Janusz Dąbrowski: Zupełnie nowa recepta dla lewicy

21.09.2018

Nie wiem – czy na ulicach i drogach naszego kraju nadal wiszą billboardy ze złośliwymi informacjami o tym, jak dobrze wypełniają misję dobrej zmiany pod względem własnych dochodów ci działacze partii PiS którym się „należało”, gdyż na mojej ulicy ich nie było i nie ma.

Zauważyłem jednak, że 20 sierpnia z wyciągniętą pomocnie dłonią dla pokrzywdzonych na łamach portalu Gazeta.pl wystąpił 36 letni zdeklarowany symetrysta i znany komentator ekonomiczny redaktor Rafał Woś i pod tytułem „Lewico, czas na współpracę z PiS, trzeba budować z Kaczyńskim demokratyczny socjalizm”, zaczął namawiać tzw. lewactwo z partii Razem ,żeby zaprzyjaźniło się z PiS.

Zdaniem redaktora Wosia, takie wsparcie, sojusz, lub nawet „szorstka przyjaźń”, mogłyby pozytywnie wpłynąć na liderki i liderów PiS oraz Prezesa. Warto się pochylić nad argumentami redaktora, bo o takiej współpracy tylko Prezes może zadecydować, chociaż wydaje mi się, że ogólna doktryna PiS zbliżeń z lewactwem nie przewiduje. Natomiast dowodami polityki prospołecznej zdaniem R.W, są na przykład zwiększenie stawki godzinowej, obdarowanie patriotycznych rodzin wychowujących dwoje i więcej dzieci bez żadnych górnych ograniczeń dochodowych kwotą 500 zł na dziecko oraz wprowadzenie zakazu handlu w niedziele i święta, aby umożliwić rodzinom pracowników sklepów wspólny wypoczynek, np. udział w nawet całodniowych praktykach religijnych, procesjach, odpustach, pielgrzymkach itp.

O ile chodzi o ideę zwiększenia stawki godzinowej i podwyżki 500 plus dla dzieci oraz ich rodzin nawet niepracujących, ale dzieciatych – można się zgodzić, choć nieuwzględnienie dochodu rodziny i przydzielenie wszystkim „po równo” z lewicowością nic wspólnego nie ma.

***

Nieco inaczej wygląda sytuacja ,jeśli chodzi o zakaz handlu w niedzielę, który z pozycji właśnie rzekomo lewicowych popiera RW i członkowie partii Razem. Najważniejszym celem tej decyzji, zdaniem związkowców z Solidarności, którzy takiego zakazu zażądali, oraz większości sejmowej, która ustawę uchwaliła , miało być zapewnienie rodzinnego niedzielnego wypoczynku oraz udziału w praktykach religijnych.

Wszyscy chcieli dobrze, ale wyszło jak zwykle. Zaraz po ogłoszeniu ustawy, okazało się, że wolna niedziela obejmie niemal wyłącznie pracowników supermarketów, hipermarketów i wielkich galerii będących własnością zagranicznych korporacji, a prawie wszystkie inne krajowe sklepy i targowiska będą mogły (lub musiały) pracować całą niedzielę bez żadnych ograniczeń .

Jest rzeczą zupełnie niewyobrażalną, żeby zwycięzca wszystkich możliwych ekonomicznych konkursów dziennikarskich i posiadacz kolekcji ośmiu nagród, za najbardziej odkrywcze publikacje na tematy ekonomiczne, redaktor R.W. nie był w stanie zauważyć, że wprowadzenie blokady handlu w niedziele, jako aktu dobrodziejstwa wobec tysięcy „wyzyskiwanych pracowników handlu”, nie miało najmniejszego związku z oficjalnymi uzasadnieniami oraz sponsorami tego prezentu, a mianowicie prezesami z Solidarności oraz podłączonymi do opinii publicznej naciskami z Episkopatu KRK . W rzeczywistości okazało się że największa dotychczasowa manipulacja opinią publiczna całej kadencji „dobrej zmiany” była totalnym wielowątkowym kłamstwem.

Pierwszym kłamstwem były przemówienia i sfałszowane mapy, głoszące, że cała Europa zamyka w niedziele swoje supermarkety i malle. Jest zupełnie odwrotnie, gdyż dotyczy to wyłącznie Niemiec i Austrii. Reszta krajów europejskich i wielu państw na innych kontyngentach, w całości lub w znacznym stopniu otwiera różne domy towarowe przez cały tydzień, a Węgry pod wodzą naszego politycznego i gospodarczego guru Orbana, właśnie zrezygnowały z takiego rocznego zakazu.

