25.11.2018
Najpierw przeczytałem tragedię Sofoklesa, a właściwie przypomniałem sobie trylogię poświęconą Edypowi: Król Edyp, Edyp w Kolonie i Antygonę. W trzeciej części już nie ma Edypa, ale są jego dzieci; co ciekawe, to dramat najbardziej chyba znany, bo mówiący o konflikcie prawa państwowego z powinnością serca.
Któż tego dylematu nie rozwiązywał w szkolnych opracowaniach? Tak przynajmniej bywało, gdy ja chodziłem do PRL-owskiej szkoły. Dzisiaj zdaje się ważniejsza jest sprawność w rozwiązywania testów niż rozstrzyganie dylematów moralnych.
Autor scenariusza Jakub Roszkowski nawet nie udawał, że nawiązuje do tekstu Sofoklesa. Poza imionami nie pozostało nic z greckiego mitu; no, może jeszcze nieubłagana perspektywa śmierci głównego bohatera, która też nadchodzi. Tak więc jesteśmy w dzisiejszej Polsce, a nie w Kolonos, dzielnicy Aten. Paradoksalnie Roszkowski wszedł głębiej w ducha greckiej tragedii, niż by się mogło wydawać. Bo przecież cały urok jej odbioru polegał na tym, że współcześni dramaturgom (nie tylko tym największym Ajschylosowi, Sofoklesowi i Eurypidesowi) doskonale znali fabułę mitów i nie ona ich ciekawiła. Najważniejszy był sposób przedstawienia tego, co wszyscy wiedzieli, a przyjemność czerpali z porównania własnej wersji z tą zaproponowaną przez dramaturga.
Podobnie stało się w spektaklu wyreżyserowanym przez Bartosza Szydłowskiego. Widz nie tylko świetnie zna biografię Wałęsy, ale ma też własne zdanie na jej temat. Co więcej zna cały szereg wzajemnie się wykluczających interpretacji. Właściwie Wałęsa nie jest mu do niczego potrzebny. Tak jak Edyp Kreonowi. On już powinien dawno odejść. A właściwie najlepiej by zrobił, gdyby odszedł zaraz po zabiciu czerwonej bestii.
Wałęsa zdaje się podzielać to zdanie. A jednak uparcie żyje i jedyne, co ma do zaproponowania oskarżycielom i pochlebcom to właśnie prawdę o własnym życiu.
Nie jest to wcale mało. Bo samo życie ma wartość, której nie zakrzyczy nawet najbardziej utalentowany demagog i służące mu z oddaniem media i rzesza historyków. Zbiorowy wysiłek propagandy zderza się ze świadkiem historii. Na szczęście nie jest on sam. Cały czas milcząco towarzyszy mu Danuta-Atena. Ona ma mądrość, której nikt jej nie odbierze. Ona nie musi o nic i z nikim walczyć. Ona swoje wie. Obserwując jej milczącą obecność wiemy, że to dzięki takim jak ona świat trwa. To wrażenie zostało spotęgowane jej słowami (gdy już po scenicznej śmierci Wałęsy) odzyskała mowę. Trudno doprawdy było odróżnić, kiedy mówi jeszcze ziemska Danka a zaczyna boska Atena. A może w genialnym połączeniu tych dwóch porządków usłyszeliśmy coś, czego nie potrafił wyartykułować Wałęsa-Edyp?
No i jest jeszcze chór, wcale nie niemy świadek. Trafnie artykułuje emocje społeczne. Mocno je nazywa. Nie jest to prawda pochlebna dla naszego polskiego społeczeństwa. Sporo w niej gorzkiej mądrości. Roszkowski ma słuch i wychwytuje to, co suweren ma do powiedzenia. Nie są to prawdy schlebiające wodzom. Owszem przypominają, że łaska suwerena na pstrym koniu jeździ. I wcale nie ma powodów do radości, jeśli akurat w tej chwili to mnie ona uskrzydla, by przy następnych wyborach może się okazać, że wybór padnie na rywala.
Doskonale rozumieją to głównie pretendenci do schedy po Edypie i w ostatniej scenie o mało się nie pozabijają, zachwalając swój własny ogon. Zastanawiałem się, ile w tej scenie jest przesady teatralnej – a ile przenikliwej diagnozy obecnego języka politycznego.

Na stronie teatru Łaźnia nowa przeczytałem: „Nasze studium jest zapisem poszukiwań innego wymiaru niż polityczny spór. Tragedia grecka. Chór. Mit. Śmierć. Błoto. Naiwność. Dziecko. Nieoczywistość. Gest. Szara strefa świadomości. Mieszkańcy dzielnicy. Edyp w Kolonos – wielki król i grzesznik u kresu swych dni. Niezgoda na polski gen destrukcji, na zacietrzewienie i brak miłosierdzia. Na klątwę tebańską, którą w Polsce jest zalewająca nas nienawiść. Ulepieni z małostkowości tracimy to, co może nas budować i nieść w górę. Wybieramy wspólnotę goryczy i pyszałkowatości, by tylko przez chwilę poczuć się lepszym”.
