13.09.2018

Jednym z najbardziej kuriozalnych sojuszy jest sojusz polsko-węgierski. Dziwoląg na skalę historyczną.
Co prawda król Stefan Batory pochodził z Siedmiogrodu i aczkolwiek nie znał nawet języka polskiego, to zapisał się jako jeden z najlepszych władców Rzeczpospolitej Obojga Narodów (a właściwie Trojga). Co więcej, to właśnie Batory był tym w dziejach władcą Rzeczpospolitej, który dał łupnia Ruskim. Najpierw zdobył Połock, druga jego kampania doprowadziła do zdobycia Wielkich Łuk a dodać trzeba, że nieprzyjaciel liczył 200-tysięczną armię, Batory zaś dysponował niespełna 50-tysięcznym wojskiem, tyle, że nowocześnie uzbrojonym.
Przez lata całe śpiewano „Polak Węgier dwa bratanki…” Dziś tamto braterstwo legło w gruzach. Natomiast zrodził się sojusz tak pokraczny, jakiego świat nie widział.
Polska PiS-owska wspólnie z Węgrami Victora Orbána, jako członkowie Unii Europejskiej walczą z nią, jakby była ich wrogiem nr 1. Prawdziwym dziwactwem jest stosunek obu rządów do Moskwy. Orbán tuli się do Putina i uważa go za najbliższego sojusznika. Polska — całkiem odwrotnie.
Tak oto polityka Warszawy sprawia, iż tylko patrzeć i znowu zostaniemy na przysłowiowym lodzie czyli z tzw. ręką w nocniku. W Unii mają nas już serdecznie dosyć. Natomiast Moskwa kpi z Warszawy jak tylko potrafi a potrafi wiele. Polska zostanie sama jak ten kołek w płocie. Na Orbána bym nie stawiał. On gra swoje.
Jerzy Klechta
