Ernest Skalski: Bardzo zgrzeszyłem…

 myślą, mową, uczynkiem i zaniechaniem…

29.08.2018

…powtarza w każdej spowiedzi powszechnej podczas mszy, również papież Franciszek. I przyznam, że ciągle jeszcze bronię w sobie jakiejś dozy sympatii doń bo wiem, że liczne jego zaniechania są wymuszone.

Zdając sobie sprawę z jego ograniczeń, rozumiem, że jeśli by przeprowadził radykalne porządki w kurii watykańskiej, to pozbawiłby się możliwości kierowania Kościołem, z braku narzędzi i z powodu sabotażu hierarchów

Wiem, dlaczego nie może sobie pozwolić, aby expressis verbis nakazać udzielania komunii małżonkom, których wcześniejsze małżeństwa były zawarte w kościele. Wie co mu grozi. Redaktor Tomasz Terlikowski, jako plus catholique que le Pape, uważa za niebezpiecznego liberała nawet Chrystusa z jego słowami: „…bierzcie i jedzcie z tego wszyscy”. I jeśli Franciszek to zalecenie, powtarzane na każdej mszy, każe wykonywać dosłownie, to red. TT doprowadzi do schizmy w Kościele. On już umieszczenie przez Franciszka w katechizmie zakazu kary śmierci przyjął z najwyższym oburzeniem.

Z karą śmierci jednakże jest łatwo o tyle, że już nie Kościół już ją orzeka i wykonuje. Ale to, jak należy traktować zbrodnie, przestępstwa i występki popełniane przez ludzi Kościoła – to wynika z jego działania jako instytucji. A przede wszystkim od tego papież mówi i robi. I czego nie robi.

Otóż papież Franciszek mówi dużo i słusznie. Słusznie i dużo. Ale czy nie za dużo? Ile można się kajać i płakać, przepraszać, żałować, współczuć, potępiać. Przecież te słowa i gesty zaczynają się dezawuować. Czy Franciszek nie zdaje sobie sprawy, że może się stać – już się staje? – postacią śmieszną i żałosną? I to przy takiej władzy jaka należy do jego urzędu!

Władcą absolutnym, z bożej łaski, zostawało się przez sam fakt właściwego urodzenia się w rodzinie Habsburgów, Burbonów czy Romanowych. A łaska niekoniecznie obdarzała rozumem i charakterem wraz z władzą. Lecz na konklawe staje się do wyboru, już po długiej drodze życiowej i dokonaniach podlegających o cenie. I akceptuje się wybór, przeważnie po serii głosowań. Widziały gały…

Inne czasy i miejsce, inne sprawy, inni ludzie i inne warunki. Ale zasady te same. Non possumus. Stefan kardynał Wyszyński. Rozumiał bezlitosne uwarunkowania, dbał o powierzoną mu materię, szedł na kompromisy i jawne ustępstwa. Do punktu, który uznał za granicę, za którą przestają być ważne inne względy. Czy aby Kościół „z naszym papieżem Franciszkiem” nie przekracza tej granicy? Nie widząc jej, czy nie mając siły aby się na niej zatrzymać?

Ewangelia jest publikacją ogólnie dostępną i każdy ma prawo się na nią powoływać. Wyłania się z niej dobry Chrystus z przesłaniem miłości i dobroci, wyrozumiałości i przebaczenia. I przy tym:

Lecz kto by się stał powodem grzechu dla jednego z tych małych, którzy wierzą we Mnie, temu byłoby lepiej kamień młyński zawiesić u szyi i utopić go w głębi morza. Biada światu z powodu zgorszeń! Muszą wprawdzie przyjść zgorszenia, lecz biada człowiekowi, przez którego dokonuje się zgorszenie. Otóż jeśli twoja ręka lub noga jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją i odrzuć od siebie! Lepiej jest dla ciebie wejść do życia ułomnym lub chromym, niż z dwiema rękami lub dwiema nogami być wrzuconym w ogień wieczny. I jeśli twoje oko jest dla ciebie powodem grzechu, wyłup je i odrzuć od siebie! Lepiej jest dla ciebie jednookim wejść do życia, niż z dwojgiem oczu być wrzuconym do piekła ognistego. Strzeżcie się, żebyście nie gardzili żadnym z tych małych; albowiem powiadam wam: Aniołowie ich w niebie wpatrują się zawsze w oblicze Ojca mojego, który jest w niebie.

