Krzysztof Bielejewski: Dobra wiadomość: będziemy żyli dłużej, więc ZUS będzie nam płacił mniej9 min czytania

()


27.07.2026

Poniedziałek zaczął się od dobrej wiadomości. Będziemy żyli dłużej!

Człowiek przeczytał, ucieszył się, poprawił poduszkę pod lędźwiami, połknął tabletki na ciśnienie, cholesterol, serce, stawy, pamięć oraz skutki uboczne pozostałych tabletek i pomyślał, że jednak postęp istnieje. Medycyna działa, higiena się poprawia, ludzie mniej palą, więcej chodzą, a część nawet od czasu do czasu patrzy na brokuł bez jawnej wrogości.

Radość trwała mniej więcej tyle, ile przeciętny kontakt człowieka z polskim systemem emerytalnym. Zaraz potem przyszło drugie zdanie: Skoro będziemy żyli dłużej, dostaniemy niższe emerytury.

Państwo polskie jest mistrzem konstruowania dobrych wiadomości z dołączonym rachunkiem. Rodzi się więcej dzieci — zabraknie żłobków. Rosną wynagrodzenia — podniesie się próg potrzeb mieszkaniowych. Spada inflacja — ceny rosną wolniej, ale wciąż w kierunku, w którym nie nadąża portfel. Człowiek dłużej żyje — tym gorzej dla człowieka, ponieważ ZUS będzie musiał znosić jego obecność przez większą liczbę miesięcy.

Długowieczność stała się ekonomicznie podejrzana.

Główny Urząd Statystyczny opublikował nowe tablice trwania życia. Brzmi to jak wyposażenie prosektorium prowadzonego przez księgowych, ale jest jednym z najważniejszych dokumentów określających przyszłość emeryta.

GUS policzył, że mężczyzna, który dotrwa do 65. roku życia, powinien pożyć jeszcze średnio 16 i pół roku. Kobieta przechodząca na emeryturę w wieku 60 lat ma przed sobą statystycznie aż 24 lata i niemal dziewięć miesięcy.

Kobiety muszą więc szczególnie uważać. Żyją dłużej, pobierają emeryturę wcześniej i przez więcej lat, czym stwarzają systemowi poważny problem finansowy. Niewykluczone, że w kolejnym raporcie zostaną wezwane do większej odpowiedzialności fiskalnej i umierania przynajmniej w parach.

W polskim systemie emerytalnym długie życie nie jest sukcesem medycyny. Jest wykroczeniem przeciw rachunkowości.

Mechanizm jest prosty. ZUS bierze zgromadzony kapitał i dzieli go przez przewidywaną liczbę miesięcy dalszego życia. Im dłużej statystycznie mamy żyć, tym mniejsza miesięczna kwota.

To jak dostać na urodziny pół kilograma tortu i usłyszeć, że ponieważ uroczystość potrwa dłużej, plasterki będą cieńsze. Nie dostajemy więcej tortu. Mamy go tylko jeść wolniej.

Jeżeli mężczyzna uzbierał 500 tysięcy złotych i przejdzie na emeryturę w wieku 65 lat, jego kapitał zostanie podzielony przez 198 miesięcy. Dostanie około 2525 złotych miesięcznie — o 30 złotych mniej niż według poprzednich tablic.

Trzydzieści złotych nie brzmi groźnie. To kwota, której polityk podczas konferencji prasowej prawdopodobnie nie zauważyłby między wodą mineralną a mikrofonem. Emeryt może za nią kupić trzy bochenki chleba, opakowanie leku, pół obiadu albo bilet w jedną stronę do miejsca, w którym miał coś załatwić.

Przy kapitale miliona złotych emerytura wyniesie około 5051 złotych, czyli będzie niższa o 58 złotych. To już prawie cała dobra wiadomość, tylko bez dobrego końca.

Kobieta przechodząca na emeryturę w wieku 60 lat z kapitałem pół miliona złotych dostanie około 1686 złotych. Ponieważ GUS przewiduje jej jeszcze 296 miesięcy życia, powinna gospodarować rozważnie.

Najlepiej nie chorować, nie ogrzewać całego mieszkania, jadać sezonowo i utrzymywać dobre relacje z rodziną posiadającą samochód.

System zakłada bowiem, że człowiek po sześćdziesiątce ma już wszystko. Mieszkanie kupił, zęby zachował, lodówkę naprawił, buty donosi, a potrzeby kulturalne zaspokaja komunikatem z ZUS.

