Ernest Skalski: Polemiki

III

IA teraz, Panie Andrzeju, historia. Pana tekst – Andrzej Koraszewski, „Błąd sprzed 30 lat” – mnie zadziwił. Przyzwyczaiłem się, zdecydowanie aprobując, do tego, że ma Pan wyraziste poglądy, trzyma się ich twardo, pisząc w sposób rzeczowy, oparty na faktach, spokojnie, nie podlegając emocjom. Zaś artykuł, który omawiam, jest zaprzeczeniem pana publicystyki w SO. Strasznie emocjonalny i ahistoryczny, co stwierdził w komentarzu Bisnetus, a ja potwierdzam.

Przypomnijmy fakty. W kontraktowym Sejmie Obywatelski Klub Parlamentarny zapełnił w całości przyznane opozycji 35 procent miejsc, co oznaczało 161 mandatów. Polska Zjednoczona Partia Robotnicza przyznała sobie 173 mandaty, Zjednoczonemu Stronnictwu Ludowemu przydzieliła ich 76, Stronnictwu Demokratycznemu – 27. Resztę dostał PAX i dwa inne ugrupowania powołujące się na katolicyzm.

Czwartego czerwca ’89, PZPR przeliczyła się w ocenie nastrojów społecznych, gdy okazało się, że prawie każdy kto głosował, głosował na OKP. 19 lipca, gdy Jaruzelski tylko jednym głosem przewagi wygrał wybory prezydenckie w Zgromadzeniu Narodowym, zaczęło się okazywać, że przeliczyła się, stawiając na tych ludzi, których sama skierowała do Sejmu. Drugiego sierpnia udało się jeszcze zdobyć desygnatę na premiera dla Kiszczaka, lecz już nie udało się uzyskać dlań poparcia Wysokiej Izby.

Kryzys nie trwał zbyt długo. 17 sierpnia zawiązała się większościowa koalicja parlamentarna; OKP+ZSL+SD = 264 mandaty w Sejmie liczącym ich 460. 24 sierpnia powstał rząd Tadeusza Mazowieckiego.

Upłynęło, jeśli dobrze liczę, osiemdziesiąt jeden dni od czwartego czerwca, kiedy suweren przestawił zwrotnicę historii, do dwudziestego czwartego sierpnia, kiedy to, w kilku ruchach, dokonała się zmiana władzy. A to jest punkt zwrotny, przesilenie, każdej zwycięskiej rewolucji.

Manewr OKP z przeciągnięciem na druga stronę ZSL i SD, z dnia na dzień, zmienił te przystawki peerelowskiej władzy w parlamentarne partie polityczne, dobrowolnie i samodzielnie podejmujące decyzje. A kontraktowy Sejm, z częściową tylko legitymacją suwerennego narodu, stał się w jednej chwili autentycznym parlamentem, który we właściwy, parlamentarny sposób, wyłonił większościowy rząd.

Nawet pezetperowscy posłowie poczuli wiatr historii. Kontraktowy Sejm przywrócił orłu koronę a państwu nazwę Rzeczpospolita Polska. Uchwalił pakiet ustaw, znanych jako pakiet Balcerowicza, przywracający gospodarkę rynkową. Przywrócił autonomiczny samorząd terytorialny. Wszystko w skróconej prawie o połowę kadencji. Żaden z późniejszych sejmów nie zrobił tak wiele dla Polski.

O szczegółach, jeszcze zapewne będziemy pisać w tym jubileuszowym roku. Tutaj tylko uwaga dotycząca tego o czym Pan pisze.

W czerwcowych wyborach głosowało 62 procent uprawnionych. Więcej niż we wszystkich następnych. Wówczas jednak zastanawiało nas, dlaczego tak mało. Jacy ludzie składali się na te dziesięć milionów – trzydzieści osiem procent obywateli, którzy mogli a nie zechcieli decydować o losie Polski?

Odpowiada, mówiąc o tamtych wyborach, Marcin Zaremba, znany i kompetentny badacz z Instytutu Historii UW i Instytutu Studiów Politycznych PAN: „Nie idą na wybory – i to jest bardzo ciekawe – ludzie ze wsi i małych ośrodków, z niższym wykształceniem. To osoby ogólnie rzecz biorąc określane przez socjologów jako konformistyczne. To osoby, które nie uczestniczą już w życiu obywatelskim, bo już nie trzeba, nikt im nie każe. Z drugiej strony już się nie boją, że jak nie pójdą na wybory, to coś złego może ich spotkać. Już sekretarz partyjny w PGR, w wojsku, nie jest taki skłonny, żeby na nich naciskać, zmuszać ich do uczestniczenia w wyborach. Poza tym to ludzie, którzy boją się zmian – w latach 90. będą oni tworzyć tę grupę, która odczuwa niezadowolenie i frustrację z powodu przemian.”

