
Wioska szwajcarska[1]
Kiedy pewnego letniego dnia roku tysiąc dziewięćset czterdziestego szóstego, a więc w rok po zakończeniu drugiej wojny światowej, zwymiotowałem dopiero co zjedzone śniadanie na marynarkę szwajcarskiego ministra nie wiedziałem tego, co teraz wiedzą wszyscy, tego, że Szwajcaria handlowała z Hitlerem złotymi zębami z Auschwitz i w ogóle pozwalała Hitlerowi na wiele bardzo nieładnych rzeczy. W tym, że wtedy tego nie wiedziałem nie ma nic dziwnego – miałem dopiero dziewięć lat.
Było to bardzo dobre śniadanie – pełniuśki kubek kakao i posmarowana masłem biała kajzerka, z pewną szansą na jeszcze jedną. Pijąc jeszcze przed incydentem z ministrem pierwszy w moim życiu łyk kakao pomyślałem, że nigdzie tak dobrze nie jadłem jak tu – w Wiosce Szwajcarskiej w Otwocku.
Trzy dni wcześniej nauczyłem się alfabetu Morse’a, kiedy więc minister zastanawiał się co ma zrobić ze swoją marynarką, moją pierwszą myślą było, że mógłbym porozumieć się z nim pisząc tym alfabetem „przepraszam”, a nawet zanim minister zdążył powiedzieć coś po niemiecku, ułożyłem już sobie pierwsze sześć liter: /· ̶ ̶ · / · ̶ · / ̶ ̶ · · / · / · ̶ ̶ · / · ̶ · / i zastanawiałem się nad kodem dla litery „a”. Wiedziałem, że to tylko dwa znaki, ale nie pamiętałem jakie. Usłyszawszy gardłowo brzmiące frazy ministra zostawiłem alfabet Morse’a w spokoju i odpowiedziałem jedynymi dwoma słowami jakie znałem po niemiecku: „Hände Hoch” i „Jawohl”, po czym pomyślałem, że to nieuprzejmie i że gdyby był tu Maciek, mój starszy brat, to zrobiłby mi za to blachę i powiedział, że taki idiota jak ja zawsze ma głupie pomysły. Maciek zawsze się mnie czepiał, pół roku wcześniej sporo mi się od niego oberwało za moje pomysły o bombie atomowej.
„Praca nad obrazami jest procesem tworzenia się idei, jest również procesem rozwarstwiania się zagadnienia, koncepcji, z której owy proces się zrodził” – przypuszczam, że plastyk, który to napisał chciał powiedzieć, że „zamierzałem namalować obraz A, ale po pewnej ilości pociągnięć pędzlem coś się rozwarstwiło i wyszło mi malowidło B”.
Tak właśnie mój pomysł użycia alfabetu Morse’a rozwarstwił się w kierunku języka państwa Drittes Reich. A że takich rozwarstwień będzie w dalszych częściach tej książki więcej i więcej, jest możliwe, że zamiast luźnego opisu dziejów mojego życia wyjdzie mi książka o rozwarstwieniach – napiszę kilka stron, przeczytam, pokręcę głową, zacznę skreślać, dodawać i w końcu wyjdzie mi coś zupełnie innego niż na początku.
No właśnie o dodawaniu. Przeczytałem to co napisałem i nie mogę się oprzeć, żeby nie dodać uwagi, że od złotej myśli owego plastyka znacznie bardziej przypada mi do gustu myśl innego plastyka – Zdzisława Beksińskiego: „W moim przypadku tylko beznadziejna walka ze śmiercią i z przemijaniem jest motorem twórczości”. Chodzi mi o dwie proste sprawy: o brak banału i o chęć powiedzenia czegoś istotnego.
XX1.[2] Kilkadziesiąt lat później, w Los Angeles, podczas bankietu w deklarującej najlepsze steki w południowej Kalifornii restauracji siedziałem obok kolegi profesora z Australii. Jedynym przychodzącym mi na myśl tematem do rozpoczęcia rozmowy był fakt, że w dzieciństwie, kiedy gapiłem się w stojący na korytarzu mojej szkoły globus, dowiedziałem się, że niemiecka nazwa Australii to Australien i że pomyślałem wtedy, że nigdy w życiu nie uda mi się spotkać mieszkańca Australii, bo jest do niej zbyt daleko. Nie była to informacja, która by w miły sposób poruszyła mieszkańca tego kontynentu, więc szukając innego tematu do rozmowy, zapytałem australijskiego kolegę profesora w jakim kraju chciałby żyć. Sądziłem, że spojrzy na mnie ze zdziwieniem i odpowie: „Oczywiście, że w Australii”, co pozwoliłoby mi wspomnieć, że w Australii żyje mój były promotor i unikając tak banalnych tematów jak kangury, drzewa eukaliptusowe i misie koala mógłbym sprowadzić rozmowę na inne uroki tego kontynentu jak na przykład budynek opery w Sydney.