Jeżeli kobieta odłożyła milion złotych, otrzyma około 3372 złotych miesięcznie, czyli o 26 złotych mniej niż według wcześniejszych tablic. Będzie mogła spokojnie żyć dłużej, pod warunkiem że niezbyt kosztownie.

Państwo przyznało emerytom dodatkowe miesiące życia, ale nie przewidziało, żeby w tych miesiącach musieli coś jeść.

Najbardziej absurdalne jest to, że człowiek powinien teraz zastanowić się, kiedy umrzeć z punktu widzenia opłacalności.

Za wcześnie — źle, bo nie zdąży odebrać własnych składek. Za późno — również niedobrze, bo zacznie uszczuplać system i wzbudzać podejrzenia analityków.

Najlepiej odejść zgodnie z tabelą: punktualnie, bez komplikacji, po wykorzystaniu ostatniego świadczenia, ale przed kolejną waloryzacją. Urzędnik powinien wtedy postawić przy nazwisku zielony ptaszek i zanotować: „Klient zrealizował prognozę”.

GUS oczywiście nie przepowiada długości życia konkretnego człowieka. Oblicza średnią dla całej populacji. ZUS nie wie, czy pan Marian będzie żył trzy lata, trzydzieści lat czy umrze podczas oczekiwania na połączenie z infolinią. Musi jednak przyjąć jakiś współczynnik, bo system emerytalny bez współczynnika natychmiast przestałby wyglądać naukowo.

A naukowy wygląd jest niezwykle ważny.

Kiedy człowiek słyszy: „Dostanie pan mniej, ponieważ współczynnik demograficzny uległ aktualizacji”, czuje się poważnie potraktowany. Co innego, gdyby urzędnik powiedział po prostu: pieniędzy jest za mało, ludzi starszych coraz więcej, młodych coraz mniej, więc będziemy dzielić cieniej. To byłoby zrozumiałe, a przez to niebezpieczne.

Polski system zabezpieczenia społecznego posługuje się językiem, który ma uspokajać człowieka tak samo jak lekarz mówiący: „Proszę się nie niepokoić, przygotujemy pana do procedury”. Nikt nie wie, co będzie robione, ale słowo „procedura” sugeruje, że cierpienie zostało wcześniej zatwierdzone.

Nowe tablice zaczną być stosowane przy obliczaniu świadczeń od kwietnia przyszłego roku. Jest więc jeszcze czas na decyzję.

To szczególnie elegancki element całej wiadomości. Człowiek dostaje kilka miesięcy na rozważenie, czy bardziej opłaca mu się wcześniej przejść na emeryturę, czy dłużej pracować, powiększać kapitał i skracać przewidywany czas pobierania świadczenia.

Musi policzyć przyszłe zarobki, waloryzację składek, stan zdrowia, sytuację zawodową, nowe tablice oraz prawdopodobieństwo dożycia momentu, w którym obliczenia okażą się słuszne.

Do podjęcia decyzji potrzebuje kalkulatora, aktuariusza, lekarza, proroka oraz ciotki, która stawia tarota.

Praca dłużej zazwyczaj podnosi emeryturę. Kapitał rośnie, a liczba miesięcy, przez które ma być wypłacany, maleje. Z punktu widzenia ZUS idealny obywatel pracuje do dziewięćdziesiątki, pobiera jedno świadczenie i umiera podczas wychodzenia z placówki, nie blokując drzwi.

Można byłoby urządzać mu państwowy pogrzeb jako wzorowemu płatnikowi.

Polska reforma emerytalna nie mówi człowiekowi: „Pracuj dłużej, aby godniej żyć”. Mówi: „Pracuj dłużej, żebyś krócej kosztował”.

Z raportu GUS wynika także, że nowo narodzony chłopiec może oczekiwać średnio 75,37 roku życia, a dziewczynka 82,48 roku. Mężczyznom przybyło w ciągu roku 0,4 roku, kobietom 0,2.

Jest to ogromne osiągnięcie cywilizacyjne. Statystyczny mężczyzna dostał niemal pięć dodatkowych miesięcy życia, które może przeznaczyć na czekanie do urologa. Kobieta otrzymała ponad dwa miesiące, aby pomóc dorosłym dzieciom, zaopiekować się wnukami i poszukać promocji na masło.

