26.08.2018
Co przeszkadza Kościołowi?
Kościół w ostatnim czasie czyni pewne gesty na rzecz ofiar pedofilii, uczciwie przyznam jednak, że zupełnie nie wierzę w zdolność Kościoła do samooczyszczenia się po tych wszystkich pedofilskich skandalach.
Kościołowi w procesie ekspiacji i wyrugowania zła przeszkadzają bowiem nie jakieś uwarunkowania socjologiczne, psychologiczne czy kryminalistyczne – a więc czynniki, które można przezwyciężyć odpowiednim programem naprawczym, mającym praktyczny wymiar – ale jego własna teologia, jego najgłębsza, zupełnie nieprzemakalna, oporna na wszystkie czynniki zewnętrzne tożsamość. Naprawdę lepiej dla całej debaty publicznej będzie, jeśli prędko sobie uświadomimy, że Kościół tuszował wszystkie zbrodnie popełniane na dzieciach nie ze strachu przed karą i nie z szeregu pragmatycznych powodów, ale dlatego, że chciał za wszelką cenę obronić spójność narracji o własnej istocie. Innymi słowy, Kościół musiałby teraz przestać być sobą, żeby spektakularnie rozprawić się z księżmi-pedofilami.
Na czym polega ta kościelna tożsamościowa opowieść? Jak Kościół określa własną naturę? Uważa mianowicie, że został założony przez Jezusa – Boga, nie pochodzi więc z tego świata, służy sprawom z innego porządku niż doczesny i odznacza się przymiotami, których świat doczesny nie posiada: jest w sprawach wiary i moralności nieomylny, dysponuje także rozmaitymi boskimi prerogatywami, na przykład może sprawować sakramenty, które są według Kościoła gwarancją relacji z Bogiem. Sprowadzając to wszystko do jakiejś formuły podstawowej, należałoby powiedzieć, że Kościół utrzymuje o sobie, że – z Bożego nadania – ma władzę prowadzić człowieka do życia wiecznego i swoimi działaniami przesądzać o jego zbawieniu bądź potępieniu („wszystko, co zwiążesz na Ziemi, będzie związane w Niebie”).
To bardzo mocne, totalne przekonanie, dające Kościołowi bardzo dużą władzę nad pobożnymi ludźmi, a także nad politykami w tych krajach, w których ludzie pobożni stanowią większość. Ostatecznie w ten sposób – chociaż współcześnie jest o to coraz trudniej z powodu procesów laicyzacyjnych – Kościół może zyskać silny wpływ na ustawodawstwo i kształt państwa. Tym silniejszy, że formuje przecież nie tylko bezpośrednie decyzje wyborcze, ale też – czy raczej: przede wszystkim –sumienia ludzi, którzy często podejmują w życiu społecznym decyzje na miarę kościelnych oczekiwań zupełnie podprogowo i automatycznie, nawet jeśli już od dawna z Kościołem nie są ściśle związani.
A co nam zostanie, gdy tę warstwę religijną zredukujemy?
Otóż jeśli weźmiemy w nawias te religijne teorie, dostrzeżemy, że Kościół jest instytucją na wskroś banalną, działającą jak duża globalna korporacja o olbrzymim zasięgu, tworzona przez ludzi o rozmaitych kwalifikacjach, a nierzadko bez kwalifikacji i z bardzo małym kapitałem intelektualnym i etycznym. Można nawet zaryzykować tezę, że Kościół ma kadry managerskie dużo ułomniejsze niż przeciętna firma, bo nie stosuje żadnych sensownych procesów rekrutacyjnych. Tak pojęty Kościół – funkcjonujący jak zwykła organizacja – ma do zaoferowania ludziom określony towar w postaci danej obietnicy religijnej i musi ten towar odpowiednio zaprezentować. Robi to na rozmaite sposoby, mądrzej bądź głupiej, i jedni ludzie chcą ten towar od Kościoła kupować, inni nie. Obowiązują tu klasyczne mechanizmy rynkowe: w pierwszej kolejności kupią ten towar ci, którzy z powodu swojej sytuacji życiowej naprawdę go potrzebują do zyskania poczucia sensu życia, w drugiej – ci, których Kościół przekonał, że go potrzebują, potem kupią go jeszcze ci, którzy mają do tego towaru jakiś sentyment, a wreszcie – sporo ludzi go nie kupi.