Byłem zaskoczony, kiedy kolega profesor powiedział, że chciałby spędzić resztę życia w Szwajcarii. Przypomniałem sobie otwocką Wioskę Szwajcarską, szwajcarskiego ministra, alfabet Morse’a a jeszcze i to, że litera „a” to w alfabecie Morse’a kropka, kreska. A ponieważ wiedziałem wtedy dużo więcej o historii drugiej wojny światowej, to po chwili zobaczyłem oczyma wyobraźni rozsypane na otoczonym czerwienią białym krzyżu szwajcarskiej flagi złote zęby z Auschwitz.
Tamtego dnia w Wiosce Szwajcarskiej stanowiłem dla wykonującego „misję humanitarną” ministra cel bardzo atrakcyjny (pamiętam wpychającego się przed naszą wychowawczynię fotografa). Byłem dochodzącym do siebie dzieckiem skrofulicznym, jeszcze niedawno z wrzodami na twarzy i wargach (mama zwykła posypywać je boraksem – białym proszkiem, który tworzył w moich ustach mamlące się, pozbawione smaku gruzełki), z zepsutymi zębami, z krzywicą (nie wiem czy ta była widoczna), w zniszczonym ubraniu, niedomyty i niestrzyżony. Zdjęcie takiej ofiary wojny serdecznie przytulonej przez ministra wizytującego fundowaną przez Szwajcarów Wioskę Szwajcarską w osiedlu Otwock, położonym tuż pod Warszawą (czyli w bliskości podziwianego przez wszystkich, a doszczętnie zburzonego miasta bohatera), przekonałoby cały świat o dobrej woli zarówno państwa szwajcarskiego jak i samego ministra, a także o tym, że uprawianych w czasie drugiej wojny przez Szwajcarów figielków z Hitlerem nie należy brać na serio, a już na pewno nie należy domagać się od Szwajcarów jakichkolwiek rekompensat pieniężnych – przecież utrzymanie Wioski też kosztuje.
Na tamto śniadanie, tak jak prawie każdego dnia, przyszedłem ostatni. Teraz, kiedy minęło już ponad pół wieku mogę jasno powiedzieć to, o czym wtedy wstydziłem się nawet pomyśleć – w wieku lat dziesięciu byłem chłopcem niepopularnym. Nie, takie stwierdzenie jest za słabe – byłem bowiem nie tylko typowym kandydatem na ofermę, ale byłem właśnie ofermą. Jak zawsze trafia się ofermie, każdy kontakt z moimi rówieśnikami był dla mnie bolesny – wolałem więc, choć głodny, spóźnić się na każdy posiłek. W wyniku tego z reguły siadałem półgębkiem, na końcu ławy, na której siedząc jedliśmy posiłki. A minister rządu szwajcarskiego właśnie tamtędy przechodził.
Szwajcarski minister bardzo podobał się naszej wychowawczyni:
– Jakby nigdy nic zdjął tę zabrudzoną marynarkę i nawet się nie skrzywił – opowiadała koleżance – a wcześniej jak tylko przyszedł, to podał mi rękę i się przedstawił – nazywa się Klimke.
Miałem ochotę powiedzieć, że Klimke to będzie / ̶ · ̶ / · ̶ · · / · · / ̶ ̶ / ̶ · ̶ / · / w alfabecie Morse’a, ale bałem się jej przerwać.
* * *
XX1. Australijski profesor przyglądał się jak zabierałem się do krojenia grubego na ponad dwa cale steka:
– Byłeś kiedyś w Szwajcarii? – Zapytał.
– Byłem blisko – powiedziałem myśląc o uścisku ministra w otwockiej wiosce i jego marynarce.
– No tak. U was w Europie to wszędzie blisko. U nas to nie.
– Pewnie też, dlatego podoba Ci się Szwajcaria – powiedziałem.
Profesor potwierdził. Zniżonym głosem wyjaśnił mi, że czuje się niepewnie mieszkając w pustawym dwudziestomilionowym kraju tuż obok dużego, bo niedługo trzystumilionowego i zdecydowanie przeludnionego sąsiada z północy. Powiedziałem, że rozumiem i zapytałem jak też daleko ma mój profesor do tego sąsiada. Profesor odpowiedział, że od miasta Darwin, w którym mieszka to tylko niespełna czterysta mil morskiej cieśniny – prawie tak jakby rzucić kamieniem. Potakując głową przyznałem mu rację, no bo co też dla trzystu milionów może znaczyć jakaś tam jedna cieśnina. Pomyślałem o Polsce i powiedziałem, że u nas morza jest znacznie mniej, do sąsiadów jeszcze bliżej a też są od nas liczniejsi i często im się takie czy inne polityczne koncepcje zmieniają (miałem ochotę powiedzieć, że się „rozwarstwiają” ale musiałbym wtedy opowiedzieć profesorowi o procesie twórczym wspomnianego wyżej plastyka).

