Polski materiał do filmu REFUGEE (UCHODŹCA)

12.11.2018

Oddaję to miejsce Dawidowi Samulskiemu, redaktorowi „Gazety Sycowskiej” (mutacji „Gazety Wrocławskiej”), który tak zatytułował swój reportaż o mojej wizycie w Sycowie po 53 latach na zdjęcia do filmu REFUGEE (UCHODŹCA).


Podrasowane silniki, zawodowi tancerze, wełniane skarpetki, dziura w worku, piana na uchu. My nadal żyjemy turniejem miast sprzed 53 lat.

19 października 2018.  Syców odwiedza Marian Marzyński, reżyser filmu „Przed turniejem”, obrazującego przygotowania sycowian do słynnej telewizyjnej rywalizacji z Oleśnicą w roku 1965.

Przyjazd znanego scenarzysty i dokumentalisty jest okazją do zaprezentowania jego wyjątkowego filmu na dużym ekranie w Centrum Kultury. To pokaz poniekąd premierowy, albowiem jeszcze nigdy w Sycowie obraz ten nie był pokazywany w tak szerokim gronie. W dodatku z udziałem bohaterów produkcji, ich rodzin, jak i samego reżysera, który przyjeżdża specjalnie z Bostonu, gdzie mieszka na co dzień. Wraz ze swym operatorem Jackiem Taszakowskim kręci u nas film „Po turnieju”.

Z drzewa

W tym celu najpierw odwiedza najstarszego w mieście fryzjera, który rywalizujących sycowian dopingował z drzewa obok ZURiT-u. – O, rosło dokładnie tutaj – 71-letni Ryszard Kacyna z chirurgiczną precyzją wskazuje na miejsce w chodniku nieopodal dawnego hotelu dla pielęgniarek. Marzyński jest zachwycony pamięcią Pana Ryszarda. Za chwilę przestępuje próg jego zakładu, zasiada wygodnie w fotelu, prosi o delikatne strzyżenie i zamienia się w słuch. – 25 lat byłem działaczem piłkarskim i zawsze mogłem liczyć na pomoc sekretarzy. Żaden mi nie odmówił. A ten Ochnicki to był swój chłop. Nie raz tu go strzygłem. Kiedy odbywał się turniej miast, był I sekretarzem od propagandy, ale wcześniej uczył w szkole muzyki.

– Paradoks polega na tym – Marzyński wstaje z fotela – że dzisiaj chciałoby się traktować każdego dawnego sekretarza PZPR jak potwora, a oni wstępowali do partii, bo chcieli robić karierę. Prywatnie mogli mieć zupełnie inną opinię o ustroju i chrzanić tę całą ideologię.

Kpi sobie z ustroju

Parę minut później, już w gabinecie burmistrza Sławomira Kapicy, reżyser trafia pod ostrzał moich pytań, do których nawiązuje również wieczorem w Centrum Kultury. I w jednym, i w drugim miejscu słuchacze z niedowierzaniem kręcą głowami: – Ubecy powtarzali, że turniej miast jest jednym wielkim nabijaniem się z socjalizmu, a ja, charakteryzujący się typowo żydowską sylwetką, zwyczajnie kpię sobie z ustroju. Na szczęście partia wcale tak nie uważała, dlatego nic mi nie mogli zrobić. Decydenci byli o wiele wyżej w hierarchii, niż agenci UB, więc ci nie mieli żadnej siły przebicia. Jak przychodził donos do prezesa TVP, to on darł tę kartkę w mojej obecności.

Program bez wahania zaakceptował ówczesny wicepremier Zenon Nowak. Siedział przy biurku z przymrużonymi oczami i kiedy mówiłem mu o swoich planach, przerwał mi, odpowiadając: „Partia czekała na ten pomysł przez 30 lat”. Telewizja nigdy by go nie zaakceptowała, bo był za bardzo wywrotowy. Ale ci bardziej inteligentni przywódcy dobrze wiedzieli, że to wszystko gnije, w jakim g… tkwią. Tylko w niewielu przypadkach program można było wyemitować na żywo, z uwagi na stacje przekaźnikowe. Dobrze wiedziałem, jakie miasta mają dobre połączenia, dlatego odległość między nimi z reguły nie przekraczała 50 km. Wrocław miał mocny przekaźnik na Ślęży, dzięki czemu można było na żywo transmitować rywalizację sycowsko-oleśnicką.