Okazało się że naszej władzy chodziło po prostu o to, aby pod szyldem repolonizacji polskiego przemysłu, bankowości, inwestycji infrastruktury, handlu itd. zagarniętego przez zagraniczny kapitał, ograniczyć dochody i doprowadzić do bankructwa lub wycofania z Polski dominujących na całym europejskim rynku wielkich międzynarodowych korporacji handlu hurtowego i detalicznego z najwyższej półki.

Drugim obrzydliwym kłamstwem była zapowiedź, że zamknięcie niedzielnego handlu ma dotyczyć wszystkich sklepów, a uwolnienie od przepracowania i do wzięcia udziału w praktykach religijnych uzyskają wszyscy handlowcy. Jednak od razu rządowi negocjatorzy, aby ochronić interesy konsumentów, zaproponowali… 32 wyjątki w ustawie, po czym wyszło na jaw, że w praktyce, z wolnego dnia skorzystało jedynie kilkanaście procent pracujących i to tylko pracowników zatrudnionych w zagranicznych galeriach, hiper– oraz supermarketach. Ponadto wielu z nich było niezadowolonych, gdyż stracili na tym finansowo. Jednocześnie w tym samym czasie kilkanaście milionów polskich konsumentów, pracujących cały tydzień i często w niedziele we wszystkich branżach produkcji i usług, straciło możliwość dokonania najbardziej atrakcyjnych niedzielnych zakupów w najlepiej zaopatrzonych i komfortowych pod każdym względem miejscach.

Trzecim kłamstwem było publiczne głoszenie przez rządowych pseudo-ekspertów od handlu i usług, że odcięcie konsumentów w skali całorocznej od świadczenia całotygodniowych usług przez 14 procent najwyższej jakości powierzchni handlowej i usługowej w galeriach (kina, kawiarnie, restauracje, kręgielnie, ogródki jordanowskie dla dzieci itd.), nie przyniesie żadnej szkody PKB, gdyż klienci zrobią zakupy w sobotę, poniedziałek, środę itd. Nigdzie jednak nie opublikowano obowiązującej ustawowo profesjonalnej prognozy, jakie będą gospodarczo społeczne skutki tak ogromnej w swej skali decyzji ekonomicznej, automatycznie generującej wielomiliardowe straty dla całego sektora usług.

Prawdopodobnie uda się jednak sprawę zamieść pod dywan, gdyż zamykanie galerii rozpoczęto „delikatnie”, na wiosnę, w dwie niedziele miesięcznie, przy pięknej tegorocznej pogodzie, a rzeczywiste ubytki wyjdą w budżecie dopiero w 2020 roku, po wszystkich wyborach, na kiedy zaplanowano ostateczne zamknięcie wszystkich galerii, dyskontów i supermarketów we wszystkie niedziele. Po podsumowaniu tych wszystkich dni, strata wyniesie prawie dwa miesiące w skali rocznej.

Aby przekonać i zachęcić konsumentów do zaakceptowania zamykania sklepów i karania nieuprawnionych sprzedawców wielotysięcznymi grzywnami, od początku funkcjonowania blokady zaczęto stosować nowatorskie metody ustalania terminów, w które konkretnie niedziele będziemy sklepy otwierać i zamykać.

Metoda losowego zamykania galerii w niedzielę stopniowo przez trzy lata wykorzystała np. anegdotę o stopniowym podgrzewaniu żaby gotowanej w garnku, która nie zauważyła, że już ją ugotowano, oraz ludowego systemu obcinania psu ogona po kawałku, z tym że ilość tych kolejnych „operacji” bije wszystkie do tej pory praktykowane.

Chodziło najwyraźniej o to, żeby zmieniając bez żadnej logiki termin „zamkniętej niedzieli” ,w każdym kolejnym miesiącu, udało się klientów kompletnie ogłupić, zdezorientować i zniechęcić tak, aby przestali w ogóle przychodzić do galerii i hipermarketów w okolicach niedzieli. Natomiast o tym, żeby w jakiś logiczny sposób zoptymalizować terminy blokad, żeby uzyskać w ten sposób jakiekolwiek korzyści gospodarcze lub społeczne, nie pomyślał żaden z naszych licznych – chociaż nigdy nie wymienianych z nazwiska – ekspertów handlowych i ekonomicznych.