Wypiliśmy na konto jego i moich sąsiadów po drinku i powiedziałem, że kiedyś, w dzieciństwie bardzo podobała mi się flaga Szwajcarii – ten biały krzyż na czerwonym tle. Profesor powiedział, że jemu też się podoba – szczególnie dlatego, że jest wyrazista; po chwili zastanowienia dodał, że na dodatek jest graficznie oszczędna. Pomyślałem o fladze Australii, o tak ładnie wkomponowanym w jej niebieskie tło gwiazdozbiorze Krzyż Południa i powiedziałem profesorowi, że dostarcza mi ona (flaga Australii) przyjemnego przeżycia estetycznego. Ucieszył się, a ja pomyślałem, że autor flagi Australii doszedł do ostatecznego jej kształtu po pewnej ilości rozwarstwień.
* * *
We wrześniu roku tysiąc dziewięćset czterdziestego siódmego, kiedy zaczął się nowy rok szkolny na korytarzu mojej szkoły, w starannie wybranym miejscu, pojawił się ogromny globus – zaryzykowałbym stwierdzenie, że miał ponad metr średnicy. Globus był podarunkiem mieszkającego w pobliżu szkoły ówczesnego marszałka Rzeczypospolitej Michała Żymierskiego, o czym informowała umieszczona na ramie globusa grawerowana w metalu plakietka. Pozostałe napisy na ramie i na kuli globusa były niemieckie.
Tamtego września spędzałem przy globusie sporo czasu. Polskę odszukałem bez trudu – dobrze wiedziałem, gdzie powinna być, potem omijając nieznane słowa udało mi się zidentyfikować Australię – bo na otoczonym oceanicznym błękitem kontynencie stało jak byk słowo Australien. To właśnie wtedy pomyślałem, że nigdy w życiu nie spotkam żadnego Australijczyka i myśl ta była dla mnie rozczarowująca. Takich przykrych myśli miałem więcej, bo wciąż byłem ofermą, wciąż przegrywałem z moimi rówieśnikami we wszystkich kategoriach – czy to w grze w piłkę, w zośkę, a w pierwszej próbie włożenia koleżance z podwórka ręki pod sukienkę skompromitowałem się całkowicie.
Pod koniec września moje wizyty przy globusie zwróciły uwagę pana Grzelaka, woźnego naszej szkoły jeszcze sprzed wojny. Mimo że byłem już trochę lepiej odżywiony wciąż odróżniałem się, choćby ubraniem a chyba i ogólnym zaniedbaniem od moich kolegów i pan Grzelak, zawsze chodzący ze szczotką w ręku wyraźnie mnie nie lubił. Koło globusa często było brudno, a ponieważ wiadomo, że brud przyciąga brud to właśnie ja musiałem być winny.
Któregoś dnia na dużej przerwie pan Grzelak zatrzymał się przy globusie i powiedział, że więcej ma mnie tu nie być, bo śmiecę i brudzę. Sztorcowanie przerwała mu przechodząca moja wychowawczyni, pani Siwczyńska mówiąc:
– Proszę zostawić chłopca w spokoju – na co pan Grzelak patrząc z nienawiścią na globus i postukując go trzonkiem szczotki odpowiedział:
– Niech on zostawi globus w spokoju… A żeby polski marszałek szabrował takie niemieckie gówno – to wstyd.
Odwrócił się i odszedł.
Marszałka Żymierskiego widziałem pół roku wcześniej w kinie na kronice filmowej – wyglądał imponująco – stał w pięknym mundurze obwieszonym orderami, na pewno nie był to mundur z szabru, a amerykański generał Eisenhower przypinał mu order następny – na pewno amerykański. Wtedy to pomyślałem, że gdyby ktoś objaśnił marszałkowi jak ważną bronią jest bomba atomowa to mógłby porozmawiać z generałem Eisenhowerem i poprosić go o pomoc w budowie polskiej bomby atomowej. Bo kiedy tylko, tuż po upadku Niemiec, dowiedziałem się o bombie to od razu bardzo chciałem, żebyśmy w Polsce taką bombę zbudowali.
- Często elegancko usadowiony w czasie przez podanie roku epizod okazuje się być powiązany z wydarzeniami zachodzącymi w przyszłości. Takie wydarzenia dziejące się w wieku dwudziestym pierwszym zaznaczam symbolem XX1. ↑
- Tym symbolem będę oznaczał dotyczące okresu dwudziestego pierwszego wieku wtręty. Bo zaakceptowałem technikę rozwarstwiania się czasowego. ↑
Andrzej Olas