Dolny Śląsk był wtedy oazą wolności w porównania z innymi województwami. Wynikało to z odległości od ośrodków centralnych, bliskości Zachodu, a poza tym partia się nie wtrącała do ziem odzyskanych, gdzie my czuliśmy się jak za granicą. Mieszkali tu trochę inni, napływowi ludzie.

Funkcję przewodniczącego Wojewódzkiej Rady Narodowej we Wrocławiu pełnił Bronisław Ostapczuk. „Było to moje marzenie, żeby coś takiego zrobić” – usłyszałem, kiedy opowiadałem mu o planowanym turnieju Syców – Oleśnica. Program był załatwiany w jego gabinecie. Dodał też: „To dla nas największa szansa, żeby pokazać, kim naprawdę jesteśmy”. Potem już poszło: Karpacz – Szklarska Poręba czy Nysa – Brzeg. W rywalizacji Kartuzy – Kościerzyna był konkurs wędkarski i jedna z drużyn zarzucała swym rywalom, że ci martwe ryby przynosili w butach.

Autentyczny entuzjazm

Kiedy wybija godz. 18.00, sala widowiskowa CK jest niemal pełna. Większość przybyłych widzów stanowią ludzie starsi. Nie brakuje też dzieci, wnuków czy nawet prawnuków bohaterów filmu. Tych jest dwóch, to Władysław Górski i Franciszek Cichos, ale o tym za chwilę.

Mariana Marzyńskiego przedstawia kierownik miejscowego muzeum Agnieszka Kuświk-Jasień. – Nasz wyjątkowy gość urodził się 12 kwietnia 1937 r. To jedna z najpopularniejszych postaci telewizyjnych w Polsce lat 60. Był celebrytą, kimś jak Kuba Wojewódzki obecnie.

Prowadził na żywo turnieje miast, czyli ówczesne reality show, w których małe miasta konkurowały ze sobą w różnych dziedzinach. Jak na tamte czasy, było to dość wywrotowe, albowiem takie rzeczy nie należały do jadłospisu propagandy, były zbyt kontrowersyjne. W kraju rządzonym przez centralną biurokrację promowanie indywidualnego współzawodnictwa nie było zbyt mile widziane. Ale show był zabawny nawet dla cenzorów. Stanowił wielką parodię polskiego zgnuśniałego życia.

Marian Marzyński wyjechał z kraju w 1969 r. podczas antysemickiej nagonki zorganizowanej przez ówczesne komunistyczne władze. Najpierw do Danii, a później do USA. Dziś jest legendą wśród twórców filmów dokumentalnych, laureatem dwóch nagród Emmy. To amerykańska nagroda przyznawana za produkcję telewizyjną. Jest jedną z czterech najważniejszych nagród kulturalnych w USA, obok Oscara (film), Tony Award (teatr) i Grammy Award (muzyka). Jego film „Przed turniejem” jest jedynym zarejestrowanym materiałem wizualnym obrazującym kulisy przygotowań do turnieju miast. Widać na nim autentyczny entuzjazm mieszkańców i pokaz lokalnego patriotyzmu.

To se ne vrati

– Niesamowicie się wzruszyłem, choć oglądałem go już setki razy – Marian Marzyński wita się z widzami. „Kto z was pamięta ten turniej albo osobiście brał w jakiś sposób w nim udział?” – patrzy na dalsze rzędy, które są zapełnione w całości. Wstaje prawie cała sala, witająca go gromkimi brawami. – To był najlepszy ze wszystkich turniejów miast – trwa wymiana uprzejmości. – Entuzjazm ludzi w Sycowie był czymś wyjątkowym. Coś takiego już nigdy w życiu się nie powtórzy. To nie te czasy, żeby ludzie dla swojego miasta poświęcali swój czas i energię. I to za darmo. To se ne vrati.

O ucho od śledzia

Jako pierwszego o zabranie głosu Marian Marzyński prosi swego porannego rozmówcę Ryszarda Kacynę. Ten zdradza, że w turnieju brał udział jego szef Stanisław Machel, który w Oleśnicy na czas golił brzytwą Stanisława Walczyńskiego. – Był szybszy, ale przegrał, bo nad jego uchem zostawił resztkę kremu, którą na koniec palcem usunął. Nic to jednak nie dało i został zdyskwalifikowany. – Czyli przegrał o ucho od śledzia – żartuje Marzyński.

