnie, żebym ducha nie gasił. I że sprawiedliwości stanie się zadość – po naszej stronie.

Joasia Kwiek, jak przystało na królewski ród Cyganów, miała urodę czarno-płomienną i wszystko na swoim miejscu. W tych warunkach negocjacje w sprawie dostarczenia tekstu rozciągały się na tygodnie. Należała do pokolenia 40-latków wykształconych w „Życiu Warszawy”, które szukało swojej szansy. Jurek Baczyński z tego wydania młodych zdolnych trafił wtedy do „Polityki”, którą do dziś kieruje i jest jej liderem.

Zaniosło nas kiedyś z Joasią do Sopotu na jakieś spotkanie. W Grand Hotelu nie było miejsca. Ale nie dla pięknej Cyganki. Patrzyłem na nią nie bez podziwu, odzianą w szałowe futro, gdy szła brzegiem zaśnieżonej plaży. W jakiś sposób była samotna. Próbowała oddalać smutek winem. I przegrała.

Anka Turska miała łatwość pisania i z tego nie korzystała. Nie potrafiła usiedzieć w jednym miejscu. Dużo o niej nie wiedzieliśmy, ale że rządzi Przywieczerskim, szefem jednej z pierwszych spółek giełdowych, to była tak zwana tajemnica poliszynela. Miała pod Włocławkiem włości, gdzie opiekowała się niepełnosprawnym bratem i leciwą mamą. Przez jej hektary miała przebiegać autostrada nr 1, na co bardziej stawiała niż na płeć odmienną. Jeździła do Włoch samochodem do córki z łatwością, z jaką inni nie jeżdżą z Bielan na Ursynów. Panów milicjantów, jak ją namierzyli za przekroczenie szybkości, informowała, że jej się spieszy na siusiu. I nie wystawiali jej mandatu. Nie każdy potrafi używać takich wyjaśnień i być zrozumianym. Dostałem od niej pralkę z puli reglamentowanej. Działa do dziś. Chętnie się spotykaliśmy. Namawiam ją, żeby pisywała do portalu Internetowe Życie Gospodarcze.

Nie wiadomo, dlaczego Główczyk jak każdy ważny szef, nie podrywał dziewczyn. W jego pokoju stała szafa-sejf, zawsze zamknięta. Myśleliśmy, że może tam są skryte jakieś tajemnice. Przy przeprowadzce z Hożej na Wiejską otworzyliśmy szafę. Napełniona była pożółkłą makulaturą.

Nieco na dystans dzieliła nasze trudy Teresa Radzimińska. Teresa dbała o ubiór, ze swobodą poruszała się na salonach rodzimych i dyplomatycznych, nie spóźniała się i nie było obawy, że wda się w jakąś aferę. Ta nienaganność sprawiała, że zespół mało się z nią kolegował. Robiła się zwyczajna w czwórce do brydża, grała na dobrym poziomie, jako jedyna z dziewczyn w stałym składzie, w którym wyróżniała Kolę Szwarca, czy spieprzył, czy nie.

Jerzy Dzięciołowski

 

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com