(Mt XVIII,6-11)

Nieco innymi słowami powtarzają zapis Mateusza ewangeliści Marek i Łukasz. Wydawałoby się, że dla kogoś, kto uznaje, że Ewangelia kanoniczna jest słowem bożym, kto uznawany jest – i chyba sam się uznaje – za namiestnika Boga na ziemi, to dla tego kogoś jest jasno wyznaczona przez Ewangelię granica, za którą obowiązuje to non possumus. Dictum est!

To chyba dla ludzi Kościoła, a więc przede wszystkim dla papieża, powinno znaczyć, że nie możemy w nim tolerować funkcyjnych popełniających te czyny i współwinnych, którzy ich kryją.

Od odreagowujących swoje kompleksy siostrzyczek w internatach, po księży kardynałów, metropolitów i prefektów kongregacji na Watykanie. A to oznacza wydalenie ze stanu duchownego, pozbawienie wszystkich stanowisk, tytułów, godności, apanaży i wszelkich innych możliwych przywilejów. Sądy duchowne dla duchownych swoją drogą. Lecz tam gdzie czyny wchodzą w kolizje z kodeksami karnymi i się nie przedawniły, tam winno nastąpić wydanie władzy świeckiej dla „ukarania bez przelewania krwi”. Dla Św. Inkwizycji oznaczało to spalenie na stosie, lecz po ostatniej franciszkowej zmianie w katechizmie – już nie aż tak straszne.

A co się dzieje? Kardynał Bertrand Law, metropolita Bostonu, kryjący księży pedofilów, przenoszący ich z miejsca na miejsce z dostępem do kolejnych ofiar, musiał opuścić stanowisko, po wykryciu tego procederu przez gazetę „The Boston Globe”. (Kto nie widział filmu „Spotlight” niech się postara zobaczyć) Ląduje w Rzymie jako archiprezbiter bazyliki papieskiej – św. Jana Pawła II – Santa Maria Maggiore, w latach 2004 -2011. To bardzo szacowny obiekt kultu, oblegany przez wiernych i turystów, których wstęp reguluje policja. Za jakie zasługi ta honorowa pozycja?

Juliusz Paetz, arcybiskup metropolita poznański. Wykorzystywał seksualnie księży, kleryków. To najcięższy wśród stawianych mu zarzutów. Długo nie skutkowały. Dopiero w roku 2002, Jan Paweł II, pod naciskiem dr. Wandy Półtawskiej, z której zdaniem liczył się od lat, pozbawił go stanowiska i zakazał mu posługi biskupiej. Zatem Paetz bryluje w Poznaniu jako arcybiskup senior. Bywa, uświetnia, koncelebruje msze. Nie zraża go spotykana czasem odprawa.

Przed obchodami 1050-lecia chrztu Polski, abp. Celestino Migliore, legat papieski przypomniał szykującemu się do tej gali Paetzowi, że „Ojciec Święty zdecydowanie ponawia zaproszenie do życia w odosobnieniu, w postawie skruchy i modlitwy”. Wytrwał w tym niecały rok. „Jestem tu u siebie” – powiedział, a ramię Franciszka już do Poznania nie sięga . Zastanawiające jak to znoszą konfratrzy koncelebransi Paetza, przystępujący z nim ad altare Dei.