Orkiestr czar

Józef Chodorowski był członkiem orkiestry dętej, choć, jak przyznaje, o grze nie miał bladego pojęcia. – Ćwiczyliśmy kilka miesięcy. Kapelmistrz rozpisał mi, co i kiedy mam naciskać, żeby nie psuć dobrego wrażenia, no i musiałem się dostosować. Wiedzieliśmy, że Oleśnica ma orkiestrę dętą z prawdziwego zdarzenia, ale ambicja nie pozwalała nam się wycofać.

Antoni Błaszczyk grał w tej samej orkiestrze jako najmłodszy jej uczestnik, wówczas uczeń ZSZ w Sycowie. Pokazuje do kamery zdjęcie big-bandu, którego większość członków już nie żyje. 

Zamknął mu drzwi

Mirosław Kręblewski miał 7 lat, kiedy jego ojciec Teodor brał udział w konkursie sprawności strażaków. Po wstaniu z łóżka i szybkim ubraniu się, musiał dobiec do wozu i zasiąść obok kierowcy. – Ten z Oleśnicy zagadał naszego i zamknął mu drzwi od wewnątrz. Ojciec dobiegł do auta pierwszy, ale nie mógł go otworzyć i zanim jego kierowca się zorientował, było już za późno – opowiada. Ludzie są zaskoczeni.

Strach przed dziewczynami

Władysław Górski tańczył w parze z Danutą Moniuszko. – Do udziału w turnieju namówił mnie do przyjaciel Wiesław Muzika. Zacząłem ćwiczyć, ale towarzyszyła mi wielka trema, bo odczuwałem strach przed dziewczynami. Jakoś go przełamałem, jednak przegraliśmy, bo partner tańczącej oleśniczanki należał do jakiegoś kółka tanecznego. – Czy dziś zatańczyłby Pan walca? – Myślę, że tak – Władysław Górski ze spokojem w głosie odpowiada reżyserowi. – Do dziś wybornie tańczy – z pierwszego rzędu odzywa się żona jego wnuka, Anna Michalska.

Marzyński o zawodowcach, których kaperowały niektóre miasta:  – Nie wszystkich dało się wyłapać, ale takie incydenty, owszem, miały miejsce. U was problem polegał na tym, że Oleśnica miała pięć razy więcej ludzi i tyle samo możliwości. Dlatego porażka jednym punktem to tak naprawdę wygrana.

Podwójne wzruszenie

Maria Pecican przyjechała specjalnie z Twardogóry: – Jestem córką Ryszarda Gnoińskiego, autora piosenki o mieście, który nie żyje już 37 lat. Poza nim, występuje w filmie moja babcia, uczestnicząca w konkursie robienia na drutach. Znów ich zobaczyłam, więc było to dla mnie podwójne wzruszenie.

– Jakie było dzieciństwo w czasach PRL? – Dobre – Pani Maria odpowiada na pytanie scenarzysty. Ten potwierdza jej opinię. – To fakt. Nie było tego całego napięcia, tej konkurencji, wobec czego każda rodzina miała zagwarantowane, że nawet jak mało zarabia, to na dzieci wystarczy. Bez 500 plus – puszcza oko do widzów.

Podrasowane auta

Ojciec Barbary Trokowicz brał udział w wyścigach samochodów. Jechał starą garbatą warszawą. – Oleśnica zagrała nie fair. Kierowca z tego miasta miał podrasowany silnik, więc szans na wygraną nie było – przekonuje była dyrektor LO.

Za rzeczony wyścig samochodowy odpowiadał Jerzy Krawczyk, który był jednym z członków komitetu organizacyjnego, a zarazem uczestnikiem skoków w workach. Według niego, klucz do zwycięstwa kierowców z Oleśnicy stanowiła zamiana przekładni w tylnym moście. – Dowiedzieliśmy się o tym od kolegów z jednostki wojskowej przy czerwonych koszarach, gdzie samochody były przerabiane.

Jerzy Krawczyk zdradza też powód przegranej w drugiej z konkurencji. – Kolega z Oleśnicy w prawym rogu worka zrobił sobie dziurę, wystawił stopę i zamiast skakać, zaczął biec i nas wyprzedził. Protestu nie uwzględniono – przyznaje, pokazując dyplom uznania za organizację imprezy z 5.09.1965 r.