Wyobraźmy sobie bowiem, że w ten sam sposób, jak do zamkniętych sklepów będziemy się w przyszłości przyzwyczajali do różnych absurdów podczas ustalania kolejnych wolnych niedziel np. w kawiarniach, restauracjach, szpitalach i pogotowiu, telewizji i radio, kinach i teatrach oraz tysiącach innych działów produkcji lub usług, które funkcjonują non stop w nowoczesnych krajach. Dotyczy to zwłaszcza miast, nie tylko w wolne niedziele, lecz przez 24 godziny każdego dnia.

Nie jest wykluczone, że będziemy także musieli dopasować się do decyzji pracowników komunikacji miejskiej: tramwajowej, autobusowej i metra oraz SKM, gdy wedle własnych koncepcji – lub fantazji przywódców związkowych – będą mogli ruszać na trasę kierowcy i motorniczowie. Albo też  będą włączać prąd lub gaz i otwierać kurki elektrycy, gazownicy oraz pracownicy wodociągów.

Przecież oni też mogą chcieć w niedziele, wespół z całą rodziną, udać się na mszę, lub zagrać w Wilanowie w golfa?

Problemów może być zresztą coraz więcej. Co pewien czas główny prezes najważniejszego związku straszy, że pora pomyśleć o wolnych sobotach w Biedronce – i dopiero wtedy będzie patriotycznie, bo żaden Portugalczyk nie będzie nam wprowadzać multi kulti, zagranicznych krewetek lub ośmiorniczek’

Pamiętajmy także o tym, że władza wprawdzie łaskawie zgodziła się, by w ramach 32 wyjątków, funkcjonowały niedzielne jarmarki z orientalną tandetą (nawet w stolicy i innych największych miastach) oraz małe jednoosobowe, rodzinne „sklepiki towarów mieszanych” typu szwarc, mydło i powidło, sklepy z pamiątkami i oczywiście dewocjonaliami, ale może w każdej chwili zwiększyć lub zmniejszyć ich liczbę – i kto władzy zabroni?

Te sklepiki miały zdobyć rynek, zastąpić konsumentom galerie w niedziele i udowodnić, że tradycyjne zaopatrzenie w kiszoną kapustę i ogórki to najwyższy ideał krajowych zakupów. Niestety, już po pierwszych miesiącach z rynku dochodzą smutne wiadomości. Okazuje się, że nasi konsumenci zostali do tego stopnia zdemoralizowani przez luksusowe malle, z ich wyszukaną ofertą i pachnącymi toaletami na poziomie pieciogwiazdkowych hoteli, że nie bardzo chce im się już robić zakupy tam, gdzie jest tylko pięć gatunków piwa.

Jak wiadomo lepsze jest zawsze wrogiem dobrego, więc zdecydowanie wzrosły sobotnie obroty w dyskontach typu Lidl i Biedronka, które modernizują się w zawrotnym tempie, trzymają niskie ceny, podnoszą jakość obsługi i towarów, oraz do oferty żywnościowej dołączyły także sportowe ciuchy i elektryczny sprzęt dla majsterkowiczów. Niestety polskie „mini supermarkety”, nie potrafią im zagrozić cenowo, organizacyjnie i jakościowo, więc możemy się w każdej chwili spodziewać, że rząd może nam te 32 wyjątki dotyczące czynnych sklepów zredukować o połowę, albo trzy czwarte, gdy związkowcy go przekonają o potrzebie takich kroków.

Był taki zwyczaj w ZSRR, że w godzinach obiadowych restauracje były nieczynne, aby załoga mogła spokojnie zjeść obiad, a u nas w okresie deficytu paliw płynnych pod koniec rządów Gierka i jego pracującego non stop personelu CPN-ów często ogłaszano kilkugodzinne przerwy śniadaniowe i przyjazd cysterny.

Skoro w handlu wprowadzamy zwyczaje z PRL u – pamiętajmy, że nie wykorzystaliśmy jeszcze wielu wspaniałych wynalazków z tej słusznie minionej epoki.

Wtrącanie się rządu w funkcjonowanie np. sklepów całonocnych, nawet w czasie PRL, przecież nie istniało. W dodatku nie jest prawdą że kiedykolwiek w III RP wszystkie sklepy pracowały w niedziele; tak samo nie wszyscy konsumenci lubili – albo musieli – robić zakupy w niedziele. W większości krajów na świecie, niezależnie od wszystkich ustrojów i religii, decyzja otwarcia sklepu w niedziele lub inny wolny dzień, albo jego zamknięcie, zależała wyłącznie od decyzji sprzedawców i klientów, ewentualnie kodeksu pracy lub umowy zbiorowej – tam gdzie istniały takie prawa. .

