O roku klęski i Tomaszu Edisonie (1958)

05.02.2019

Następny rok był rokiem moich porażek. Powoli odchodziła ode mnie Bogna. Zmieniła się, na nasze spotkania przynosiła albumy sztuki renesansowej, mówiła, że marzy o podróży do Włoch, o tym, że bardzo chciałaby zobaczyć włoską architekturę, obejrzeć piazza della Signoria we Florencji, czy też rzymski plac Świętego Piotra, wchłonąć w siebie piękno dzieł, jakie można znaleźć we włoskich muzeach:

Siena

– Czy wiesz, że Siena była kiedyś miastem bogaczy, klejnotem Europy, konkurentką Florencji. Chcę zobaczyć czarno białe mozaiki w sieneńskiej katedrze i te konie, tych szalejących jeźdźców podczas wyścigu Palio di Siena – mówiła.

Wyścig PALIO w Sienie

Nasz obiad rozstania odbył się w barze mlecznym Przytulny na Kruczej, przy chwiejącym się stoliku z kostropatym blatem. Nie byliśmy bogaci, nasz posiłek był skromny – jedliśmy kluski śląskie, a kisiel wiśniowy miał być naszym deserem. Sięgałem właśnie po wyszczerbiony kubek z kisielem, kiedy Bogna odsunęła od siebie talerz:

– Nie mogę. Nie mogę znieść tego brudu, tego zaniedbania. Dosyć, mam dosyć tego miasta, tej stolicy brzydoty. Wyjeżdżam z tego kraju – i wybuchła płaczem.

Nie wiedziałem co robić, odstawiłem kubek i próbowałem przyciągnąć ją do siebie. Siedząca przy sąsiednim stoliku staruszka pociągnęła mnie za rękaw:

– Ona ma gdzie wyjechać?

– Chyba Włochy – powiedziałem.

Staruszka kiwnęła głową z aprobatą:

– To dobrze.

Do Włoch zapraszał Bognę wujek, były żołnierz Andersa. W jaki sposób władze przyznały jej paszport, nigdy się nie dowiedziałem, natomiast wiem, że takie cuda się zdarzały i że niekoniecznie wiązało się to z jakimiś brudnymi podstępami ubeckich szpiclów, może to sprawił któryś lub któraś z mnogości katolickich świętych. Tak czy inaczej, w dwa tygodnie później żegnałem ją na peronie warszawskiego dworca. Wracając do domu, zobaczyłem na słupie reklamowym plakat właśnie wchodzącego na ekrany filmu Pożegnania.

– A może jej już nigdy nie zobaczę – pomyślałem i postanowiłem, że ten obiad z obrazem płaczącej Bogny w barze Przytulny zapamiętam na zawsze.

XX1. Był inny obiad, inny, bo już w wieku dwudziestym pierwszym, w innym miejscu i w innym nastroju. Przechodziłem na emeryturę. Na ostatni dzień mojej pracy w General Electric wybrałem piątek, ostatni dzień tygodnia roboczego; bardziej odpowiadający mojemu poczuciu porządku wybór ostatniego dnia czerwca był niemożliwy – na kilka dni przed trzydziestym czerwca mieliśmy już być na Florydzie. Przeprowadzka była na ukończeniu, kontener z meblami wysłany, dom był sprzedany, mieszkaliśmy z żoną w motelu. Krótka wizyta na Florydzie i potem powrót do Polski, gdzie miały na nas czekać przywiezione meble.

Wszystko przebiegało zgodnie ze starannie nakreślonym przeze mnie planem. Sprawiało mi to zadowolenie, bo zawsze starałem się wprowadzić w otaczający mnie bliski kawałek świata jakieś porządkujące go reguły. Tylko w kawałek, w malusieńki kawałeczek – bo przecież immanentną cechą świata jako całości jest od jego zarania nieład, chaos materialny i informacyjny. Przykładem może być biblia – znajdują się tam dwie sprzeczne relacje o początku świata, a co do pierwszych izraelitów, to bałagan z ich genealogią przechodzi ludzkie pojęcie. No ale skoro korektorzy wydawnictw drukujących biblie nie mają z tym kłopotu to cóż mi do tego.

Restauracja Chalapa

Siedzieliśmy w dziesiątkę w meksykańskiej Chalapa Restaurant, ja jako gość honorowy u czoła stołu, Tomasz mój do dzisiaj szef na drugim końcu. Tomasz podniósł kufel pełen ciemnego piwa Modelo:

– Chciałbym wznieść toast za naszego przyjaciela Andrzeja. My wszyscy korzystaliśmy z jego dziesięcioletniej pracy w naszej firmie. Dzielił się z nami swoimi pomysłami, wielokrotnie nam pomagał, zawsze pamiętał o tym, że tworzymy jeden zespół. Niestety decyzja Andrzeja jest nieodwołalna, żałujemy, bo tracimy utalentowanego współpracownika.