Poszliśmy za ciosem

Bogdan Pierzchała, a właściwie Jan, był wieloletnim prezesem Gminnej Spółdzielni Samopomoc Chłopska. Znanym i lubianym. Na nasze zaproszenie odpowiedziały jego dzieci Anna i Aleksander. Syn wspomina: – Ten turniej to było chyba najważniejsze medialne wydarzenie w dziejach Sycowa. W rozmowach ten temat wraca do dziś, choć minęło ponad pół wieku. Nie do pomyślenia, żeby teraz ludzie, całkowicie sobie obcy i napływowi, tak się ze sobą integrowali. I nikt im za to nie płacił. Syców poszedł za ciosem i w 1971 r. był wicemistrzem gospodarności, a 5 lat później już mistrzem – tytuły wymienia Aleksander Pierzchała. 

Największy aplauz

Pierwszym po wojnie działaczem sportowym z prawdziwego zdarzenia był Ignacy Kubacha, który zasłynął z tego, że sprzedał krowę, aby przekazać pieniądze na drużynę piłkarską. Widzimy go w filmie „Przed turniejem”. – Mój pradziadek uczestniczył w konkurencji dojenia krów – precyzuje przesympatyczny prawnuczek Pana Ignacego, czym wywołuje ogromny aplauz widowni.

Większy jest tylko wtedy, kiedy mikrofon bierze do ręki Franciszek Cichos, ówczesny naczelnik OSP, który w przygotowaniach do turnieju rywalizował z wymienionym Teodorem Kręblewskim. – Oleśnica sprowadziła sobie rajdowca Sobiesława Zasadę, który w czasie jazdy blokował naszych kierowców. Józef Kurzeja i Roman Nowicki żalili mi się, że non stop zajeżdżał im drogę. Zasada i redaktor Eugeniusz Pach byli bliskimi przyjaciółmi i to oni sprzedali Syców – Franciszek Cichos wali prosto z mostu. 

Znów rodziną

Emocje trochę stopuje burmistrz, ciesząc się, że sycowianie znów są jedną wielką rodziną, jak sprzed 53 lat. Głos zabiera jeszcze Stanisław Leszczyński, zięć ówczesnego komendanta straży Stefana Ściążki, który dokumentował zmagania swym aparatem, ale zdjęcia gdzieś mu zaginęły. Po czasie dowiadujemy się, że na sali jest również Lidia Durda, żona Edwarda, byłego sekretarza powiatowej rady narodowej, ale nie decyduje się na zabranie głosu.

Człowiek się nie zmienia

Marian Marzyński dzieli się ze wszystkimi osobistą refleksją: – Niezależnie od ustroju, przekonań politycznych czy układów ekonomicznych, człowiek się nie zmienia. Ciągle chce mieć szczęśliwą rodzinę, bo właśnie ona jest wartością nieprzemijającą.

Dużo mówi też o przyczynach swej emigracji: – Mogłem zostać w TVP, ale nie chciałem być pomnikiem nieznanego Żyda. Czara goryczy przelała się, kiedy w zakładach pracy partia organizowała antysemickie demonstracje, na których pojawiały się transparenty typu „Żydzi do Izraela” czy „Syjoniści do Syjamu”. To tak naprawdę zmusiło nas do wyjazdu. Uważaliśmy, że antysemityzm to już przeszłość, ponieważ ustrój komunistyczny miał gwarantować równość i sprawiedliwość oraz potępiać rasizm. Reakcja chyba przerosła oczekiwania tych wszystkich, którzy ją wywołali. Dla mnie informacja, że nie jestem stuprocentowym Polakiem, to był cios w plecy. W rezultacie stałem się emigrantem i przez kolejne 40 lat robiłem filmy w Danii oraz w USA. Do dziś żyję poza Polską.

Widzowie oglądają jeszcze fragmenty filmu „Skibet” o exodusie marcowych emigrantów, w którym Marzyński jest jednocześnie uczestnikiem i reporterem. Po emisji, jeszcze przez godzinę, podpisuje swą książkę „Kino-ja. Życie w kadrach filmowych”, do nabycia której ustawia się długa kolejka.

Na drugi dzień

Nazajutrz spotyka się z dyrektor SP2 Edytą Ptak, odwiedza miejscową jednostkę ratowniczo-gaśniczą PSP, nagrywa tłumy idące na „Kler”,następnie wraca do Warszawy – via Wrocław. Do wywiadu nie udaje mu się namówić minister Beaty Kempy oraz proboszcza Sławomira Borowczyka. Rezygnuje też z planowanego sfilmowania krowy, gdyż ta, jaka jest, każdy widzi…


Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com