A pan pisze: „Wtedy, w pierwszych tygodniach po tym zwycięstwie, mało kto pamiętał, że o tak druzgoczącym zwycięstwie zadecydowały głosy wsi… Podejrzewam, że… – Lech Wałęsa – wiedział, że pluje w twarz połowie tych, którzy kilka tygodni wcześniej oddali swój głos na  „Solidarność”.

Skąd Pan to wie? Uprawnionych do głosowania było wówczas ok. 27 milionów, z czego na wsi ok. 10, czyli w miastach – 17. Głosowało 17 milionów. Jeśli połowa, o której Pan pisze – 8,5 mln. –przypada na wieś, to tylko 1,5 miliona z tych dziesięciu milionów uprawnionych nie głosowało. Na miastowych przypadałaby druga połowa głosujących i tyle samo, czyli 8,5 miliona niegłosujących. Zatem co drugi pełnoletni mieszkaniec miast olałby historyczne wybory. Ma Pan dane, które to potwierdzają?

Z całym szacunkiem, Panie Andrzeju, czy przypadkiem nie jest to głębokie przekonanie, które bywa największym wrogiem prawdy?

Sądzę, że Lech Wałęsa nie jest czytelnikiem Studia Opinii. Lecz gdyby pozwał Pana z powodu naruszenia jego dóbr osobistych, miałby Pan trudności z obronieniem tego plucia w twarz. Podobnie jak opinii: „Tamto polityczne łajdactwo” o koalicji OKP –ZSL– SD.

Jeszcze parę punktów, Panie Andrzeju.

– O mieszkańcach wsi: „Głosowali przeciw komunizmowi, przeciw PZPR, ale przede wszystkim przeciw ZSL.” Tak Pan to sobie chyba wykoncypował; skoro mieszkańcy wsi, to stronnictwo LUDOWE, przypisane do wsi, musiało być największym jej opresorem i najbardziej znienawidzonym elementem PRL.

To nie tak było. ZSL w skali kraju to była synekura dla działaczy i dekoracja systemu, której – do sierpnia ’89 – nikt nie traktował poważnie. Stronnictwo miało swoją działkę we władzach lokalnych, całkowicie zależnych od aparatu PZPR. Tam, a także w aparacie skupu produktów rolnych i dystrybucji środków produkcji dla rolnictwa, w GS -ach (gminnych spółdzielniach) prowadzących handel detaliczny według odgórnego rozdzielnika, obecność ludzi z ZSL nie miała zauważalnego wpływu na te struktury. Stronnictwo nie było postrzegane jak odrębny podmiot. I nie było widać powodu, aby ci na wsi, którzy głosowali – ile by ich było – mieli szczególne pretensje akurat do ZSL i aby to było ich dominantą przy podejmowani decyzji.

– „Pytałem…– pisze Pan – ówczesnych działaczy „Solidarności Rolników Indywidualnych”, czy byli konsultowani, czy były przynajmniej jakieś warunki owego sojuszu? Moje pytania były kwitowane milczeniem, wzruszeniem ramion”

Mandaty w Sejmie, potrzebne dla stworzenia większości miało ZSL, a nie „Solidarność RI”. Od jakich jej partykularnych warunków miałaby, Pana zdaniem, w tym zwrotnym momencie naszych dziejów, zależeć utworzenie tego rządu, lub rezygnacja zeń? Decyzja; dokonać ustrojową przemianę czy nie?

– „To nie Magdalenka i nie okrągły stół były zdradą, niestety zaczęliśmy naszą demokrację od ordynarnej nieuczciwości wobec wyborców…”

Czyli uczciwie by było nie zawierać sojuszu z ZSL, ze względu na niedużą faktycznie grupę wiejskich wyborców, których to stronnictwo raczej nie obchodziło. Nie tworzyć większościowej koalicji i zaczynać naszą demokrację jakoś inaczej. Jak? Przepychać się i dogadywać – były takie pomysły – z nadal rządzącą PZPR, w warunkach zbliżającej się katastrofy ekonomicznej, wynegocjowanej – nota bene – przy Okrągłym Stole. Pomysł, że trzeba było obalać komunę – a na drzewach zamiast liści…– zrodził się kiedy już jej nie było.

– „Zarówno wtedy – w roku 2009 – jak i dziś „Gazeta Wyborcza” prezentowała tamten sojusz jako wielki sukces, który utorował drogę do utworzenia rządu Tadeusza Mazowieckiego.”

Ma Pan prawo mieć zdanie odrębne i nie uważać tego za sukces.


Ernest Skalski

Dziennikarz, historyk


Ur. 18 stycznia 1935 r. w Warszawie
Więcej w Wikipedii

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com