Zbigniew Szczypiński: Ulotność jako zjawisko w polskiej polityce4 min czytania

()

2018-08-03.

Teraz, gdy uwaga wszystkich skupiona jest na tym, co stanie się w „realu” (a nie w sferze oświadczeń – a to Kancelarii Prezydenta, a to urzędnika niskiego szczebla w Ministerstwie Pana Zbyszka, a to aż ministra Dery) – w sprawie zapytania prawnego, skierowanego przez siedmiu sędziów Sądu Najwyższego do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości – chciałbym, trochę na przekór, zaproponować chwilę refleksji nad tym co jest, moim zdaniem, istotą „bycia w polityce” – nad ulotnością. Poczuciem ulotności chwili, różnicy tego znanego wszystkim zawołania poety – „chwilo trwaj”, a realiami naszego świata, świata mediów, błyskawicznego upowszechniania informacji. W telewizji, w sieci, wszędzie…

Będąc pilnym obserwatorem, już nie uczestnikiem, życia politycznego w Polsce, kraju średniej wielkości i znaczenia na europejskiej (nie mówiąc o światowej) scenie politycznej, zastanawiam się nad ogromną łatwością, z jaką tak wielu ludzi, niekiedy posiadających znaczący dorobek zawodowy i nawet duży potencjał intelektualny prezentowany w życiu poprzedzającym „wejście w politykę” – staje się tymi, których trudno o to posądzać, słuchając tego, co mówią. A zwłaszcza obserwując to, co robią, jako politycy.

To porażające i warte zastanowienia.

Czy próbą wytłumaczenia (ale nie usprawiedliwienia) może być znacząca różnica pomiędzy „gęstością życia”: liczbą zdarzeń, spotkań, wystąpień, nagrań, konferencji, oświadczeń angażujących kogoś, kto już jest na scenie publicznej – w stosunku do tego jak było przed tym, zanim się na tę scenę weszło?

Wielu (o ile nie wszystkich) jest to sytuacja lekko, a czasami mocno uzależniająca. Dla utrzymania się na powierzchni, dla utrzymania swojej pozycji, a zwłaszcza dla jej wzmocnienia/podwyższenia ludzie są w stanie zrobić wiele, niektórzy wszystko.

Prezydent Andrzej Duda, na którego prezydentura spadła niespodziewanie; ten Andrzej Duda, który miał stać się nieistotnym konkurentem dla Bronisława Komorowskiego, drugą kadencję „mającego w kieszeni” i nic nie wskazywało, że mogącego ją przegrać z kimś, kogo prezes PiS „wymyślił” tylko po to, aby nikt znaczący z jego partii nie doznał sromotnej porażki w starciu z „murowanym” faworytem – otóż ten Duda jest dobrym przykładem wspomnianych wyżej procesów psychologicznych, społecznych, politycznych.

Stało się – jak się stało.

Andrzej Duda został prezydentem. Ogłosił się niezłomnym, zamieszkał w Pałacu przy Krakowskim Przedmieściu, wystąpił na forum Organizacji Narodów Zjednoczonych, gościł prezydenta Trumpa w Warszawie. Teraz liczy na rewizytę w Białym Domu.

Czy trzeba wyliczać dalej? Czy to nie wystarczy aby wpaść w „dygot taki maleńki”, taki stan lekkiego rauszu, przyjemnego napięcia od rana, z wizją kolejnych spotkań z przyjaznymi, bo dobrze dobranymi przez sztab współpracowników, ludźmi ?

To uzależnia, działa jak narkotyk. Narkotyk władzy.

Dla podtrzymania tego stanu ludzie są wstanie zrobić wiele, niektórzy wszystko.

Żadna wizja Trybunału Stanu –  gdzieś tam, kiedyś tam – nie jest hamulcem. Zwłaszcza w sytuacji, gdy z taką groźbą zainteresowany żyje już od prawie dwóch lat, bo czeka go ów Trybunał za coś, co już się stało: za łamanie Konstytucji przy zmianach przeprowadzonych przez większość rządząca w Trybunale Konstytucyjnym.

Czy można obawiać się kary, gdy ma się już ją wcześniej zapewnioną i nie do uniknięcia?

Może i można, ale to jest już słabsze działanie tego samego bodźca. Wiemy to z psychologii doświadczalnej, wiemy to też z doświadczenia.

Stan „zauroczenia” posiadaną władzą, poczucie mocy jej towarzyszącej to zjawisko powszechne, występujące na wszystkich szczeblach hierarchii. We wszystkich miejscach, w których ludzie mają „pieczątkę”.

Nawet najbardziej oczywiste łamanie prawa nie jest wystarczającym hamulcem jeżeli ci, co te prawa łamią nie są ludźmi moralnymi, jeśli nie są po prostu uczciwi. Uczciwość jako norma, uczciwość jako cecha – to nie jest zresztą typowa miara w ocenie polityka. Mówi się raczej o skuteczności, to jej wymagamy od polityków.

Ale czy tak ma być? Czy to jest dobre rozwiązanie?

Nie wiem, co się stanie z Sądem Najwyższym; nie wiem, kto będzie I Prezesem Sądu Najwyższego w grudniu tego roku. Wiem natomiast, że zło już się stało a wszystkie przesłanki wskazują na to, że będzie jeszcze gorzej. Dla rządzącego Polską Prezesa to jest sytuacja „albo – albo”.

Żadnych hamulców nie będzie.

Walec zmian w Sądzie Najwyższym przetoczy się tak, jak przetoczył się przez Trybunał Konstytucyjny. Dubler Muszynski jako prezes nowoutworzonej Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego z właściwą sobie sprawnością i wdziękiem „weźmie za twarz” niepokornych sędziów. I będzie „pozamiatane”

Zostanie wtedy tylko „ulica i zagranica” ale bardziej to pierwsze niż drugie.

Oby nie!

 

Zbigniew Szczypiński

Gdańsk

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.