Tak działający Kościół – tworzony przez zwykłych śmiertelników i mozolnie budujący swoją korporacyjność – popełnia rozmaite błędy, ma w swoich szeregach ludzi szkodliwych, skazany jest też na ryzyko utraty zaufania. Jak każde przedsiębiorstwo.
W tym miejscu jednak podobieństwa Kościoła do zwykłych firm i organizacji się kończą.
Wszelkie świeckie podmioty działające we współczesnym świecie mają bowiem opracowane – lepiej lub gorzej – procedury na wypadek odkrycia rozmaitych nieprawidłowości w postępowaniu pracowników.
W wielkich światowych korporacjach istnieją specjalne komórki, do których pracownicy mogą raportować molestowanie seksualne, mobbing, dyskryminację i inne nadużycia. Wiadomo, że działa to z różnym skutkiem, ale godny pochwały jest już sam fakt tworzenia w biznesie odpowiednich narzędzi reagowania, a wręcz swoistej kultury niezgody na rozmaite formy przemocy. W ostatnim czasie – i jest to na pewno zasługa rozmaitych sygnalistów i Internetu – wiodące firmy są już naprawdę coraz skuteczniejsze w przeciwdziałaniu toksycznym czy wręcz przestępczym stosunkom między pracownikami.
Wobec prześladowców wyciągane są surowe konsekwencje, włącznie ze zwolnieniami dyscyplinarnymi. Najważniejsze zaś jest to, że sporo osób z kadry zarządzającej czuje, że trzeba zrobić w tej materii jeszcze więcej, że to dopiero początek drogi. I nie chodzi tu tylko o przestępstwa przeciw wolności osobistej pracowników. Chodzi też o nadużycia finansowe, o korupcję, o nepotyzm.
Nawet FIFA, organizacja wyjątkowo skorumpowana i iście bizantyjska w stylu bycia, wprowadziła różne regulacje naprawcze. A Kościół niczego takiego nie robi. I to jest właśnie sedno sprawy: Kościół – złożony z ludzi, zarządzany przez ludzi, funkcjonujący dla ludzi, stosujący typowo ludzkie formy organizacyjne i typowo ludzkie metody pozyskiwania klienteli oraz błądzący w sposób typowo ludzki – nie chce wziąć za wszystko, co w nim typowo ludzkie, typowo ludzkiej odpowiedzialności. Gdyby dyrektor filii dużego koncernu motoryzacyjnego okazał się szefem gangu pedofilów, rychło zostałby wyrzucony z firmy. Prawdopodobnie pracę straciłby też prezes, jeśli pedofilskie przestępstwa dyrektora ciągnęłyby się przez lata rządów prezesa. Przedsiębiorstwo czekałaby kadrowa rewolucja.
W Kościele zaś kadry w zasadzie się nie zmieniają. Biskupi dalej siedzą na swoich biskupich tronach, mimo że pod ich nosem rozgrywały się pedofilskie zbrodnie. W polskim episkopacie też paru takich nazwisk można by się doszukać. Też mamy takich biskupów, którzy przerzucali księży pedofilów z parafii na parafię i szukali im azylu. W każdej szanującej się firmie taki biskup trafiłby na bezrobocie.
W tym miejscu jednak Kościół zaczyna brutalnie odpierać tę podstawową ludzką logikę o odpowiedzialności organizacji i o systemowych uwikłaniach. Ignoruje to wyjaśnienie, że żaden ksiądz pedofil nie osiągnąłby tak dużej skuteczności, gdyby nie mógł liczyć na wyrozumiałość i wsparcie pryncypałów.
