08.12.2018

O tym, że właściwe miejsce dla Donalda Trumpa to nie Gabinet Owalny, ale więzienie – mówiło się zanim objął urząd prezydenta USA. Ale dopiero wczoraj prokuratorzy przedstawili po raz pierwszy oficjalnie dowody przestępczej działalności kilku jego najbliższych współpracowników, prowadzonej, co podkreślono, za jego wiedzą i na jego rzecz.
Ani spec-prokurator Mueller, ani prowadzący osobne śledztwo prokuratorzy stanu Nowy Jork nie zakończyli swej pracy. Z oczywistych powodów język jakim się posługują cechuje wstrzemięźliwość. Ale w co najmniej kilku sprawach powiedziano wystarczająco wiele, aby bezpiecznie i odpowiedzialnie sformułować wnioski. Dla wielu zresztą oczywiste od dawna.
Pierwsza, i mało rajcująca oczywista oczywistość, tyle że dowiedziona, to że gwałcąc prawo wyborcze Trump tuż przed wyborami kupował milczenie kilku pań, z którymi łączyły go intymne kontakty.
Dużo ciekawszy i ważniejszy dla całego świata jest wątek tzw. „synergii” między Trumpem a władzami Rosji. Prokuratorzy po raz pierwszy publicznie przyznali, że mają w swych rękach dowody na kontakty kampanii prezydenckiej Trumpa z przedstawicielami Kremla. Donaldowi chodziło głównie o wielkie pieniądze – gdy zaczął „podchody” do Rosjan o prezydenturze mu się nie śniło – o budowę Trump Tower w Moskwie, w której Putin miał dostać apartament wart 50 milionów dolarów. Putinowi głównie o to, aby zainstalować swego człowieka w Białym Domu. W całej tej fascynującej układance wielu klocków jeszcze nie znamy, a przynajmniej oficjalnie ich nam nie opisano.
Z tego co powyżej nie wynika bynajmniej, że imperium Trumpa lada moment się rozleci. Do tego trzeba więcej twardych dowodów i co najważniejsze decyzji Kongresu USA, na jaką, póki co, nie ma co liczyć. Grzeszki Nixona, które doprowadziły do jego upadku to niewinne igraszki w piaskownicy w porównaniu z tym, co ma za uszami Donald Trump. Ale czasy są inne, i inne realia polityczne.
Wiele jeszcze może się wydarzyć na ścieżce śledztwa Muellera. Najważniejsze pytanie brzmi: co muszą zobaczyć liderzy Republikanów w Kongresie, aby dojść do wniosku, że odstrzelenie Trumpa bardziej się im opłaca, niż jego obrona.
Andrzej Lubowski

Z tego co powyżej nie wynika bynajmniej, że imperium Trumpa lada moment się rozleci. Do tego trzeba więcej twardych dowodów….
………………………………….
Zalecam pilne czytanie choćby Veterans Today …
Ostatecznie sa to Pana obecni współrodacy.
@AL „co muszą zobaczyć liderzy Republikanów w Kongresie, aby dojść do wniosku, że odstrzelenie Trumpa bardziej się im opłaca, niż jego obrona.”.
[IMHO, ¢2.]
W tej kadencji? – nic.. Nie ma nic takiego, co by mogło naruszyć zamknięty krąg współwiny i współzależności od amerykańskiego odpowiednika polskiego szujerena. Miejsce w Kongresie nie reprezentuje wyborców, tylko stan – co w zamierzeniach Ojców Założycieli miało zabezpieczyć federację przed dyktaturą większości. Jednak w szczególnych warunkach – takich jak obecne powszechne zidiocenie populacji – ta niedemokratyczność Kongresu pozwala na skuteczne i trwałe rządy mniejszości. Co zresztą James Madison przewidział (FP#10). A w małych stanach, gdzie wybiera się republikańskich kongresmenów, Trump AmerykeZbaw jest traktowany jako pierwszy po Bogu i na równi z Jezusem. On przecież nastał, by rozprawić się z elitami i przywrócić boży i biały, biały i boży porządek rzeczy.
Dlatego dla kongresmenów republikańskich – szczególnie tych z długim stażem – wystąpienie przeciw Trumpowi to natychmiastowa śmierć polityczna i długofalowe zagrożenie niepolitycznym odwetem Trumpa.