Wszystko się zgadza. To drapieżna, przenikliwa – i niestety trafna – diagnoza naszych zbiorowych zachowań. A jednak teatr nie poprzestaje przecież na diagnozie. Już Grecy to wiedzieli, że uczestniczenie w spektaklu ma walor oczyszczający – katharsis. Tego doświadczyłem w ciągu tych 75 minut.
Duża w tym zasługa całego zespołu, a nie tylko Jerzego Stuhra, który stworzył swoją kolejną wielką rolę wodzireja. Zmieniły się dekoracje, a wodzirej znowu pozostał sam. Film Feliksa Falka Wodzirej z 1977 roku był wielką metaforą Polski lat 70., Wałęsa w Kolonom jest podobną metaforą Polski czasów PiS-u. Tamta przeszła do historii również dzięki Lechowi Wałęsie. Czy uda mu się ta sztuka po raz drugi?

>Niezgoda na polski gen destrukcji, na zacietrzewienie i brak miłosierdzia. Na klątwę tebańską, którą w Polsce jest zalewająca nas nienawiść. Ulepieni z małostkowości tracimy to, co może nas budować i nieść w górę. Wybieramy wspólnotę goryczy i pyszałkowatości, by tylko przez chwilę poczuć się lepszym”.
Wszystko się zgadza. To drapieżna, przenikliwa – i niestety trafna – diagnoza naszych zbiorowych zachowań. „<
Panie Profesorze…
Ta diagnoza nie jest trafna!
Ignoranci nieświadomi albo świadomi, powielają zabobon o jakim wspominał J.M Bocheński. Nie istnieje jakiś tam gen destrukcji ale.. istnieje wychowanie w tradycji jednej z czterech cywilizacji walczących o dominację na obszarze określonego terytorium zwanego od wieków Polska, gdzie większość narodu otrzymała wzorce cywilizacji łacińskiej, jej moralność, kulturę i tradycję ubogaconą polskim folklorem. Ta walka trwa nieustannie a ja w moim otoczeniu zajmującym się tworzeniem kultury widzę to od dziecka.
Tę polską kulturę tworzą wszyscy twórcy choć korzenie mają różnorodne. Moje praszczury wywodzą się ponoć od Prusów choć nie wiedzieć czemu wszyscy uważają, że to byli obecni Prusacy.
Czy to znaczy, że ja mam w sobie gen destrukcji pruski?
A może dlatego lubię polską muzykę ludową z wszystkich regionów.
A może gen prusacki?
Bo nie wiedzieć czemu od bachora lubiłem muzykę germańską albo inaczej niemiecką.
Czym skorupka za młodu nasiąknie… to jest ten gen destrukcji,
brak akceptacji do kultury która mnie otacza i drażni z tysiąca powodów które w dzieciństwie otrzymałem w spadku od rodziny.
Najlepiej zniszczyć wszystko aby wyszło na moje. Co czynią inne nacje bez skrępowania i bicia się w piersi.
Aby na pewno "destrukcja" jest cechą ludu który posługuje się wspólnym językiem zwanym polszczyzną? Toż jesteśmy konglomeratem genetycznym i społeczeństwem multikulti od zawsze. Ten paw narodów..
Ludowi zamieszkującemu mój kraj potrzebny jest zwyczajnie władca, może król?
Nie widzę szans, ale jak się pojawi to drżyjcie narody…
Pozdrawiam
Magog
No to już nie wiem czy się Pan ze mną zgadza czy nie. Może „gen” to nie jest najlepsza metafora, może lepiej mówić o zachowania destrukcyjnych w kontekście mitu Lecha Wałęsy? Jak go zwał tak go zwał, wychodzi na to, że nie potrafimy spokojnie dyskutować tylko się wzajemnie niszczyć i o tym jest ten spektakl, a ja tylko o tym napisałem jak to jest udanie pokazane. Nie wykluczam innych spektakli gdzie „gen” czy zachowania konstruktywne zostaną pokazane. To też będzie o nas. Ale jak do tej pory takiej sztuki teatralnej ani filmu nie widziałem. Będę wdzięczny za podpowiedź i oczywiście chętnie zmienię zdanie na temat zachowań Polaków. By nie było jestem jednym z nich i volens nolens jestem postrzegany jako uczestnik walki na wyniszczenie (czytaj brak szacunku dla największej polskiej świętości czyli świętego Jana Pawła II Wielkiego). I nic na to nie poradzę, że tylko zachęcam do krytycznego myślenia…
>brak szacunku dla największej polskiej świętości czyli świętego Jana Pawła II Wielkiego). I nic na to nie poradzę, że tylko zachęcam do krytycznego myślenia…<
No to nam po drodze….
A z tym szacunkiem.. to coraz gorzej w miarę przybywania lat i "nadmiaru" czasu który człek spędza przed ekranem PC grzebiąc chochlą w internetowej zupie.
A odnośnie modnego ostatnio słowa "gen" , wolałbym nazwać to przywarą kulturową wyuczoną w domu, szkole, pracy i środowisku w którym przyszło ludzikowi żyć.
Pozdrawiam