Kościół nie chce spojrzeć na siebie jak na jedną z wielu firm, z której trzeba wyrzucić niewłaściwych pracowników. Nie chce rozliczać swojego personelu z poważnych ludzkich wad. Zamiast tego uruchamia z marszu te wszystkie – omówione przeze mnie kilka akapitów wyżej – wątki teologiczne. I słyszymy wtedy od księży i biskupów, że Kościół może i składa się z różnych grzeszników, ale przecież ma też swój wymiar transcendentny, prowadzi ludzi do zbawienia, pokazuje im wyższy porządek, odsłania „prawdziwe wartości”, i to jest kluczowe i na tym powinniśmy się skupić.
Dochodzi tu zatem do bardzo karkołomnego fikołka ideologicznego: niedookreślona, mglista i będąca wyłącznie sprawą jakiegoś konceptu religijnego świętość Kościoła ma się okazać ważniejsza niż twarde ludzkie czyny, niż twarde ludzkie zależności. Prosi się nas o to, byśmy odwrócili wzrok od tych wszystkich księży z krwi i kości, często aż do granic możliwości zepsutych i szkodliwych, i spojrzeli w stronę tego, co ulotne i nie do udowodnienia.
Chrystusowość Kościoła to sprawa wiary, natomiast pedofilskie zbrodnie Kościoła to sprawa twardej materii. I to ta materia musi mieć prymat we wszelkich ocenach i reakcjach. Jeśli Kościół wygląda i zachowuje się jak głęboko patologiczna, niszcząca organizacja, o rysie nierzadko – jak choćby w Pensylwanii – mafijnym, to musimy powiedzieć, że jest głęboko patologiczną, niszczącą organizacją o rysie mafijnym, niczym innym; nie możemy mówić, że to zło to tylko takie przypadłościowe cechy, a tak naprawdę – na jakimś niepodlegającym dowodzeniu poziomie boskim – Kościół jest nieskazitelny.
Kościół próbuje nas wciągnąć w swoją grę, na którą w żadnym razie nie powinniśmy się zgadzać. Figury, które Kościół rozkłada na planszy, muszą zostać strącone gwałtownym ruchem ręki prosto na podłogę. Trzeba tym ludziom otwarcie powiedzieć, że jeśli zachowują się jak mafiozi, to po prostu są mafiozami, i żadne teologiczne zabiegi nie mogą nagle zrobić z nich reprezentantów dobra i świętości. Biskup, który osłania księdza pedofila, szuka mu nowych zadań, kieruje do innej pracy – jest po prostu gangsterem i żadne słówka o tym, że Chrystus mimo zła jest w takim Kościele kluczowy, nie powinny na ludzi działać. Nie możemy sobie pozwolić na rozdwojenie jaźni, nie możemy przykładać do Kościoła innych norm, niż przyłożylibyśmy do jakiejkolwiek innej organizacji.
Widać już chyba nieźle, co Kościół musiałby zrobić, żeby rzeczywiście szczerze i głęboko, wszechstronnie rozprawić się ze złem pedofilii w szeregach duchownych. Musiałby zdjąć maskę. Porzucić swoją pychę. Zostawić za sobą to iście magiczne myślenie, że zło przez niego sprawione go nie określa, bo tak naprawdę, dzięki Chrystusowi, jest święty i tylko to się liczy. Innymi słowy, Kościół musiałby porzucić niebiańskie obłoki, zejść na ziemię i zrobić to, co zwykle robią organizacje, które mają na sumieniu tyle niegodziwości: przebudować się aż do fundamentów, a może nawet ogłosić upadłość i potem próbować działać od nowa, na innych warunkach.