Tomasz spojrzał znad kufla na mnie;

Thank you, Andrew.

Tomasz pierwszy uderzył płaską dłonią w blat stołu, po chwili dołączyli do niego ósemka pozostałych biesiadników. Dłonie uderzały rytmicznie o blat stołu, do głuchego stukotu dołączyły się wyższymi tonami talerze z leżącymi na nich pozostałościach steków. Z dłońmi płasko na stole czekałem na zakończenie aplauzu. Teraz była moja kolej – należało odpowiedzieć.

Przyznaję – moje zamiłowanie do porządku słabnie po dwóch kuflach piwa; tak właśnie zdarzyło się w restauracji Chalapa (byłem już przy trzecim). Normalnie bym tego nie zrobił, zastanowiłbym się nad złamaniem reguł korporacyjnego obiadu, ale pomyślałem, że trochę miksu historii z wyobraźnią nie powinno moim kolegom zaszkodzić. Chciałem też sprawdzić refleks Tomasza – jak dotąd miał u mnie piątkę za umiejętność reakcji na zaskoczenie:

– Chcę opowiedzieć wam wydarzenie z historii mojej rodziny, coś, co zdarzyło się ponad sto lat temu, w czasie, kiedy pączkowała założona przez genialnego wynalazcę Tomasza Edisona nasza wspaniała kompania General Electric. Otóż w tym samym czasie, kiedy Tomasz Edison zakładał General Electric mój prapradziad Błażej Owczarz (przeliterowałem im niecodzienne dla nich polskie nazwisko) stał na pokładzie statku SS Kaiser Wilhelm der Große płynącego z Bremenhaven do Nowego Jorku i zastanawiał się, co też przyniesie mu przyszłość. Urodzony w rodzinie chłopskiej w Galicji, jednej z najbiedniejszych części Polski, wówczas zagarniętej przez Austro–Węgry miał dwadzieścia lat, zdążył już skończyć termin u ślusarza i słysząc pokątne wiadomości o tym, że w Ameryce ulice są brukowane złotem, zdecydował się na emigrację.

Tu przerwałem na chwilę i pociągnąłem łyk piwa z kufla numer trzy:

– Nie wiadomo w jaki sposób Błażej trafił do pobliskiego stanu New Jersey do miasteczka Menlo Park. Natomiast wiadomo, że znalazł tam pracę i został laborantem Tomasza Edisona.

– Hear, hear – powiedział Tomasz.

– Edison cenił Błażeja – ciągnąłem dalej – płacił dobrze i już po pięciu latach Błażej postanowił wrócić z zarobionymi pieniędzmi do Polski, zbudować dom i ożenić się. Tak też zrobił. Nie zdążył znaleźć jeszcze kandydatki na żonę, ciągle się jeszcze rozglądał, kiedy otrzymał telegram. Tomasz Edison pisał: „Drogi Błażeju – proszę wracaj. Potrzebuję twojej pomocy”.

Pociągnąłem następny łyk piwa:

– Dalsze losy Błażeja nie są udokumentowane. Natomiast ja, jak wszyscy wiecie, wracam tak jak mój przodek Błażej do Polski. I wiecie, czego oczekuję?

Tu zrobiłem przerwę:

– Oczekuję, tak jak zdarzyło się Błażejowi, telegramu od mojego do dzisiaj szefa, obecnego tu Tomasza. A treść telegramu będzie taka: „Drogi Andrzeju – proszę, nie wracaj. Nie potrzebuję twojej pomocy”.

Umilkłem, ciekaw byłem, jak zareaguje Tomasz. Chwila ciszy przedłużała się. Kiedy wreszcie Tomasz się odezwał, stwierdziłem, że słusznie doceniałem jego refleks:

– Andrew, takiego telegramu nie będzie – tu przerwał, aby po chwili mówić dalej – ale zamiast telegramu przyjmij tę kopertę – od jego szczytu stołu koperta wędrowała z ręki do ręki w moją stronę – sądzę, że jej zawartość dowiedzie Ci, jak bardzo cenimy twój talent.

Kiedy koperta dotarła do mnie rozejrzałem się po twarzach moich kolegów. Wszystkie były uśmiechnięte.

Przyznaję, przyznaję bez zastrzeżeń – cenili mnie. Niespodziewane dwadzieścia tysięcy dolarów w akcjach General Electric piechotą nie chodzi.

Print Friendly, PDF & Email

WP Twitter Auto Publish Powered By : XYZScripts.com