***

Jak widać – właściwie nie wiadomo dlaczego bez jednego głosu sprzeciwu PiS uchwalił absurdalną decyzje o zamykaniu wielkich galerii i hipermarketów w niedzielę. Przecież każdy ekonomista wie, że wzrost każdej formy sprzedaży i konsumpcji zwiększa dochód narodowy brutto. Dotyczy to szczególne Polski, która wzrostem konsumpcji zastępuje niedostateczny poziom inwestycji. Każdy, nawet 30 letni ekonomista powinien także wiedzieć, że docelowe wyłączenie z niedzielnej sprzedaży 14 procent najwyższej jakości dostępnej powierzchni handlowej prowadzi do obniżenia poziomu dochodu tego sektora gospodarki, a zatem także PKB.

Należy zatem wyjaśnić: o co tak naprawdę chodzi.

Trzeba sięgnąć do historii gospodarczej Polski. Zacznijmy od tego, że mimo ogromnego postępu we wszystkich dziedzinach gospodarki i jakości życia jaki dokonał się w Polsce od 1989 roku, jesteśmy nadal krajem bardzo zacofanym pod niemal każdym względem w porównaniu z Europą Zachodnią, krajami skandynawskimi i kilkoma krajami na pozostałych kontynentach; a sytuacja ta trwa od kilkudziesięciu lat. Mamy w Polsce bardzo zróżnicowane rozwojowo dziedziny gospodarki, od tych dorównujących najwyższym standardom europejskim po skrajnie zaniedbane.

Wśród tych najlepszych mamy jednak dwie wyróżniające się dziedziny, w których ten postęp jest najbardziej wyraźny. Pierwszą taką dziedziną jest ochrona przeciwpożarowa, państwowa i ochotnicza, która po wojnie została przez nas zbudowana, zorganizowana i wyposażona na najlepszym z możliwych poziomów. Jest też znana na całym świecie z pomocy, jakiej udzielała zagranicą, podczas różnego rodzaju katastrof. Mam też nadzieję, że podobnie jak do tej chwili, Straż będzie się nadal rozwijać, bo stały postęp w tej firmie jest potrzebny i nie powinniśmy osiadać na laurach.

Natomiast drugą dziedziną, która również odniosła ogromny sukces, jest handel hurtowy i detaliczny. Tutaj trzeba podkreślić, że nie jest to efekt naszych nakładów i nowoczesnych koncepcji, polskiego „dizajnu” i architektury, lecz wynik ogromnych inwestycji ze strony największych i najbardziej kompetentnych korporacji handlowych na świecie. Ten sukces w postaci ponad 400 galerii , tysięcy supermarketów i dyskontów został zbudowany po 1990 roku, w większości wypadków od podstaw i w lokalizacjach typu greenfield, a więc nie z wykupu dawnych magazynów czy istniejących już sklepów przez zagraniczny kapitał, jak dyskonty Biedronki.

Mam nadzieję, że zarówno Straż, jak i nowoczesny handel o najwyższych i najbardziej kreatywnych rozwiązaniach będzie się nadal rozwijać, bo jako klient dobrze pamiętam realne i symboliczne dno polskiego handlu, czyli gigantyczne targowisko wokół Pałacu Kultury, czy rubieże wokół Jarmarku Europa (dawniej Stadion Dziesięciolecia).

Sądzę,  że śródmieście Warszawy nadal jest odległe od wypełnienia roli reprezentacyjnej pod względem handlowym dzielnicy w stolicy dosyć dużego kraju. Po prostu centrum Warszawy pozostaje daleko w tyle za Gocławiem, Wolą czy Białołęką, a w całym kraju jest jeszcze wiele miast i miasteczek, które powinny zmodernizować swoją sieć handlową.

O tym jak z targowisk przenieśliśmy swoje zakupy do galerii i coraz większych malli, można powiedzieć jedno – zbudowały nam je według własnych wzorów, głównie na przedmieściach, najbardziej kompetentne firmy w Europie, które miały wszystko: czas i miejsce, wielkie fundusze własne i kredyty na inwestycje, tanie zaopatrzenie w niezbyt wysokiej jakości towary krajowe i importowane, dużą nadwyżkę tanich i chętnych pracowników i sprawdzony w krajach macierzystych system organizacyjny.