Kościół oczywiście sam tego nie zrobi, bo wtedy przestałby być Kościołem. Ale ludzie – klienci Kościoła – mogą mu pomóc. Wystarczy postąpić tak, jak Irlandczycy.
Kościołowi w procesie ekspiacji i wyrugowania zła przeszkadzają bowiem nie jakieś uwarunkowania socjologiczne, psychologiczne czy kryminalistyczne – a więc czynniki, które można przezwyciężyć odpowiednim programem naprawczym, mającym praktyczny wymiar – ale jego własna teologia, jego najgłębsza, zupełnie nieprzemakalna, oporna na wszystkie czynniki zewnętrzne tożsamość. Naprawdę lepiej dla całej debaty publicznej będzie, jeśli prędko sobie uświadomimy, że Kościół tuszował wszystkie zbrodnie popełniane na dzieciach nie ze strachu przed karą i nie z szeregu pragmatycznych powodów, ale dlatego, że chciał za wszelką cenę obronić spójność narracji o własnej istocie. Innymi słowy, Kościół musiałby teraz przestać być sobą, żeby spektakularnie rozprawić się z księżmi-pedofilami.
Jarosław Dudycz

Dokładnie tak i jeszcze bardziej. A oprócz tego : żadnego „Boga” nie ma.
Albo raczej było/jest bogów tysiące. W Polsce zarejestrowanych jest ok. 160 wyznań/kościołów. FSM nie wliczając
Odpowiedzialność za ukrywanie pedofilów spada na wszystkich Katolików. Każdy, kto chodzi do kościoła, daje na tacę, pisze KMB na drzwiach, nazywa szkołę imieniem JPII, ma na sumieniu gwałcone i molestowane dzieci.
Oczywiście, że tak w sprawie artykułu.
Proszę sobie wyobrazić, co działoby się, gdyby przypadki pedofilii, i ukrywania jej, odkryto np. w PZPR. Winni byliby Gierek, Róża Luksemburg, Waryński i Marks. No i jeszcze ten zabieg socjotechniczny: Śmierć ks. Popiełuszki opromienia cały kościół. Popiełuszko to kościół. Żywią się ci nekrofile jego śmiercią do dziś. A tysiące pedofilów to zbrodnie pojedynczych księży, grzeszników, którzy z kościołem nie mają nic wspólnego. Kościół to nie oni. Kościół to Popiełuszko.
Dobry tekst. Podobnie jest w innych sprawach, np. w/s celibatu, słyszymy teologiczne argumenty, a w istocie chodzi przecież o kwestie zachowania spójności majątku.
Pełna zgoda ze stanowiskiem wyrażonym przez Autora artykułu. Tę ścieżke rozumowania należy odnieśc do wszystkich zbrodni KRK na przestrzeni dziejów, w tym wojen krzyżowych, „świętej inkwizycji”, czy blokowanie po dziś dzień epokowych odkryć naukowych jak kopernikański heliocentryzm i wiele innych. Zbrodnie całej instytucji były i są nadal kluczowe dla zrozumienia oszustwa tą pseudoreligijną rola KRK. Na tle tych oficjalnych zbrodni pedofilia jest „zaledwie” wyrazem ludzkich słabości pojedynczych ludzi, a nie odpowiedzialnością całego KRK. Tymczasem źródłem tej zbrodni KRK jest ewangelia właśnie, przypisująca księżom i biskupom rolę nieomylnych urzedników ich Boga. Boga, którego nikt nie widział ale co więcej nikt nie zauwazył jego jakiegokolwiek wpływu na śprawy doczesne. Ewangelia jest zatem „żelaznym listem”, dzieki któremu KRK unika kary ze strony ziemskiej sprawiedliwości. Do czasu.
