2018– 07– 05.
ECHA WYDARZEŃ: Piłka wciąż jest kopana. Na rosyjskich boiskach– o mistrzostwo świata; w słowach odczuć i recenzji.
Proszę mi wybaczyć, że w „kopaniu” słownym trochę oszczędzam temat naszego udziału. Dzielę pogląd, że reprezentacja dała ciała, ale też czuję, że ciała dali też ci, którzy rozbudowali aspiracje ponad rozsądek.
Ja byłem – napisane, zapisane – za optymizmem racjonalnym, nie za dmuchaniem balonu, żeby się przy tym pokazać. Nie zakładałem szalika „w barwach” przed myciem zębów, nie przyozdabiałem biustu orłem i tak dalej. Nie gaworzyłem publicznie o „orłach Nawałki” oraz „zaufaniu trenera” jak o czymś w wymiarze „konstytucyjnym”. I teraz nie gadam „a nie mówiłem”, bo wolę apelować, by ze sportowej porażki w końcu jednak wyciągnąć wnioski – że nie wszystko, co dziś wygodne zostanie w pamięci jako mądrość i zasługa…
Fakt. Nie tylko świata, ale też grupy nie podbiliśmy. Do tego, nie była ona tak silna, jakby dzisiejszy układ odpowiadał. Rywale, którzy awansowali „do pucharu”, stawali tam dzielnie byli nawet może blisko szczęścia, ale inni kopią nadal, a ich w stawce nie ma. Czyli… Dopowiedzenie, wraz z poważną analizą zostawiam innym. Dla mnie – znów grobla wedle stawu… A staw? Jest – jaki jest i – jaki był…
Po słowach zawodu – czas na coś w rodzaju uznania.
Szczerze powiem, że podoba się postawa Adama Nawałki oraz Zbigniewa Bońka. Trener – wcześniej dość oszczędny oraz hermetyczny – sam się po turnieju walnął w pierś i powiedział, że czuje, iż powinien rzec PAS, bo z tytułu swej pozycji za wynik współodpowiada. Zauważył błędy, niedostatki, nie biadolił, zwalając na pecha, sędziów oraz inne dziwy świata, lecz po prostu „przyjął na klatę”. I rozstanie zostaje w cywilizowanych warunkach układu dżentelmeńskiego, nie kataklizmu.
Podoba mi się wyrażone publicznie podziękowanie czołowych zawodników, choć pewnie jakiś złośliwiec powie, że to równocześnie wyraz obawy, że następca może wymagać więcej. Ja odbieram jako szczerość i normalność. Zwłaszcza że autorzy podziękowań też wyrażali pogląd, iż tworzyli widowisko nie takie jak reprezentacji przystoi…
Z panem Bońkiem też się godzę. Tym razem, a przecież w przeszłości bywało, że miałem inne zdanie niż Boniek– piłkarz, Boniek – trener…
Ja bywam rogaty, ON – też. No, ale czas sprawił, że wielu, z którymi drzewiej wchodził w spory – jest w odległej pamięci, a on jest na szczycie – rządzi i programuje… I ocenę wydał spokojną, bez nerwów oraz narzekania na zły los. Podzielił odczucie zawodu, z czego wywodzę wniosek, że ta lekcja z zadaniami „do domu” zostanie porządnie odrobiona…
Kopanie na boisku? Co mam dodać, kiedy każdy ma swoje zdanie, a zakorkowane wcześniej i później ulice pustoszeją w godzinach transmisyjnych?
Powiem, że podoba mi się ten turniej. Ma klasę, ale ma też niebywały impet i zaciętość. Tyle spotkań z kropką nad „i” w tzw., „doliczonym czasie gry” (bzdura komentatorska, bo on nie jest „doliczony”, tylko wynika z rachunku, że połowa to 45 minut grania, a kompletny mecz – 90 minut), albo jeszcze później– w jedenastkach. Jak się nie poddać emocjom, jeśli np. tacy Belgowie, przegrywając z Japończykami 0: 2 wyciągają na 3:2? Albo, gdy w meczu faworyzowanej Hiszpanii z Rosją „koncert” bramkarzy w rzutach karnych wygrywa Rosjanin?
Fakt – zdarzają się dyskusje, czy zawsze rozstrzygnięcie wynikowe harmonizuje się z odczuciem – kto wydał się w meczu stylowo lepszy, ale – tak zawsze było, jest i pewnie będzie. Decyduje bilans goli – to nie łyżwy figurowe ani skakanie na nartach, że sumuje się styl z wykonaniem… Natomiast odpowiada mi postulat, by w rozgrywkach grupowych odejść od sumowania żółtych kartek, gdy bilans punktów oraz goli jest identyczny (tak było z Japonią, i m.in. stąd ten tragiczny stylowo finisz naszego jedynego zwycięskiego meczu), bo to faworyzuje sztuczność. Potem jeszcze może– blondyni, bruneci; żartuję…
Jest też sprawa relacji: oko – elektronika. Wprowadzony wreszcie system elektronicznej weryfikacji (oraz podpowiedzi dla sędziów boiskowych) trzeba doskonalić. I … przyzwyczajać arbitrów, przywykłych do tego, że tylko im przynależy interpretacja.
Przyzwyczajenie to druga natura… Podobno nawet nasz jedynak zgrzeszył w tej mierze. „Szef Komisji Sędziowskiej FIFA Pierluigi Collina podczas spotkania z mediami powiedział, że „niektórzy sędziowie do tej pory byli przyzwyczajeni, że to do nich należy ostateczna decyzja i trudno im dostosować się do sytuacji, że ktoś może kwestionować ich zdanie”. Marciniak w obu prowadzonych przez siebie pojedynkach — mimo kontrowersji — nie konsultował się z arbitrami VAR”.
Podobnie sprawa ma się z oceną zachowań bramkarzy przy strzelaniu „11”. Nawet w naszej TV był spór o znamionach prawie awantury. „Sędziowie nie karzą bramkarzy za opuszczanie linii bramkowej podczas obrony rzutu karnego, a ostatnie mecze na mistrzostwach świata potwierdzają, że nie ma chyba drugiego przepisu, który byłby tak często łamany bez jakichkolwiek konsekwencji.
…aż 15 z 19 rzutów karnych wykonywanych w meczach 1/8 finału mistrzostw świata powinno być powtórzonych, bo bramkarze przedwcześnie wybiegli z bramki.
Przepis FIFA jasno mówi, że to nielegalne. Bramkarz powinien stać na linii bramkowej, twarzą do wykonawcy rzutu karnego, pomiędzy słupkami, dopóki piłka nie zostanie kopnięta. Może poruszać się na linii bramkowej, ale nie może opuszczać jej do czasu zagrania piłki.
Tymczasem bramkarze wybiegają z bramki, aby skrócić kąt i zwiększyć szanse na obronę ”…
Cytuję, by pokazać, że „jest sprawa”, chyba właśnie takie dla kontroli elektronicznej… Ale mnie akurat to mało interesuje. Niezmiennie jestem pełen podziwu, gdy widzę, jak w takiej pozycji „sam na sam” – dla bramkarza właściwie beznadziejnej. TEN piłkę łapie albo odbija…