Nie byliśmy zresztą wyjątkiem, bo ci sami inwestorzy z wielkich koncernów, którzy zbudowali najnowocześniejszy rodzaj handlu wielkopowierzchniowego w Polsce, weszli także na rynki wszystkich naszych eks–socjalistycznych sąsiadów i nikt się ich tam nie czepiał. Jedynie rozmiar tych inwestycji był nieco mniejszy, bo w krajach tych pozostały w znacznie lepszym stanie kilkudziesięcioletnie domy towarowe i inne nowoczesne sklepy, zbudowane przed „transformacją”.

W tej sytuacji zadziwiający był pomysł obecnego rządu, który zaledwie po dwu latach od objęcia władzy zaatakował podwyższeniem podatków, skierowanych dokładnie na zagraniczny kapitał, który wykonał w naszym kraju dużą pracę, cywilizującą jedną z najważniejszych usług, określających jakość życia.

Po odrzuceniu tego pomysłu, po interwencji UE, która przypomniała, że jej prawa dotyczące biznesu powinny być takie same dla inwestorów krajowych i zagranicznych, od razu wymyślono jednak zupełnie nowy patent z selektywnym zamykaniem sklepów w niedziele.

Ale równie zadziwiające było całkowicie pozbawione logicznych argumentów dołączenie się do kompromitującej decyzji redaktora RW, który jako specjalista od ekonomii od kilku lat atakował neoliberalizm gospodarczy niczym samo zło, ale wyraźnie nie popierał tzw dobrej zmiany, ani nie głosił hasła likwidowania niedzielnej sprzedaży, jako legitymacji ideowego lewicowca.

Pomyślałem wówczas, że redaktorowi RW urodzonemu w 1982 roku, czyli w czasach, kiedy polski handel w zasadzie przestał istnieć i zamienił się w wymianę naturalną oraz targowiska na ręczniakach, a dorośli otrzymywali i wymieniali kartki na alkohol oraz papierosy, wypadałoby zapoznać się z jakimiś solidnymi źródłami historycznymi.

Jako elementarz mógłby posłużyć jakiś przystępny podręcznik historii gospodarczej Polski. Można by się z niego dowiedzieć że II Rzeczpospolita przez całe 20–lecie, była zacofanym krajem rolniczo przemysłowym z odchyleniem na rolnictwo, które też nie było wysokiej jakości. Decyzje o powstaniu COP–u i budowie Gdyni nie zmieniły faktu, że liczne fabryki i kopalnie w znacznym stopniu należały do kapitału zagranicznego.

Niestety ani II wojna światowa, którą przecież wygraliśmy, ani zmiany terytorialne, ani wojenne inwestycje niemieckie, czy program odbudowy po 1945 roku, nie dały rady w pełni uprzemysłowić Polski, mimo że właśnie takie zadanie postawiono przed społeczeństwem jako główny cel.

Polska przez cały okres swego funkcjonowania jako PRL, miała zbudować tzw. ciężki przemysł, np. hutniczy, górniczy, stoczniowy i w dużej mierze zbrojeniowy, co w odróżnieniu od gospodarki kapitalistycznej nie nakręcało koniunktury, bo przynosiło kłopoty, a nie zyski. Na odległym końcu budżetu uplasował się przemysł spożywczy, odzieżowy, obuwniczy, a na ostatku handel detaliczny i gastronomia.

Od samego początku ogromnie negatywne skutki dla polskiego handlu przyniosły nie tylko powojenne zniszczenia, lecz także słynna „bitwa o handel” w latach 1947-49, prowadzona pod wodzą wicepremiera Hilarego Minca. Polegała ona na zaplanowaniu przez władzę zdemolowania tego działu gospodarki za pomocą drastycznych kontroli i superpodatków – tzw. domiarów – wymierzonych w prywatne sklepy, które ich byli właściciele usiłowali odbudować, aby w końcu ulec przed nacjonalizacją firm, lub konfiskatą majątku.

Trzeba przyznać, że Mincowi udało się wygrać tą bitwę. Wielu prywatnych sklepów i firm nie udało się już odtworzyć aż do końca „socjalistycznego” porządku. Niestety nawet długo po zmianie ustroju naszemu handlowi nie udało się nawet zbliżyć do poziomu zaopatrzenia, systemu organizacji i jakości obsługi w żadnym z sąsiednich krajów i mogliśmy tylko z zazdrością po powrocie z wycieczki czy delegacji, opisywać jak wyglądają z zewnątrz i wewnątrz sklepy i domy towarowe – także Pragi, Budapesztu, Sofii, czy Berlina Wschodniego.