„Kościół – funkcjonujący jak zwykła organizacja”. Ileż czasu musiało upłynąć, żeby ten „zwykły” aspekt globalnej korporacji z pretensjami do władzy absolutnej pojawił się w dyskusji. Biurokracja jest wszędzie taka sama, a kamuflowanie jej zwykłości „świętością” jest nieuczciwe, służy kłamstwu i manipulacji. Nadal ciężko przebija się do dyskursu niewinny (?) aspekt politycznego wpływu tej niedemokratycznej organizacji na przebieg wyborów w Polsce. Nazywamy je demokratycznymi, a czy na pewno takimi są?
To trafna propozycja aby na KRK spojrzeć jak na korporację – w pełni podzielam wszystkie tezy artykułu.
Przechodząc na niższy poziom, na tu i teraz, do kościoła w Polsce – oczekuje z niecierpliwością na te głosy, tych co zajmują się problematyką kościoła w ogóle ale i w Polsce (to wydaje się być nierozłączne), na wątki dotyczące odpowiedzialności polskiego papieża a obecnie świętego tego kościoła, na rolę Karola Wojtyłły znanego jako Jan Paweł II. To jest nieuniknione – raport filadelfijski obejmuje taki czas w którym to on był papieżem. Relacje Watykanu z tym strasznym człowiekiem – założycielem Legionu nie znalazły wyjaśnienia, może kardynał Dziwisz coś powie
Czy afera pedofilska zatopi kościół w Polsce tak jak w Irlandii tego nie wiem, obawiam się jednak, że społeczeństwo polskie jest słabsze niż irlandzkie w starciu z klerem
A tak a propos – co z filmem Kler – zapowiedzi, zwiastuny i nic. Pachnie aferą
„Release
The film „premiered to sustained applause” at the Venice Film Festival and the audience „erupted in laughter” when the film reported that following the events in the film Cardinal Bernard Law was reassigned to a senior position of honor in Rome.”
To fragment strony z en. wiki poświęconej filmowi „Spotlight”. Święty JP 2, wielki Polak – arcybiskupa Bostonu odpowiedzialnego za ukrywanie setek księży gwałcących tysięce dzieci w tej archidiecezji wynagrodził wspaniałą funkcją honorową w Watykanie. I dlatego na festiwalu sala wybuchnęła gromkim śmiechem. Śmiali się z obrońcy pedofila, papież JP 2, „wielkiego” Polaka.
To przenikliwa analiza. Podobne od lat proponuje Tadeusz Bartoś, a Tomasz Polak zaproponował wnikliwą dekonstrukcję kościoła jako maszyny społecznej: http://racjonalista.tv/o-maszynie-spolecznej-kosciola-prof-tomasz-polak/ warto posłuchać. Kiedyś zapytałem Tomasza Polaka kiedy ta maszyna przestanie działać, odpowiedział krótko: kiedy zabraknie jej pieniędzy i kiedy masa krytyczna zarzutów wobec niej zostanie przekroczona. Mam wrażenie, że do tej granicy powoli się zbliżamy (choć finanse na razie są mocne).
Dziękuję. Skorzystałem z linku i wysłuchałem profesora Tomasz Polaka. To interesujące studium biurokracji 2000 letniej istytucji. Do tej granicy zbliża sie kościół w Irlandii,może jeszcze w Kanadzie czy USA. W Polsce do tej granicy na razie daleko. Chyba, że zacznie wiaż wiatr historii – wtedy dystans gwałtownie się zmniejszy.