Najkrócej żyje się w województwie łódzkim. Chłopiec urodzony w Łódzkiem ma przed sobą średnio 73,9 roku, podczas gdy jego rówieśnik z Podkarpacia — 77,1.

Różnica wynosi ponad trzy lata.

Najwyraźniej samo wpisanie kodu pocztowego może człowiekowi skrócić życie bardziej niż niejedna dieta. Być może mieszkańcom Łódzkiego należałoby przyznawać emeryturę przy wjeździe do województwa, a mieszkańców Podkarpacia uprzedzać, że ich zdrowotna nieustępliwość będzie miała konsekwencje finansowe.

Kobiety w Łódzkiem żyją średnio 81,4 roku, a na Podkarpaciu 84,2. Można więc powiedzieć, że Podkarpacie jest dla ZUS regionem podwyższonego ryzyka.

Na wsi ludzie żyją krócej niż w miastach, choć przez lata opowiadano nam o zdrowym powietrzu, własnych warzywach, świeżych jajkach i krzepiącej pracy fizycznej. Okazuje się, że świeże jajko nie zawsze zdąży pokonać brak lekarza, ciężką pracę oraz karetkę, która musi najpierw odnaleźć numer domu ukryty między kapliczką a polem kukurydzy.

Mężczyźni w miastach żyją przeciętnie o 0,8 roku dłużej niż mieszkańcy wsi. Kobiety tylko o 0,1 roku. Kobieta najwyraźniej potrafi przeżyć niemal wszędzie, jeśli wcześniej przeżyła męża, wychowanie dzieci, menopauzę, polską ochronę zdrowia i dwadzieścia kampanii wyborczych.

Jest w tych tabelach ponura sprawiedliwość. Żyjemy dłużej, ponieważ mniej ludzi umiera przedwcześnie. Medycyna jest skuteczniejsza, choroby częściej wykrywa się wcześniej, a po pandemicznym załamaniu długość życia ponownie wzrosła.

To naprawdę dobra wiadomość.

Problem zaczyna się wtedy, gdy państwo traktuje sukces długowieczności wyłącznie jako zagrożenie dla arkusza kalkulacyjnego.

Za każdym numerem w tabeli stoi człowiek. Emerytura nie jest nagrodą za starość ani jałmużną wypłacaną przez łaskawego urzędnika. Jest częścią społecznej umowy: człowiek przez dziesięciolecia pracuje, płaci składki i oczekuje, że pod koniec życia nie będzie musiał wybierać między lekarstwem, ogrzewaniem a jedzeniem.

Jeżeli rosnąca długość życia zamienia tę umowę w coraz cieńszą kopertę, to problemem nie jest emeryt, który uporczywie oddycha.

Problemem jest gospodarka oparta na niskich płacach, niestabilnym zatrudnieniu, malejącej liczbie pracujących, kiepskiej profilaktyce, rozpadających się usługach publicznych i politykach, którzy każdą rozmowę o emeryturach sprowadzają do kolejnej trzynastki wręczanej obywatelowi jak paczka od dobroczyńcy.

Najpierw przez czterdzieści lat zabiera się składki. Potem oddaje część pieniędzy, organizuje konferencję prasową i oczekuje wdzięczności. To jakby kelner przez cały wieczór podjadał z naszego talerza, a pod koniec przyniósł jednego ziemniaka i poprosił o oklaski.

Poniedziałkowa wiadomość jest więc rzeczywiście dobra. Będziemy żyli dłużej.

Dłużej zobaczymy dzieci i wnuki. Dłużej będziemy chodzić po lesie, czytać książki, narzekać na pogodę, uprawiać pomidory, wspominać młodość i tłumaczyć lekarzowi, że ból pojawia się „tak jakby tutaj, ale ciągnie tam”.

Dłużej będziemy również otrzymywać niższe świadczenie, oglądać polityków obiecujących godną starość oraz dowiadywać się, że na wszystko trzeba jeszcze chwilę poczekać.

Statystyczny Polak dostał od losu kilka dodatkowych miesięcy. ZUS natychmiast je zauważył, podzielił kapitał i wystawił rachunek, bo w Polsce nie ma tak dobrej wiadomości, żeby jakiś urząd nie potrafił obliczyć, ile można na niej zaoszczędzić.

Krzysztof Bielejewski

How useful was this post?

Click on a star to rate it!

Average rating / 5. Vote count:

No votes so far! Be the first to rate this post.

Odpowiedz

wp-puzzle.com logo