Jednym słowem, w roku 1990 wszystko zaczynaliśmy od nowa, a poziom wyjściowy w handlu hurtowym i detalicznym był chyba jeszcze gorszy niż w infrastrukturze transportowej, budownictwie itd. Trochę dziwne w tej sytuacji wydawało się, że znaleźli się politycy, którzy postanowili sięgnąć w 21 wieku do rozwiązań z roku 1947; postanowiłem więc sprawdzić, czy w czasie gdy Sejm i Senat uchwalały tę ustawę byli widoczni jacyś poważni ekonomiści, którzy poparli zamknięcie sklepów w niedziele z politycznego, społecznego lub finansowego punktu widzenia.

Niestety nie znalazłem takich wypowiedzi, więc na koniec zajrzałem do Internetu, żeby znaleźć ewentualnie poglądy autorstwa redaktora RW, przypominające opinii publicznej o zaległościach władzy w zrealizowaniu obietnic obniżenia VAT do 22%, zwiększenia kwoty wolnej od podatku do 8 tysięcy dla wszystkich podatników, czy realnego terminu wsparcia emerytów i rencistów sumą 500+. Nie znalazłem żadnego z nich, ale niezwykle zaskoczyła mnie oficjalna rubryka z której wynika, że redaktor RW. ani nie studiował, ani nie ukończył ekonomii. Jest absolwentem wydziału prawa na UW.

Czyli ekonomicznym samoukiem, co jest ogromnym osiągnięciem, gdy policzymy nagrody za dziennikarstwo ekonomiczne, które otrzymał od różnych instytucji.

* * *

Tak się złożyło, że mieliśmy w Polsce dwu bardzo sławnych ekonomistów – samouków, którzy odnieśli wielkie sukcesy. Jako pierwszego wypada przedstawić Michała Kaleckiego, nazywanego czasem polskim Keynesem, z którym zresztą współpracował. Kalecki znany był z tego że , rozpoczynał ogromną ilość studiów na różnych uczelniach, ale żadnej z dyplomem nie skończył. Zaczął jako 18–latekna studiach mechanicznych Politechniki Warszawskiej, potem zajmował się naukowo budownictwem, matematyką i po wielu latach spędzonych na London School of Economics oraz uniwersytetach w Cambridge i Oxfordzie, po wielu znakomitych publikacjach na temat cykli koniunkturalnych, efektywności inwestycji , planowaniu i teorii wzrostu, jednym słowem – po uzyskaniu ogromnego dorobku naukowego, powrócił do Polski po wojnie, a jednocześnie był doradcą ekonomicznym w ONZ i wielu krajach na całym świecie. W finale, mimo braku oficjalnych dyplomów i stopni naukowych , został profesorem ekonomii na SGPiS i w Polskiej Akademii Nauk. Powszechnie uznano go za najwybitniejszego polskiego ekonomistę.

Natomiast drugi słynny ekonomista samouk, to Władysław Gomułka „Wiesław”, który w wieku 14 lat skończył tylko kurs ślusarza i w latach 30 po ucieczce do ZSRR Międzynarodową Szkołę Leninowską, ale raczej nie były to studia ekonomiczne. Po osiągnięciu stanowiska Pierwszego Sekretarza PZPR w 1956 roku, w miarę upływu lat na tym najważniejszym stanowisku w Polsce uznał, że w miarę rządzenia Polską jako praktyk zdobył ogromną kompetencję ekonomiczną i dzielił się tą wiedzą ze społeczeństwem, podczas wielogodzinnych przemówień telewizyjnych.

Od wielu lat czytałem artykuły redaktora RW nie podejrzewając że jest samoukiem i nie przeczę, że jako prawnik w felietonach publikowanych w Dzienniku Gazeta Prawna, dość przekonująco krytykował polską wersję liberalizmu gospodarczego. Radzę mu jednak, żeby jako polityk–samouk zastanowił się czy ta nowa specjalizacja nie zaprowadzi go na manowce, bo rozpoczął swoją publicystykę polityczną na najwyższym szczeblu w najbardziej nieudany sposób. W tej dziedzinie i w tej partii, którą jednoznacznie poparł, jest sporo profesjonalistów i nie potrzebują tam samouków, którzy przedstawiają się jako symetryści. Oni potrzebują cyngli. Gotowych na wszystko.

Print Friendly, PDF & Email

2 komentarze

  1. sroka 2018-09-21
  2. wsc 2018-09-21
WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com