Kościół jest przede wszystkim zjawiskiem społecznym. Kazde społeczeństwo oparte jest na rozmaitych więzach i wspólnotach. Rola Kościoła słabnie, jeśli potrzeba takich więzów jest zaspokajana w inny sposób niż parafialno-religijny. Polskie post-chłopskie społeczeństwo jest zdominowane przez te akurat wspólnotę. W miastach jest inaczej, bo tam jest bogactwo możliwości. Wystarczy się przejść warszawskim Krakowskim Przedmieściem, żeby zobaczyć mnogość propozycji. W takim otoczeniu nie trzeba iść do kościoła, żeby poczuć wspólnotę z innymi ludźmi. Tam, gdzie tych propozycji jest mniej, lokalna parafia wchodzi w role monopolisty. Pojawia się duopol „kościół – karczma”, który zaspokaja większość potrzeb społecznych. Nie da się Kościoła wykorzenić z tej roli, nie proponując niczego w zamian. Co więcej, takie propozycje nie mogą przychodzić z zewnątrz. Zakładanie domów kultury na wsiach przez aktywistów z miast to jednak przeszłość. Podsumowując, Kościół jest silny wszędzie tam, gdzie życie społeczne jest ubogie. To nie jest kwestia mamony, która płynie do Rydzyka. To jest raczej kwestia potrzeby i tęsknoty ludzi za wspólnotą. Jeśli nie ma innych wspólnot, to pozostaje właśnie ta.
Tzw. „owieczki” przemilczą i wybaczą każdą niegodziwość księży i Kościoła, bo inaczej musiałyby zrezygnować z najważniejszej wspólnoty, którą posiadają. Musiałyby zbudować inną w zastępstwie utraconej, a tego nie potrafią zrobić.
Dlatego trzeba dać sobie spokój z takimi właśnie „owieczkami” i ponad ich głowami oczyścić tę stajnię Augiasza. Zrazu skołowane „owieczki” będą musiały nauczyć się oddychać świeżym powietrzem, a jeśli tego nie potrafią, lub nie zechcą …to cóż, bezpieczeństwo dzieci jest ważniejsze od jakiejś zafiksowanej w zabobonie wspólnoty.
„Kościołowi w procesie ekspiacji i wyrugowania zła przeszkadza (…) jego własna teologia, jego najgłębsza, zupełnie nieprzemakalna, oporna na wszystkie czynniki zewnętrzne tożsamość” – twierdzi Jarosław Dudycz.
„To [sprzeciw wobec praktyk pedofilskich i ich ukrywania – RC] jest wprost Wasz obowiązek wynikający z katechizmu: Stosownie do posiadanej wiedzy, kompetencji i zdolności, jakie posiadacie, przysługuje Wam prawo, a niekiedy nawet obowiązek wyjawiania swego zdania świętym pasterzom w sprawach dotyczących dobra kościoła” – twierdzi natomiast w Gazecie Wyborczej (list „Do przyjaciół katolików”) Jacek Dehnel.
I dalej: „Nie lękajcie się. Na sądzie, w który wierzycie, nie będziecie sądzeni za to, czy proboszcz się na was nie dąsał, ale za to, czy broniliście krzywdzonych. Pamiętajcie, że zgodnie z Waszą religią – i to w niej jest dla mnie, niewierzącego, najpiękniejsze – każde dobro i każda krzywda wyrządzane bliźniemu są wyrządzane bezpośrednio bogu.”
Jeden z Panów musi się zatem mylić. Ponieważ podstawą tożsamości i teologii Kościoła jest Ewangelia – a tę znam dobrze – nie mam wątpliwości, że myli się Jarosław Dudycz.
“Na czym polega ta kościelna tożsamościowa opowieść?”
.
Nie ma jednej opowieści, co nie znaczy, że nie ma tej dominującej.
.
Przytoczona w tekście autorskim “opowieść” to obraz typowego kościoła ludowego, gdzie język metafory, a nawet przypowieści, służyć może jedynie dekoracji, dokładnie tak, jak pozostałe przedmioty rozbudowanego kultu. Duchowość ludowa zawsze była przepojona magicznością i wypełniona panteonem spersonalizowanych bóstw. Katolicyzm wchłonął lokalną (pogańską) tożsamość, zmieniając jedynie narrację. Fetyszyzacji podlega nawet słowo.