Z punktu widzenia wierzących, czyny nierządne, o których tutaj mówimy, gwałcą, jasno wyłożone i autoryzowane przez magisterium Kościoła, przykazania boskie, określane ostatnio jako prawo naturalne. Niech i tak będzie. Jest ono w tym zgodne z kantowskim prawem moralnym we mnie/w nas i z oceną kodeksów karnych cywilizowanych krajów. Otóż wspomniane wyżej zaniechanie ze strony Kościoła i jego najwyższego zwierzchnika oznacza współwinę, naruszającą wszystkie te trzy prawa.

Poza tym pozostaje w sprzeczności z czymś co się określa jako damage control, co Kościoła powinno dotyczyć, tak jak większości instytucji na ziemi.

Niniejszy tekst został poprzedzony tekstem p. Jarosława Dudycza i kilkoma tekstami p. Stanisława Obirka. Wszystkie na ten sam temat. Z tekstu p. Dudycza i komentarzy doń wynika oczywisty wniosek. W transcendencję Kościoła można wierzyć lub nie. Ale na Ziemi jest to ziemski podmiot, poddany ziemskim prawom i narażony na ziemskie przypadki. Często zawinione i niebezpieczne. Jeśli dotyczy to podmiotu, który zajmuje ważne miejsce w świadomości publicznej – co może dotyczyć dużej firmy, a już na pewno związku wyznaniowego – to nie wystarczy kwalifikowana pomoc prawna. Skrupulatna obrona, negująca, bądź zmniejszająca winę, wysuwanie okoliczności łagodzących – to wszystko może być skuteczne przed sądem profesjonalnym, ale nie przed sądem opinii publicznej.

Oczywiście w obu przypadkach należy natychmiast przerwać zły proceder. Ale damage control wymaga natychmiastowego przyznania się do winy, bez prób jej pomniejszania, szukania wytłumaczeń i wskazywania współwinnych. Obrona tylko rozjusza oskarżających. Dobrze robi nawet przyznanie się do czegoś, co zgoła nie jest zarzucane, potępienie, odsunięcie i ukaranie kogo należy, nie ograniczając się do płotek. Spektakularne zmiany naprawcze, głośne i pokorne przeprosiny, możliwe zadośćuczynienie. To w poważnym stopniu rozbraja krytyczne i nawet wrogie nastroje, budzi odczucia zrozumienia, a nawet współczucie.

Jeśli się chwilę zastanowić, to przecież nie widać w tym niczego sprzecznego z praktyką, którą Kościół od wieków zaleca, tylko jakoś nie bardzo stosuje do siebie. Niemądrze. Ksiądz profesor Józef Tischner zostawił spostrzeżenie, że nigdy nie spotkał kogoś, kogo by wiary pozbawili lektorzy marksizmu – leninizmu, a wielu widział pozbawionych jej przez księdza proboszcza.

Żeby tylko proboszcza! Nie przypadkiem wspomniałem teksty prof. Obirka o papieżu Franciszku. Są one spokojne, rzeczowe, analityczne, no i krytyczne.

Z całym szacunkiem, panie profesorze. Doceniam, że dostrzega pan wszystkie pozytywne strony Franciszka i jego pontyfikatu. Podoba mi się, że stara się pan zachować do niego sympatię. Ale nie tylko mnie przychodzi to z coraz większym trudem. Bo w jego przypadku coraz trudniej jest bilansować liczne plusy i ten jeden minus, zaniechanie.

Print Friendly, PDF & Email

15 komentarzy

  1. PIRS 29.08.2018
  2. hazelhard 29.08.2018
    • Ernest Skalski 29.08.2018
  3. slawek 29.08.2018
  4. Zbyszek123 30.08.2018
  5. wejszyc 30.08.2018
    • jacekm 31.08.2018
      • wejszyc 31.08.2018
  6. Obirek 31.08.2018
  7. narciarz2 31.08.2018
  8. wejszyc 01.09.2018
    • narciarz2 01.09.2018
      • wejszyc 02.09.2018
  9. jacekm 01.09.2018
    • wejszyc 02.09.2018