Wydaje mi się, że wszyscy oni (Republikanie) czekają na czasy, gdy będą mogli opowiadać, że byli „dorosłymi w pokoju” którzy pilnowali niegrzecznego bobasa Trumpa; i że miejsce w Senacie im się za to dalej należy. Oraz idące za tym „rozgrzeszenie”: jeśli nie doczekam, to chociaż zarobię.
IMHO, ¢2.
Ma Pan rację, że dla Republikanina w Kongresie postawić się dziś Trumpowi to polityczne samobójstwo. (Piszę o tym w obszernym eseju w bieżącym numerze “Niezbędnika Współczesności” tygodnika “Polityka”.) Co muszą zatem zobaczyć liderzy Republikanów, aby dojść do wniosku, że trzeba się od Trumpa odciąć? Sądzę, że takim argumentem byłyby niezbite dowody na współpracę Trumpa z Putinem. Samo zaangażowanie Rosji w wybory nie wystarczy, bo można powiedzieć, że Trump nie maczał w tym rąk. Myślę, że Mueller ma więcej konkretów w kwestii współdziałania Trumpa z Kremlem. Głównie od Flynna. Nie bez kozery wnosi, aby Flynnowi darować więzienie. Tuż po wyborach prezydenckich, a przed inauguracją nowej administracji, po dowodach na rosyjską ingerencję w wybory, prezydent Obama nałożył dodatkowe sankcje na Rosję. Tego samego dnia Flynn spotkał się z ambasadorem Rosji. Może to tylko przypadek, a może celem spotkania było właśnie zapewnienie Kremla, że wszystko będzie OK. Gdy Mueller publicznie mówi o ważnej pomocy Flynna w śledztwie, dotyczyć może ono głównie, jeśli nie jedynie, relacji kandydata, a potem prezydenta Trumpa z Moskwą.
Dowody na lewe interesy Trumpa, na opłacanie milczenia panienek i kłamliwe temu zaprzeczanie, na czerpanie finansowych korzyści ze sprawowania urzędu – wszystko to na Republikaninach w Kongresie nie robi specjalnego wrażenia, bo nie robi wrażenia na elektoracie Trumpa. W przypadku dowodów na zdradę może być, sądzę, inaczej. Jeśli dowody na “sleeping with the enemy” zostaną upublicznione, a wiele wskazuje, że tak się stanie, to obniży to znacznie szanse Trumpa na re-elekcję. A to już bije w całą Partię Republikańską. “Skażony” będzie także Mike Pence. Wówczas, moim zdaniem, Republikanie w Kongresie rozważą pozbycie się obu i scedowanie prezydentury komuś, kto ma duże szanse zwycięstwa w wyborach prezydenckich 2020. Takim człowiekiem byłby, moim zdaniem, Mitt Romney, od stycznia 2019 senator.
Dziś taki scenariusz wydaje się może księżycowy, ale przypomnę rok 1974. Gerald Ford, który zastąpił Nixona na urzędzie prezydenta, nie był wybrany wiceprezydentem w wyborach powszechnych. Najpierw Kongres powołał go na wiceprezydenta gdy odszedł skompromitowany Spiro Agnew, a potem automatycznie został prezydentem, gdy Nixon ustąpił z urzędu. Powtórki tego scenariusza nie wykluczam.
Errata: „miejsce w Kongresie” – Oczywiście „miejsce w Senacie” a nie w Izbie Reprezentantów.
„niedemokratyczność Kongresu” – Oczywiście „niedemokratyczność Senatu”.
Przepraszam za moje skróty myślowe, które wprowadzają w błąd.
Następnym razem pozwolę się komentarzowi „odleżeć” zanim wyślę. 🙁
Rozwinięcie skrótu – Republikanie w Izbie Reprezentantów nie mają teraz mocy sprawczej – Izba jest w rękach Demokratów. To Demokratom daje „moc śledczą”. Ale Republikanie mają Senat, więc usunięcie Trumpa nie jest możliwe. Zabetonowanie umysłów wyborców Trumpa jest porównywalne z naszymi wyborcami PiS. Aby zmienić zdanie musieliby sami przed sobą przyznać się, że „byli głupi” i że „zostali oszukani”. Ale ponieważ wiadomo, że tylko oni są mądrzy i że nie da się ich oszukać, bo oni sami widzą oczywiście oczywiste prawdy, odrzucenie uwielbienia dla wodza staje się dla nich niemożliwe.
[…] Dlatego dla kongresmenów republikańskich – szczególnie tych z długim stażem