Ma być wyniosłe, wzniosłe. Tu nie ma miejsca na autorefleksję czy duchowość (rozumianą zgodnie ze współczesną interpretacją inteligencji duchowej). Dominuje sama fasadowość, skostniałe rytuały. Czy to się dzieje w jakimś kraju afrykańskim czy w Polsce, to nie ma aż tak dużej różnicy. Gościnnie katolicki uzdrowiciel John Bashobora gościł w Polsce wielokrotnie, (za przyzwoleniem Kościoła) i przyciągał tłumy “wiernych”.
Schemat jest zawsze ten sam – schemat popkulturowy.
Byli celebrujący, teraz są celebryci.
.
Kościół zawsze nosi znamię lokalnej mentalności.
Kk w Polsce dawno utracił dar przyciągania elit, co warto odnotować.
.
Stał się produktem wyłącznie kultury masowej, gdzie dominuje wszechobecny kicz.
Ten archaiczny model kultury masowej wyprany jest z intelektualnych ambicji, tak jak jego najwierniejsza część “elektoratu”
….. ale w historii Kościoła bywało różnie.
.
Tożsamość Kościoła podlega zmianom.
Dziś przybiera postać histeryczną i dość zaborczą, zgodnie z poziomem jego aktualnych “elit”. To zaczyna przypominać radykalną sektę.
.
Manierystyczne przerysowania i jałowość intelektualna zapowiadały zazwyczaj rychły upadek panujących mód, stylów, a nawet epok, na co i w tym przypadku liczę, co nie znaczy, że się osobiście ich doczekam
Dopowiem.
Skąd ta jednoznaczość we wcześniejszym komentarzu?
Powodów widzę kilka. Na marginesie:każdy skrótowo ujęty osąd chętnie rozwinę.
Tu już chyba nie chodzi o tożsamość kościoła, zwyczajowo (ale czy przez szacunek?) pisane przez duże K, ale już o własną tożsamość!
Rozważania o tożsamości kościoła, podobnie jak rozważania o moralności gwałciciela, są wspaniałomyślne, ale..
.
Ale, gdy oglądam pierwsze świadectwo szkolne wnuczki, gdzie jest tylko jedna ocena – ocena z religii!!!,
to tracę poczucie sensu w rozważaniach, czy może jednak cham nie jest chamem?
Z faktami się raczej nie dyskutuje… gdy się je widzi.
Jak ktoś gwałci, to jest po prostu gwałcicielem.
Zbyt osobiste?
.
Jeżeli odpowiedź na to pytanie ma przesądzać o swobodzie wypowiedzi, to podsunę dość sarkastyczne pytanie: może “gwałciciel” nie aż tak zły, tylko pomylił ofiarę?
.
Taktykę kk trafnie określił prof. Bartoś.
Nie będę jej przytaczał. Każdy sam znajdzie, gdy tylko zechce.
Ujmę to po swojemu.
Jak ktoś patologicznie lub programowo kłamie, co na jedno wychodzi, to zastanawianie się nad utratą wiarygodności tej instytucji czy osoby, jest już daleko nie na czasie.
.
Żebym nie był źle zrozumiany. Doceniam wartość tekstu autorskiego, uważam jednak, że ze stanu zamroczenia umysłu warto otrząsnąć szybciej.
.
To tylko prywatny osąd.
Nie pamietam juz ile razy i ile lat temu w publikowanych tekstach pierwszy raz nazwałem KRK „sektą chciwych pedofili”.Ale nikt nie podjał ze mna polemiki, ani mnie nie wyklął. Cieszę się bardzo że autor „Tożsamości …” rozwinął główny temat, ale przecież chodzi o to samo. Szkoda że nie rozszerzył sprawy przestępstw korupcji, zbrodni politycznych i finansowych. Jednak sporo tych wyłudzonych funduszy przyczyniło się do powstania wspaniałych dzieł sztuki i rewelacyjnej architektury – głównie poza Polską. Zawsze będąc za granicą zachwyca mnie efekt tego wcielonego zła.